Sator Malus – “Dark Matters” (2017)

Holandia niespecjalnie kojarzy się z black metalem i raczej nie jest miejscem, gdzie można szukać jakichś wielkich, gatunkowych objawień. Jednak zawsze warto sprawdzić, czy przypadkiem nie pojawiło się coś wartego uwagi. Sator Malus jest dość tajemniczym zespołem, stworzonym przez pięciu muzyków z tamtejszej sceny black i death metalowej, poza tym nie wiadomo o nich nic. Panowie mówią, że wolą przemawiać przez muzykę niż komunikaty prasowe, więc trzeba sprawdzić, co mają do powiedzenia na swoim debiutanckim albumie.  

Niby to black metal, ale specyficzne brzmienie, charakteryzujące się dużym ciężarem, dusznością i szczyptą sludge’owego brudu sprawia, że na muzykę Holendrów trzeba spojrzeć w nieco szerszym kontekście. Album otwiera doskonałe, akustyczno-orkiestrowe intro, a po nim następuje ciężki, niemal walcowaty, czarny pochód. Eerie Elemental Eidos ma w sobie posmak klasycznego oblicza Burzum, oparty jest na wolnym rytmie, który stopniowo przyśpiesza, ale daleko mu do szaleńczych galopad. Tych w ogóle jest na płycie jak na lekarstwo, bo Panowie zdecydowanie wolą średnie tempa. Pierwsze, bardziej zdecydowane przyśpieszenie następuje w połowie Seeds Of The Plague, by zwolnić do poziomu wikińskich hymnów Bathory. Chóralne zaśpiewy przenoszą klimatem na łodzie nordyckich wojowników, ale to tylko jedno ze skojarzeń, bo brzmienie delikatnie skręca w stronę norweskiego lasu. Podobne inklinacje ma My Journey, najkrótszy, ale zarazem jeden z najbardziej niewymiarowych. Pozorna prostota typowego riffowania wychodzi na pierwszy plan, ale pod ścianą gitarowego brudu można doszukać się paru fajnych rytmicznych przejść i tremolowych zagrywek, które na pewno spowodują żywsze bicie serc fanów czarnej klasyki. W partiach, które od biedy można nazwać refrenami zespół zbliża się nieco do nowomodnych, ciężkich bandów typu Bolzer, by skonfrontować je ze szlachetnym, skandynawskim prymitywizmem wczesnego Darkthrone. Armed Hatred atakuje z siłą dywizji pancernej i wali całym arsenałem dość pogmatwanych riffów, w których można odnaleźć w zasadzie wszystkie, ważniejsze szkoły czarnego rzemiosła. Góruje nad tym wyczuwalny antyhumanizm i pogarda dla życia, zwłaszcza w końcówce utworu.

I jak to często bywa, prawdziwa perełka czeka na końcu. Endless Cycles Of Life And Death to norweskie melodie gór i lasów, zagrane na europejskim patencie. To nic innego jak hołd dla największych skandynawskich dzieł wcelowanych w wolne tempa, a prawdziwą jego ozdobą są czyste zaśpiewy, w których gościnnie udziela się wokalista Urfaust. To z jednej strony najbardziej jednorodny numer Sator Malus, wynikający z prostych założeń, ale po kolejnych odsłuchach całości wyrasta na muzyczne Eldorado, jakiego zespół poszukiwał we wcześniejszych utworach. I choć każdy już to gdzieś słyszał, to jednak przez ten niezdefiniowany, gitarowy sound jest poczucie obcowania z czymś wielkim. Na tyle wielkim, że Dark Matters można nazwać bardzo dobrym albumem z norweskim black metalem, nagranym poza Norwegią.

 Ocena: 7,5/10

 

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , .