Site icon KVLT

Schema – „Pierwsze zauroczenie” (2021)

Album zespołu Schema aż bije tęsknotą za czasami świetności brytyjskiego death/doom metalu. Nawet gdybym chciał inaczej się odnosić do tego materiału, to dedykowany Aaronowi Stainthorpe’owi numer From Whence Doom Comes rozwiewa wszystkie wątpliwości. I bardzo dobrze, że warszawska Schema wprost nawiązuje do swoich inspiracji. Fascynację My Dying Bride rzeczywiście słychać tu wyraźnie – i w melancholijnych tekstach, i w łączeniu ciężkich riffów z momentami klimatycznymi, i wokalnych patentach, a nawet w konkretnych zagrywkach gitar, które wywołują wspomnienia.

Na szczęście zespół nie stara się kopiować pewnych rozwiązań 1 do 1, ale twórczo wykorzystuje spuściznę po MDB, a nawet wczesnych dokonań Paradise Lost i Anathemy, czy z początków rodzimego Cemetery Of Scream. Nie ukrywam, że sam jestem fanem takiego grania, więc z jednej strony Pierwsze zauroczenie dotyka tych strun mojej duszy, które pieją z zachwytów, ale z drugiej bywam zwykle surowy, gdy ktoś odnosi się do jakiejś świętości. Nie będę jednak jakoś przesadnie się boczyć, bo nie muszę. Zwłaszcza, że operowanie pewnymi środkami wychodzi muzykom sprawnie. Panowie lubią takie granie, to i nie silą się na nic, dźwięki wypływają z nich naturalnie.

Zdarzają się tu ciężkie, interesujące riffy, momenty okraszone klimatem. Rozpiętość dynamiki, temp i emocji pozwala zaciekawić słuchacza, pogrążyć w zadumie, lekko zdołować, a przez to paradoksalnie ucieszyć. Każda z kompozycji jest wielowątkowa – album to niespełna 50 minut grania, a kawałków mamy 5, więc łatwo się domyślić, że przeważają rzeczy rozbudowane formalnie. Czasem pewnie można było mocniej, dosadniej postawić krok dalej w mrok lub melancholię. Nie każdy fragment przykuł moją uwagę z taką samą siłą. Ale znalazłem tu i solidne, death/doomowe riffy, jak i fragmenty melodyjnie intrygujące, co pozwoliło mi zanurzyć się w tym mrocznym, zaniedbanym wiktoriańskim ogrodzie z widokiem na zmurszały cmentarz w tle.

Tekstowo Pierwsze zauroczenie utrzymane jest w pewnych romantyczno-turpistycznych kanonach. Śmierć spotyka smutek, melancholia żeni się z przemijaniem. Filip Doroszewski korzysta zarówno z growlingu – także go różnicując – i charakterystycznego dla nurtu snującego się, z lekka dramatycznego, wokalu. Ciekawym (choć ryzykownym) pomysłem jest wykorzystanie klasycznej piosenki Nim wstanie dzień. Mamy tu – znakomity skądinąd – tekst Agnieszki Osieckiej, ale już nic z melodii Krzysztofa Komedy. Jest za to w 100% doomowe opracowanie Schemy, z najciekawszym być może na albumie, odpowiednio ciężkim riffem. Mimo wszystko wolę wspaniałą interpretację Edmunda Fettinga, ale nie można odmówić warszawiakom odwagi. Z drugiej strony ciężko porównywać dwa tak odmienne muzyczne światy.

Czekam na dalszy rozwój wypadków, życząc kolejnych albumów. Ja na takie granie czekam, bo jest go mało. Komu nie odpowiada wywoływanie duchów z opustoszałych nekropolii, niech sobie daruje. Ale fani podobnych klimatów sprawdzić już muszą.

ocena: 7,5/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Schema na Bandcamp

 

Exit mobile version