Przejdź do treści

SERVANT – „Lux Ex Inferis” (2026)

14

Od 2021 roku Servant karmią nas swoim melodyjnym, a zarazem wściekłym black metalem. Muzyką, która brzmi jak gniewne kazanie wygłaszane w ruinach dawnej świątyni, gdzie każdy riff odbija się echem od popękanych murów. Na z Blessed by the Light of a Thousand Stars, Aetas Ascensus i wydanym w 2024 roku Death Devil Magick zespół zbudował fundamenty własnej mitologii. Servant dojrzewali szybko, ale nie tracąc dzikości. Przeciwnie, ich brzmienie cały czas nabierało monumentalnego ciężaru, jakby każdy kolejny album miał być nie tylko rozwinięciem poprzedniego, lecz także kolejnym rozdziałem w powstającej, konsekwentnie rozbudowywanej księdze mroku. To właśnie z taką świadomością warto wejść w ich najnowsze wydawnictwo. Jak w dzieło zespołu, który nie tylko umocnił swoją pozycję, lecz także odważnie wkracza w nowy etap własnej, bezkompromisowej wizji.

Czwarty studyjny album, Lux Ex Inferis, nie tyle rozwija ustalony styl Servant, co wynosi go na poziom pełnej, świadomej ekspresji. Zespół splata tu epickie struktury z przejmującymi, niemal żarliwymi melodiami, tworząc wielowarstwowy pejzaż dźwiękowy, w którym pasja styka się z monumentalnością, a każdy motyw zdaje się prowadzić ku kolejnemu, jeszcze bardziej rozświetlonemu crescendo. Takie utwory jak Gloryfication czy potężny, niemal sakralny De Profundis rozpalają materiał do czerwoności. Nie poprzez czystą agresję, lecz dzięki dramaturgii, która pulsuje jak żywy organizm. Lux Ex Inferis jawi się jako album triumfalny, świadomy, zbudowany z ambicji i żaru, które Servant potrafi przekuć w brzmienie o prawdziwie podniosłej sile.

Częste nawiązywanie strukturą utworów do post‑black metalu wprowadza pewien dysonans, który momentami osłabia ich wewnętrzną dynamikę. Ten gatunkowy cień, choć nie zawsze współgra z moimi oczekiwaniami, wydaje się jednak świadomym i konsekwentnym wyborem twórców. Właśnie ta determinacja, trzymanie się obranej estetyki, nawet jeśli prowadzonej w rejony mniej oczywiste czy ryzykowne, budzi mój szacunek. Artyści zdają się nie tyle cytować post‑black metal, ile wykorzystywać jego konstrukcyjne ramy jako narzędzie do budowania własnego języka, co nadaje całości charakterystyczną, nieco surową, ale intrygującą głębię.

Łącząc tradycję z progresją, Servant dostarcza brzmienie, które jest jednocześnie znajome i nowatorskie. Bezkompromisowe, potężne i mrocznie wciągające. To muzyka, która nie tyle odwołuje się do korzeni black metalu, co je przetapia, tworząc z nich własny, pulsujący życiem monolit. W ich kompozycjach słychać echo dawnych form, ale też odwagę, by je przełamać. Sakralną melodykę, która unosi się nad furą blastów, atmosferę, która nie tyle otacza słuchacza, co go pochłania. Servant nie szukają kompromisów. Oni po prostu budują świat, w którym mrok jest przestrzenią twórczą, a światło pojawia się tylko po to, by jeszcze mocniej podkreślić głębię cienia.

A jednak w tej ciemności jest porządek. Misternie utkany, świadomie prowadzony, niemal ceremonialny. Servant nie uderzają chaosem, prowadzą słuchacza przez kolejne warstwy brzmienia, jak przez labirynt, w którym każdy zakręt ma swoje znaczenie. Ich riffy są jak runy wykuwane w kamieniu, perkusja jak rytm starego rytuału, a wokale jak głos przewodnika, który zna drogę przez tę noc. To właśnie ta kontrolowana intensywność sprawia, że ich muzyka nie jest tylko agresją, lecz bardziej doświadczeniem. Czymś, co zostaje w pamięci długo po tym, jak wybrzmi ostatni dźwięk.

OCENA: 8/10
Adam Pilachowski
Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
(Visited 1 times, 15 visits today)