Materiał ten postanowiliśmy przedstawić z perspektyw dwóch recenzentów. Zapraszamy do podwójnej recenzji.
Jako pierwszy wypowiada się red. Hubert, a następnie red. Łukasz.
Trzy lata po premierze ciepło przyjętego We Are Not Your Kind Slipknot powraca z niespełna godzinnym concept albumem. To ostatnie dokonanie, które zespół zobowiązany był nagrać w ramach kontraktu ze słynnym Roadrunner Records. The End, So Far ma prawo nie przypaść do gustu sporej części sympatyków wcześniejszych płyt grupy. Niemniej, warto się nad tym albumem pochylić, ponieważ jego zawartość może podobać się coraz bardziej wraz z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Głównym spoiwem The End, So Far jest tendencja do eksperymentowania. Tuż przed premierą nowego albumu Amerykanie informowali w wywiadach, że ich najnowsze dzieło może zaskoczyć niejednego słuchacza. Uznano, że pora zacząć przełamywać utarte schematy w komponowaniu. Kilkukrotnie padły słowa o zarejestrowaniu dwóch utworów czerpiących z… bluesa. Jednym z nich jest otwierająca całość ballada Adderall. Slipknot za jej pomocą próbuje ożenić muzyczne pejzaże znane z twórczości np. Radiohead z chórem i wokalami charakterystycznymi dla rock oper. Co więcej, bas pulsuje tu na modłę nagrań ZZ Top, a beat przypomina ten z początku singla Blood Sugar Sex Magic Red Hot Chilli Peppers. Przyznaję, że dopiero po kilku przesłuchaniach tej… piosenki udało mi się otrząsnąć z szoku. Zadawałem sobie pytanie: czy to nadal Slipknot? To bardzo odważny, ale i udany start albumu – chociaż w żadnym stopniu niewskazujący, że mamy do czynienia z krążkiem zamaskowanego zespołu z Iowy. Dying Song (Time To Sing) i The Chapeltown Rag to pod względem aranżacyjnym klasyczny, pełnokrwisty metal. Są tu zarówno perkusyjne blasty, jak i wgniatające w ziemię riffy. Zaczyna robić się coraz ciekawiej; dotychczas wycofane i umiejscowione niejako w tle sample Craiga Jonesa, klawisze Michaela Pfaffa oraz skrecze Sida Wilsona wyeksponowano, co odświeżyło brzmienie grupy. Co więcej, Joe Barresi (producent The End…) zadbał, by nie były one jedynie dodatkiem do warczących gitar i gęstej perkusji. „Przeszkadzajki” potraktowano jak oddzielny instrument, który zasługuje na odpowiednią prezencję. Diabeł tkwi tu w szczegółach.
Tracklista swobodnie płynie, ale mimo wszystko na The End, So Far i tak najwięcej jest ciężkich gitar i podwójnej stopy bębna basowego perkusji. Niemniej, ciętych riffów czy bangerów rodem z dwóch pierwszych albumów Amerykanów ze świecą tu szukać. Czadem na nowym Slipknocie mogą być m.in. Hive Mind, H377 i Warranty (ten ostatni numer oparto o zapadający w pamięć riff i stadionowy, skandowany wers „Isn’t this what you came here for?”). Gdy narastająca intensywność typowo metalowych partii zaczyna robić się nieco monotonna, muzycy tonują ją instrumentalnymi pejzażami utrzymanymi w wolniejszych tempach. Wyraźnie słychać, że zabieg ten był działaniem celowym. Te bardziej spokojne fragmenty stanowią zresztą mocny atut The End, So Far. Mowa tu m.in. o rewelacyjnym Yen z przejmującym refrenem Taylora i zwartą sekcją rytmiczną współpracującą z tłem wykreowanym przez gitary z drugiej połowy kompozycji. W tym miejscu należy zwrócić uwagę na partie V-Mana, basisty grupy. Odpowiednia prezencja gitary basowej i osadzenie jej w miksie zespołu na The End, So Far stanowi solidny fundament prawie każdego z obecnych tu nagrań. Czuć, że następca nieodżałowanego Paula Graya dysponuje własnym, rozpoznawalnym stylem gry, który uzupełnia brzmienie wypracowane przez zespół. Zwrotki klimatycznego Medicine for the Dead zabierają słuchacza w obszary znane z All Hope Is Gone, jednak śpiewany refren wyraźnie nawiązuje do klasycznego rocka z USA z lat 70. ubiegłego wieku. Nieco słabsze Heirloom przywołuje jednoznaczne skojarzenia z drugim zespołem Coreya Taylora, Stone Sour, a progresywna konstrukcja De Sade sprawia wrażenie soundtracku do sztuki teatralnej. Równie nietypowym numerem jest Acidic, w którym wyraźnie słychać wspomniane wyżej eksperymenty skrojone na kanwie bluesa. Wokalista śpiewa tu wokalem nawiązującym do klasyków grunge’u; jego głos w czystych partiach nie jest daleki od barw zarejestrowanych około 30 lat temu przez Eddiego Veddera z Pearl Jam czy Scotta Weilanda ze Stone Temple Pilots. Należy zaznaczyć, że The End, So Far może być szczytowym osiągnięciem aktualnych możliwości głosowych Taylora. Uważam, że Corey w pełni wykorzystuje tu swój potencjał. Dokonuje tego np. wielokrotnie dublując swoje partie i układając zapadające w pamięć harmonie. Nie wiem, ile w tym zasługi producenta, ale podjęte decyzje odczuwalnie służą zarejestrowanym piosenkom. Nic nie dzieje się tu bez przyczyny i wszystko ma swoje miejsce w kontekście. Całość konceptu zamyka Finale, które ukazuje jedno z najłagodniejszych oblicz zespołu. To dziwny mariaż post-grunge’u z mainstreamowym popem, smyczkami, chórami i mocnymi gitarami, który wraz z Adderall stanowi swoistą klamrę trzymającą wszystkie pozostałe utwory w umownych ryzach.
Sęk w tym, że The End, So Far mogłoby być nieco krótsze, z zastrzeżeniem, że usunięcie dwóch-trzech utworów z tracklisty byłoby działaniem nieodpowiednim. W trakcie odsłuchu miewałem problemy z immersją. W kilku miejscach na albumie riffy sprawiają wrażenie sklejonych ze sobą bez głębszego zastanowienia się. Sporo tu przeciągniętych powtórzeń tych samych partii. Niemniej, The End… jako całość to rzecz równa, a to w przypadku ostatnich dokonań Slipknot sprawa niecodzienna. Nie zmienia to faktu, że najnowszy krążek Amerykanów (i jednego Anglika) z pewnością spolaryzuje fanów i pozostawi ich w głębokiej konsternacji. Część z nich zapewne uzna, że nowa płyta grupy to materiał przeczący wartościom uchwyconym na niesławnej IOWIE. Odświeżenie wyeksploatowanej formuły było nieuniknione. The End, So Far powstało w celu wyjścia ze strefy komfortu. Słychać to w prawie każdym zarejestrowanym numerze. Ten krążek nagrali ludzie po pięćdziesiątce, którzy dawno temu odstawili zżerające grupę od środka twarde używki. Nie ma możliwości, by ponad pięćdziesięcioletni panowie wrócili do skrajnych szaleństw, których echa słychać na kultowym albumie z 2001 roku. Moim prywatnym zdaniem, The End… to trzeci najlepszy album Slipknot, nad którym wyżej stawiam wyłącznie IOWĘ i debiut z 1999 roku. Jednocześnie zaznaczam, że recenzowana tu płyta, kolokwialnie rzecz ujmując, “nie ma podjazdu” do obu tych wydawnictw. Co więcej, czuję, że The End… w zestawieniach najlepszych albumów z 2022 roku znajdzie się raczej dosyć nisko. Dlaczego? Bo to po prostu udany krążek, który nie rozczarowuje, ale nie przynosi też spektakularnego przełomu, zaś jego nieprzystępna konstrukcja nakazuje odbiorcy wielokrotne przesłuchanie całości od deski do deski bez przewijania poszczególnych utworów.
Ocena: 7,5/10
No to chyba mamy zwycięzcę konkursu na największe rozczarowanie muzyczne 2022 roku. Panie i Panowie – przed Wami nowy album Slipknot!
Niestety The End, So Far to zawód praktycznie na całej linii, a jego tytuł mniej więcej w czasie ósmego utworu okazuje się więcej niż trafiony. Siódmy krążek formacji z Iowy w zdecydowanie większym niż dotychczas stopniu rezygnuje z agresji na rzecz przesłodzonych refrenów, podczas których cukier strzela między zębami. Na nowym dziele zespołu więcej jest melodyjnych i radiowych partii, które czasem działają (The Dying Song (Time to Sing), The Chapeltown Rag), a częściej jednak wpływają negatywnie na odbiór – nawet tych początkowo nieźle zapowiadających się – kompozycji (Hivemind, Heirloom). Swoją drogą udanych kawałków jest na The End, So Far naprawdę niewiele. Z pełnym przekonaniem mógłbym określić jako taki The Chapeltown Rag (akurat tutaj refren odgrywa w tym sporą rolę), wolny Medicine For the Dead, autentycznie znakomity H377 oraz otwierający album Adderall. Otwieracz jest zresztą jedynym przejawem oryginalności na tym wydawnictwie, choć mam świadomość, że ten radioheadowy utwór ortodoksyjnym fanom Slipknot może nie przypaść do gustu.
A co dostajemy oprócz tego? Mogące aspirować do miana zapychaczy na poprzednich albumach The Dying Song i Warranty, brzmiące jak odrzuty z wcześniejszych sesji nagraniowych, oraz numery, które chyba były zbyt słabe, aby załapać się na przedostatni (swoją drogą również nieudany) krążek Stone Sour, więc po lekkiej obróbce postanowiono zakończyć nimi kontrakt z Roadrunner Records (Yen, Acidic, De Sade, Finale). Niestety wracają również przeciągnięte ambientowe wstawki rozpoczynające lub kończące niektóre z kompozycji – irytowało mnie to już na We Are Not Your Kind, tutaj zabieg ten jeszcze bardziej sztucznie wydłuża i tak już – w zestawieniu z jakością – zbyt długi krążek.
Jak dla mnie, The End, So Far mógłby w ogóle nie powstawać. Większość kawałków sprawia wrażenie napisanych na kolanie i obawiam się, że album bardzo szybko zostanie zapomniany. Gorszej odsłony twórczości Slipknot do tej pory nie było i mam nadzieję, że kolejną płytą zespół nie będzie chciał „przebić” swojego najnowszego bękarta.
Ocena: 4,5/10
- Czernina — „Oszukać Listopad” (2025) - 21 stycznia 2026
- KANNABINOID już w styczniu w Lublinie - 3 grudnia 2025
- SYSTEM OF A DOWN, QUEENS OF THE STONE AGE oraz ACID BATH na koncercie w Polsce w 2026 roku - 10 września 2025






