Site icon KVLT

StygmatH – „Burning Memories” (2026)

Minęła cała dekada od wydania albumu formacji StygmatH, który miałem przyjemność recenzować na łamach Kvlt. Wtedy brzmieli jak intrygujące połączenie klasycznego death metalu z bardziej melodyjnym, rockowym, może lekko goth’n’rollowym, ale wciąż szorstkim graniem (coś wziętego z ducha Sirrah chociażby). Co się zmieniło przez lata studyjnego milczenia? Minialbum Burning Memories brzmi bardziej profesjonalnie, selektywnie, a przede wszystkim kompozycje podano tu z większą mocą i intensywnością, nie zapominając o atmosferze i chwilach oddechu. Zespół ewidentnie okrzepł i poszerzył wachlarz możliwości i rozwiązań. I zdaje się, że Łodzianie śmiało mogą poszukać nowego grona słuchaczy, ale po kolei…

Właściwie czuć na Burning Memories, że to całkiem nowe rozdanie, choć jednocześnie StygmatH zachowuje pewne elementy wypracowanego stylu. Otwierający płytę Without Will wita słuchacza intensywnym riffem, kłaniając się starym dobrym deathmetalowym wzorcom lat 90. – jasne, od razu przychodzi myśl, że gdzieś to już było, gdzieś to słyszeliśmy. Ale przecież kanony grania dawno już zostały określone i nie zawsze trzeba wymyślać koło na nowo. Zdaje mi się, że serce Łodzian bije przede wszystkim właśnie w rytmie tego, co ukształtowało scenę śmierć metalu u jej zarania, lokując się na przykład bliżej Szwecji – od jej początków, poprzez melodic deathmetalowe wariacje (gdzieś pomiędzy, nie przymierzając, Entombed i At The Gates).

Bazą w premierowym materiale są konkretne riffy w średnich tempach i dosadne, jakże miłe dla ucha tremola. Ale choć death metal jest tu rdzeniem, to kapela nie ogranicza się jedynie do typowych dla niego rozwiązań. Nie brakuje na Burning Memories blackowych naleciałości, atmosferycznych i złowieszczych zarazem. Spore wrażenie robią też zwolnienia – nie jest ich wiele, ale gdy się pojawiają, to wgniatają (cudowny w swej prostocie finał Hate) i ciekawie kontrastują z resztą kompozycji. Spora dawka melodyki, podawana w gitarowych tematach i zwracających uwagę solówkach, dobrze doprawia całość, jednocześnie nie stępiając siły wyrazu – ciągle pozostajemy w morowych objęciach. W prostocie czasem drzemie więcej siły niż w technicznych popisach.

Zespół ciekawie żongluje zmianami muzycznych tematów. Czasem muzycy nieco zaskakują, nie rozwijają nadmiernie podanego wątku, ale też nie wypadają z ram undergroundowego, staroszkolnego grania. Całości dopełniają również klasyczne dla gatunku teksty podane z pomocą solidnego growlingu, zgrzebna szata graficzna utrzymana w turpistycznych kanonach, czarno-białe fotografie w albumowej wkładce, a nawet odgłos świszczącego wiatru i dźwięczne outro. Wszystko podług dawnych receptur.

Wyszła bardzo solidna EP-ka. Nie mogę się właściwie przyczepić, bo nie mam do czego, nawet jeśli zespół nie odkrywa nowych lądów. Bo można powiedzieć, że to dość zachowawcze granie, według pewnych sprawdzonych formuł. Ale mnie to akurat nie przeszkadza – trzeba jeszcze umieć znane elementy zgrabnie połączyć, a to się na Burning Memories udało. Pytanie, czy w pełnowymiarowej, albumowej formie zespół utrzymałby formę i uwagę słuchacza? Obyśmy nie czekali kolejnej dekady, by to sprawdzić. Marcel (bas/wokal), Łukasz (gitara), Filip (perkusja), Krzysiek (gitara/wokal) uradowali mnie tym materiałem, po prostu. Zespół zrobił postępy, więc starzy fani powinni sobie o nich przypomnieć, a reszta spróbować bez oporów. Zwłaszcza ci, którym tęskno za latami 90.

Ocena: 8/10

Oficjalna strona na Facebooku
Stygmath na Bandcamp

Exit mobile version