Symphony of Death – „…It’s Time…” (1994/2024)

W styczniu tego roku miało miejsce bardzo ciekawe i wartościowe wznowienie. Wytwórnia Moon Records, jak sama to opisuje, po wielu trudnościach w końcu wydała jedyny album zespołu Symphony of Death noszący tytuł …It’s Time…. Materiał ten pierwotnie ukazał się na kasecie licencyjnej pod banderą Baron Records w 1994 roku, czyli równe 30 lat temu. Do materiałów archiwalnych dodano trzy utwory premierowe, zarejestrowane w 2023.

…It’s Time… to płyta stworzona w najlepszym czasie i podczas trwania silnej mody na klimatyczne granie. Słuchając tego aż 30 lat później, ciężko jest mi wyobrazić sobie jakiegoś dzisiejszego, młodego adepta metalu, który bierze się za słuchanie płyty z taką satysfakcją, jak mogą to zrobić ludzie pamiętający stare czasy. Nie mam też pojęcia, czy nawet klasyczne albumy tego nurtu zyskują nowych fanów, bo mam wrażenie, że jest to sztuka obecnie dosyć zapomniana i odkopywana jedynie przez lekko posiwiałych maniaków, których średnia wieku oscyluje wokół 40-50 lat. Nie zmienia to faktu, że były to piękne i magiczne czasy, a muzyka jaka wtedy powstała – jedyna w swoim rodzaju. Czuli to także muzycy Symphony of Death i już wtedy postanowili iść tym tropem.

Nie ma się tu co czarować, …It’s Time… to nie jest Turn Loose the Swans (My Dying Bride) czy Irreligious (Moonspell), ale obiektywnie patrząc jest to materiał bardzo dobrze rokujący młodemu zespołowi, który dobrze rozegrany mógł pchnąć band daleko. Ponad pięćdziesiąt minut trwania płyty to esencja klasyki wolnego, melancholijnego death/doom, który ubrany w staroszkolne partie klawiszy i silny growl jest dla mnie miodem na uszy. Wiecie, znam klasyki, kocham je z całej siły, ale mam je obsłuchane tak bardzo, że każda nuta, która przybliża mnie do dawnych czasów jest cenna i na wagę złota. Archaiczne granie Symphony of Death to zapis klimatu, którego nie da się dziś już powtórzyć i cieszę się, że mogę dzięki tej płycie przypomnieć sobie siebie siedzącego przy kaseciaku, słuchającego zimą smutnych melodii mrocznego metalu. Powolne tempa hipnotyzują, smutne melodie wzruszają, growl nadaje agresji i wszystko się zgadza.

Po głównym daniu nadchodzi czas na premierowe utwory z 2023. Z nimi mam problem, muzycznie tor jest utrzymany, nawet brzmienie gitar w pewnym stopniu nawiązuje do debiutu. Od strony instrumentalnej kompozycje nadal oscylują w najlepszych tradycjach depresyjnego death/doom i są całkiem zajebiste. Nie rozumiem natomiast, co się stało z wokalem, który zamienił się w jakieś dziwne skrzeki, które może i mogłyby przypominać Celtic Frost, ale są tak słabe, że daleko im do Toma G. Warriora. Nie wiem, co tu się stało, ale takich rzeczy nie można robić i puszczać do ludzi, totalna dyskwalifikacja.

W ostatnim akapicie chciałbym podziękować wytwórni Moon Records za odszukanie i wydanie …It’s Time…, zrobiliście mi tym wielki prerzent i mam nadzieję, że udało się z wydawnictwem dotrzeć do większej liczby fanów muzycznego smutku. Co do bonusów, jestem niestety na nie, w takiej formie jest to karykatura.

Symphony of Death na Facebook’u.

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , .