The Black Queen – „Fever Daydream” (2016)

Artyści na co dzień parający się muzyką metalową czasami najzwyczajniej w świecie potrzebują odpoczynku od hałasu, który generują. W wywiadach często przyznają, że słuchają zupełnie innej muzyki, niż tej, którą grają: klasycznej, ambientów czy elektronicznej. Zdarza im się swoje fascynacje przekuwać na projekty poboczne i tak ostatnimi czasy frontman Toola, Maynard James Keenan, szalał w Pusciferze, gardłowy Deftones, Chino Moreno czarował w Crosses, a Greg Puciato zdzierający gardło przede wszystkim w The Dillinger Esape Plan powołał do życia projekt The Black Queen, którego debiut przychodzi mi Wam zrecenzować.

Moda na ejtisowe klimaty powróciła na dobre dzięki takim filmowym produkcjom jak Deathgasm, Kung Fury czy Turbo Kidnatomiast w muzyce odnotowaliśmy chociażby takie zjawiska jak inspirowany twórczością Joy Division band Beastmilk (obecnie muzycy związani z tym szyldem kontynuują swoje zimnofalowe zabawy jako Grave Pleasures), Perturbator, wspomniane Crosses czy właśnie The Black Queen, które albumem „Fever Daydream debiutował na początku tego roku. Delikatniejszą stronę wokalu pana Puciato poznaliśmy już przy okazji takich utworów TDEP jak Widower, Dead As History, One Of Us Is The Killer czy Mouth Of Ghosts, tak więc raczej nikt nie powinien być zdziwiony jego kojącym zmysły głosem właściwie w każdym utworze na płycie. Płycie nienachalnie przebojowej i unurzanej w wyrazistych syntetycznych bitach, które równie dobrze sprawdzą się na retro imprezie jak i podczas romantycznego wieczoru u boku drugiej połówki. Fani starszych płyt Depeche Mode z pewnością będą bujać się do takich kawałków jak Secret Scream, That Death Cannot Touch, wychowani na wczesnych dokonaniach Nine Inch Nails także nie powinni mieć powodów do narzekania, bo naleciałości industrialne są jak najbardziej wyczuwalne (pojawia się nawet dość dziwaczny przerywnik pod postacią nomen omen Strange Quark).

Bezczelnie przebojowe, parkietowe wręcz są Ice To Never Maybe We Should, zresztą w teledysku do tego drugiego Greg pozwala sobie na powodujące u pań palpitacje wygibasy. To album momentami bardzo eteryczny, rozmarzony (The End Where We Start) i mrocznie erotyczny (Distanced). Jednak równie dobrze możecie podczas słuchania go samotnie przemierzać nocą puste ulice, to soundtrack idealny do łazikowania w ciepłe, gwieździste wieczory. I tak sobie można iść gdzie nogi poniosą słuchając dwóch ostatnich, dość spokojnych numerów, Taman Shud Apocalypse Morning i ostrzyć zęby na kolejną tak równie udaną płytę. A na jesień koncert w warszawskiej Hydrozagadce, na który mam nadzieję się udać. Znakomita i bardzo szybko uzależniająca płyta świadomych tego co chcą przekazać muzyków, oby więcej takich klimatów w najbliższym czasie.

9,5/10

Wydarzenie koncertowe na Facebooku: https://www.facebook.com/events/234486226927268/

Autorem jest Dominik „Stanley” Stankiewicz.

Czwarkiel
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , .