Jeśli o black metal chodzi to dość trudno mnie zadowolić. Nie jestem zwolennikiem prostej i kłaniającej się w pas Rogatemu łupanki, męczy mnie to i nudzi niemiłosiernie. Są rzecz jasna chlubne wyjątki, które lubię jak Mayhem czy Marduk. Tsjuder nigdy nie był obiektem mojego zainteresowania , ale jako, że najnowszy album tria został wydany przez Season Of Mist postanowiłem się z nim skonfrontować. I co z tej konfrontacji wynikło? W sumie niewiele. Bo z tym true sprawa ma się tak, że jest za bardzo jednostajny, jednolity i w ostatecznym rozrachunku zbyt monotonny. Naczytałem się zachwytów, a przyznam, że w przeciwieństwie do omawianego gdzieś obok Ritual Killer ten łupień nie robi na mnie większego wrażenia.
Tsjuder kolokwialnie mówiąc napierdala. Dość jednostajnie i ultra szybko, ale bez pomysłu. Czasem wymknie się jakaś zagrywka czy bardziej słuchalny fragment, ale w sumie to męczą bułę i nic z tego męczenia nie wynika. Rzecz w tym, że nie jestem targetem ich sztuki i odbieram ją przez pryzmat swoich doświadczeń. Ktoś kto na takiej muzie zjadł zęby pewnie chętnie wybiłby mi moje tak dla zasady. Na pewno wybija się galopujący „Demonic Superemacy„, w którym słychać punka ożenionego z luzactwem Motorhead. Podobnie ma się sprawa z kawałkiem tytułowym zostawionym na finał, który jest, co tu dużo mówić, najbardziej wyrazisty i na swój sposób melodyjny. Gdyby więcej tego typu rozkmin do swojej muzyki wrzucali to wielce prawdopodobnym byłoby, że nawet bym się podjarał jak kapliczka koło chaty Vikernesa. Problem w tym, że mało urozmaicone bombardowanie trwa i czasem po siedem minut. Ja wiem, że dla Szatana chwały to są mroczne rytuały, ale no do cholery, on chyba też się może trochę zmęczyć słysząc blast na blaście. Ale za finałowy wałek ocena idzie jak najbardziej w górę.
Jeśli jesteście fanami Tsjudera to moje pierdolenie Was nawet nie wzruszy, bo przecież jestem tylko pismakiem. Jeśli natomiast jesteście pobieżnymi znawcami tej czarciej familii i zastanawiacie się co słychać, to podpowiem, że wszystko po staremu i „tu nie będzie rewolucji”. Najbardziej to mi się z tego wszystkiego okładka podoba, stylowa i mroczna i na swój paskudny sposób ładna. Byłaby mocna 6 ale podbijam do 6.66 bo inaczej mi nie wypada. Fani bardziej tradycyjnego BM łykną bez popity, reszta… reszta przecież i tak nie słucha na co dzień Tsjuder.
Ocena: 6.66/10
https://www.youtube.com/watch?v=G3PqTGqWR2s&ab_channel=impuretotentanz
- Wygraj bilet na trasę zespołów FRONTSIDE & HAMULEC - 20 lutego 2026
- ANNEKE VAN GIERSBERGEN: premiera singla z nowej EPki „La Mort” - 20 lutego 2026
- Polski KINGSPHERE coveruje TRIVIUM i ujawnia szczegóły nowej płyty „Inertia” - 20 lutego 2026
Tagi: 2015, black metal, Dominik "Stanley" Stankiewicz, muzyka, płyta, raw black metal, recenzja, Season Of Mist, Stanley, Tsjuder.






