Site icon KVLT

URARV – „Nychta Psychis” (2026)

Drugie tchnienie Uravr to materiał, w którym Aldrahn z chirurgiczną precyzją splata swoje charakterystyczne, neurotyczne wokale z gęstą, niepokojącą muzyką. To album, który nie szuka łatwych rozwiązań. Zamiast tego buduje świat pełen dysonansu, mroku i nieoczywistej melodyki. Słychać tu zarówno echa jego przeszłych projektów, jak i zupełnie nową, osobistą narrację. Im głębiej wchodzisz w ten materiał, tym wyraźniej czujesz, że nie jest to zwykła kontynuacja. To  jest powrót w postaci zdeformowanej, jakby Aldrahn wrócił z miejsca, w którym czas płynie inaczej. Riffy są tu poszarpane, jakby wygryzione z większej całości, rytmy pulsują nerwowo, a wokale – raz teatralne, raz skrajnie intymne, sprawiają wrażenie, jakby skierowane były do kogoś, kto stoi tuż za Tobą, niewidoczny, ale obecny.

Całość ma w sobie dziwną, lepko‑mglistą atmosferę, która nie tyle otacza słuchacza, co powoli go wciąga. To album, który nie prowadzi po ścieżkach. On je rozmywa. Granice między utworami zaczynają się zacierać, jakby wszystkie były fragmentami jednego, długiego, niepokojącego monologu wewnętrznego, w którym Aldrahn raz wyznaje, raz ukrywa, raz krzyczy, a raz milczy w sposób bardziej przerażający niż jakikolwiek krzyk. Jest w tym coś z obrzędu, coś z halucynacji, coś z nocnego spaceru po miejscu, którego nie powinno się odwiedzać.

To właśnie ten posmak – gęsty, lekko obłąkany, niepokojąco szczery – sprawia, że druga płyta Uravr nie jest tylko powrotem. Jest niemal manifestem, że Aldrahn nadal potrafi tworzyć muzykę, która nie tyle brzmi, co wchodzi pod skórę.

Tylko 32 minuty Nychta Psychis. 32 minuty dziwacznego, niepokojącego blackmetalowego szaleństwa, które wciąga jak obrzęd odprawiany w piwnicy pełnej dymu i popękanych ikon. Norwescy ekscentrycy ani na moment nie zbaczają ze swojej osobliwej ścieżki. Grają tak, jakby wciąż poruszali się w świecie istniejącym wyłącznie dla nich, w rzeczywistości, do której nikt z zewnątrz nie ma dostępu. Muzyka Uravr jest jak zamknięty krąg, hermetyczna, nieprzystępna, a przez to jeszcze bardziej fascynująca. Od pierwszej sekundy dają jasno do zrozumienia, że mają w nosie wszelkie oczekiwania. Nie próbują niczego udowadniać, nie starają się nikomu przypodobać, nie interesują ich ani gusta, ani trendy, ani zdrowy rozsądek. Tworzą tak, jak chcą. W sposób nieprzewidywalny, chaotyczny, a jednocześnie absolutnie świadomy. Ten album to nie propozycja, lecz deklaracja. Jeśli chcesz wejść do ich świata, musisz zaakceptować jego reguły, bo oni nie zamierzają zmieniać ani jednej nuty, by ułatwić Ci drogę.

Choć ich kompozycje wciąż opierają się na surowych, blackmetalowych fundamentach, zespół konsekwentnie unika bezpiecznych rozwiązań, jakby świadomie odrzucał wszystko, co mogłoby poprowadzić ich w stronę przewidywalności. Zamiast powielać schematy, sięgają po środki wyrazu, które z black metalem nie muszą mieć nic wspólnego. Od nietypowych struktur rytmicznych, przez zaskakujące aranżacje, aż po elementy brzmieniowe wywodzące się z zupełnie innych estetyk. W ich muzyce eksperyment nie jest dodatkiem ani ozdobnikiem, lecz naturalnym przedłużeniem mroku, który stanowi rdzeń ich twórczości. To właśnie dzięki temu mrok nabiera nowych odcieni. Staje się bardziej niepokojący, bardziej nieoczywisty, a momentami wręcz abstrakcyjny, jakby zespół próbował pokazać, że granice gatunku istnieją tylko po to, by je przekraczać.

W efekcie powstał pięknie niekonwencjonalny album Nychta Psychics, który jest zarówno odważny, jak i wyrafinowany, nie popadając przy tym ani w pretensjonalność, ani w sztucznie wymuszoną oryginalność. To muzyka, która nie próbuje niczego udowadniać. Jej siła tkwi w swobodnej, nieprzeintelektualizowanej kreatywności, pozwalającej każdemu utworowi oddychać własnym, niepokojącym rytmem. Szczególnie imponuje wszechstronność, jaką Aldrahn pokazuje w wokalu przez cały czas trwania albumu. Raz brzmi jak nawiedzony kaznodzieja, innym razem jak zimny, odhumanizowany narrator, a chwilami jak ktoś, kto próbuje wyrwać się z własnej skóry, balansując na granicy obłędu i teatralnej ekspresji. Jego głos spaja całość, nadaje jej dramaturgię i niepokój, który unosi się nad każdym utworem jak gęsta, ciężka mgła. Nieprzezroczysta, ale fascynująca, wciągająca słuchacza coraz głębiej w świat, w którym nic nie jest oczywiste, a wszystko pulsuje podskórnym napięciem.

Instrumentalnie Nychta Psychics działa jak precyzyjnie skonstruowany mechanizm, który z pozoru wydaje się chaotyczny, ale w rzeczywistości każdy jego element jest na swoim miejscu. Gitary nie próbują dominować, a raczej oplatają wokal, tworząc nerwowe, poskręcane struktury, które raz pulsują jak żywy organizm, a raz rozpadają się na suche, kanciaste frazy. Perkusja Sakisa jest tu bardziej narratorem niż tłem. Nie prowadzi utworów, tylko je komentuje, jakby próbowała uchwycić ich wewnętrzne napięcie. Całość brzmi surowo, ale nie niedbale. Jest w tym świadoma estetyka, która unika zarówno przesadnej produkcyjnej sterylności, jak i taniego lo-fi. To album, który nie boi się brudu, ale też nie ukrywa swojej precyzji. A im dłużej się go słucha, tym wyraźniej widać, że ta „nieoczywistość” nie jest przypadkiem, lecz świadomym wyborem. Każdy utwór zdaje się tu funkcjonować jak osobny rytuał, z własnym tempem, własnym napięciem i własną logiką, która nie zawsze jest od razu czytelna, ale za to zawsze intryguje. Zespół nie boi się nagłych zwrotów, dysonansów, fragmentów pozornie chaotycznych, które po chwili układają się w coś zaskakująco spójnego. To muzyka, która nie prowadzi słuchacza za rękę.

W czasach, gdy wiele zespołów próbuje odtworzyć dawne formuły albo desperacko szukać „nowości” dla samej nowości, Nychta Psychis stoi z boku i robi swoje. Bez presji, bez pozowania, bez kalkulacji. Jeśli szukasz muzyki, która nie tylko brzmi, ale też zostawia ślad, to ten album jest dokładnie tym.

Nychta Psychis to dzieło dojrzałych muzyków, którzy zamiast gonić za trendami, postawili na autentyczność i własną wizję. To album wymagający, nieoczywisty, czasem szorstki, ale zawsze szczery. I właśnie dlatego warto po niego sięgnąć – bo takich płyt po prostu nie robi się często.

Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
Exit mobile version