Początek nowego roku to zwykle czas, gdy fani muzyki zaaferowani są wszelkiego rodzaju podsumowaniami minionych dwunastu miesięcy. W pierwszych dniach stycznia łatwo przeoczyć wiele ciekawych premier płytowych. Niniejsza recenzja ma zatem spełniać dwojaką rolę: nie tylko opisu i oceny płyty, ale również przypominajki, że w styczniu też wydaje się na świat albumy, o których głośno będzie w końcoworocznych podsumowaniach za kolejnych dwanaście miesięcy. Przed nami debiut poznańskiego kolektywu Uulliata Digir o tym samym tytule.
Self-titled LP ekipy z Poznania to klucz do międzygatunkowego labiryntu, prowadzącego słuchacza przez gabinet osobliwości. Album tyleż ambitny, co dziwny. Sięgający po znane i lubiane rozwiązania, a jednocześnie niebojący się eksperymentować ze świeżym spojrzeniem. Debiutancki krążek Uulliata Digir to dowód, że w 2025 wciąż da się wycisnąć z muzyki coś niebanalnego, co nie będzie zwyczajną kalkomanią.
Na przestrzeni pięciu kompozycji, które łącznie zajmują niespełna 40 minut, otrzymujemy tak naprawdę trzy solidne filary twórczości poznańskiego zespołu – Myrthys, Omni Dirga oraz Eldrvari – pomiędzy które wkradły się dwa krótkie przerywniki – Asea oraz Atti. Odsłuch całości sprawia jednak wrażenie bardzo kompletnego, koncepcyjnego wręcz albumu. Zaleca się słuchanie w całości, choć nawet poszczególne numery solo wypadają tu niezwykle interesująco. Inspiracji z różnych stron sceny muzycznej nie brakuje, bowiem w okowach współczesnego black metalu zmieściły się odniesienia do sludge’u, doomu, post-rocka czy post-metalu. Osoby śledzące poczynania muzyków z polskiej sceny dostrzegą tu wątki wspólne z twórczością Obscure Sphinx, Blindead, Moanaa, a może i Lonker See. Jest w tym oczywiście nieco podobieństw do Cult of Luna i późniejszego Neurosis, a nawet supergrupy Absent In Body.
Naprzeciw szeroko pojmowanych metalowych korzeni Uulliata Digir znajdują się ich własne innowacje, które wyróżniają debiutancki krążek na tle wspomnianych tu projektów. Damski wokal, którego nie powstydziłby się Hans Zimmer komponujący soundtrack do nowej Diuny, to zdecydowanie jeden z najważniejszych elementów na tym albumie. No i jeszcze ta trąbka, która wprowadza klimat noir, niosąc echa kompozycji Michała Lorenca do filmów Władysława Pasikowskiego. Swoisty trompetenmetal może nie każdemu przypaść do gustu, ale czy kogokolwiek mariaż metalu i trąbki może jeszcze dziwić? Słyszeliśmy już akordeon (np. zespoły Путь i Peste Noire), saksofon (Ihsahn, Rivers of Nihil) czy nawet banjo (Taake, Panopticon). Uulliata Digir udowadnia, że na solidnych podstawach można tworzyć kreacje nietuzinkowe i wyjątkowe, a przy tym na dłużej zapadające w pamięć
Uulliata Digir to nie są łatwe rzeczy. Mamy do czynienia z albumem, który ma spore szanse namieszać na rodzimym rynku stając się płytą instant classic (pun intended). Przede wszystkim nie jest to kolejny debiut, który pozostawia słuchacza obojętnym. Do tej płyty trzeba co jakiś czas wracać, aby odkryć w niej coś nowego. Tyle tu różnych płaszczyzn, że ich ogrom może przytłaczać. Jednakże każde kolejne spotkanie z Uulliata Digir to gwarancja doświadczenia wykraczającego poza przyjęte ramy gatunkowe.
Album, który wiele obiecuje, a jeszcze więcej dostarcza.
Ocena: 9/10
Uulliata Digir na Facebooku.
Uulliata Digir na Bandcampie.
- SiriusC – „Soil” (2025) - 8 listopada 2025
- Uulliata Digir – „Uulliata Digir” (2025) - 7 stycznia 2025
- Mirzam Antidotum Ov Marazm – „…There Is No Emptiness…” (2024) - 31 grudnia 2024
Tagi: 2025, album, black metal, doom metal, post-metal, post-rock, recenzja, review, slidge, UULLIATA DIGIR.






