Czas na kolejne wyzwanie z katalogu Aesthetic Death. Wytwórnia ta upodobała sobie muzyczne dziwolągi i w przypadku debiutanckiego krążka Yaldabaoth nie jest inaczej. That Which Whets the Saccharine Palate obija się na scenie już równo rok, ale na taką muzę nie ma złego czy dobrego momentu – obojętnie jaki będzie rok czy miesiąc, ona i tak będzie trudna i niemodna.
Co nie podlega żadnej dyskusji, na opisywany album potrzeba czasu, by go poznać. W pierwszym kontakcie wydaje się hałaśliwy, natarczywy i uciążliwy jak ból zęba. Jego brutalność nie czerpie z blastów, podwójnych stóp czy krzyków. Cała agresja bierze się z nietypowych aranży, łamańców i wręcz karkołomnych prób utrudnienia odbioru słuchaczowi. W tym momencie warto ostrzec wszystkich lubujących się w muzyce niesprawiającej problemów, by sobie odpuścili jakikolwiek kontakt z Yaldabaoth. Muzyka tego – jak się okazuje – anonimowego projektu oparta głównie jest na sztuce black metalu, taki zespól ma kręgosłup i takie wybrał brzmienie instrumentów. Do wpływów sceny BM muzycy przemycili dużą ilość chaosu i spaczenia. Coś jakby wszystkie trudniejsze patenty grup Emperor i Mayhem zagęścić, wymieszać i dodać do nich odrobinę noise’u znanego choćby z katalogu wytwórni Relapse. Taki wstęp może odstraszyć, ale gdy się płytę pozna, przestaje być niezjadliwa. Oczywiście nadal będzie trudna i ekstremalna, ale w sposób, jaki można polubić. Nie ma też co ukrywać, iż ponad czterdzieści minut takiej dźwiękowej nawałki może stać się wyzwaniem, skłamałbym, gdybym powiedział, że mogę tego albumu słuchać zawsze i wszędzie. Na taki rodzaj sztuki należy mieć nastrój graniczący z masochizmem w dobrym tego słowa znaczeniu.
W gronie sześciu, nie najkrótszych kompozycji, ciężko jest wybrać fragmenty, które mógłbym wymienić jako wyróżniające się. Prawda jest taka, że That Which Whets the Saccharine Palate to schizofreniczna podróż przez rozbudowane kompozycje i aranże, w których dzieje się wiele i dzieje się szybko. Ważne jest także to, że muzycy dają czasami odetchnąć, oferując bardziej atmosferyczne momenty wśród ogólnego szaleństwa, nie ma tego wiele, ale dzięki nim mam wrażenie kontaktu z albumem koncepcyjnym – mającym jakąś większą historię do opowiedzenia.
Może i Yaldabaoth nie stanie się rozchwytywanym zespołem, ale muzycy wiedzą, co robią i odnaleźli swój styl. Cieszy mnie również fakt, że jest wytwórnia wspierająca taką pokręconą sztukę. Czasy są ciężkie nawet dla muzyki komercyjnej, więc należy jeszcze mocniej wspierać niszę.
Ocena: 6.5/10
- POISON RÜIN – „Hymns from the Hills” (2026) - 29 kwietnia 2026
- EXHUMED, GRUESOME, ORBSTRUCT – 2 Progi, Poznań 17.04.2026 - 27 kwietnia 2026
- House by the Cemetary – „Disturbing the Cenotaph” (2025) - 23 kwietnia 2026

