Saturnalia Temple – „Gravity” (2020)

Saturnalia Temple koncentrowali się dotychczas w swojej twórczości na stoner/doom metalu, wzbogaconym okultystycznymi motywami.
Trzeci album „z prawdziwego zdarzenia” (poprzedzony splitem oraz kilkoma EPkami) pozwala więc stwierdzić, że Szwedzi z Saturnalia Temple mają pewne doświadczenie. Chociaż na Gravity nie brakuje sprawdzonych patentów, intrygujących motywów i dość hipnotyzujących kompozycji, wielokrotne odsłuchiwanie wydawnictwa pozostawiło mnie z wrażeniem, że potencjał zespołu, który zaistniał na scenie kilkanaście lat temu, nie został w pełni wykorzystany.

Słuchając albumu, trudno nie odnieść wrażenia, że wszystko jest na swoim miejscu. Materiał zawarty na Gravity wpisuje się w stonerowo-doomową konwencję, a transowe riffy są mocno „rozwleczone” w zadymionej dźwiękowej przestrzeni. Podróż przez gęste dźwięki Gravity miejscami sprzyja medytacji, bywa hipnotyzująco, kontemplowanie albumu zdaje się ma wprowadzić w odmienny stan świadomości.
Począwszy od ambientowego Tordyvel, przez walcowatą ciężkość tytułowej ścieżki, aż po zfuzzowane brzmienie Elysian Fields, albumu nie można nazwać całkowicie nudnym, chwilami jednak do wydawnictwa zakrada się monotonia. Zwolnienia, powtarzalność i – w przypadku inspirowanego ezoteryką stonera w wydaniu Saturnalia Temple – wprawianie słuchaczy w trans z jednej strony należą do prezentowanego przez zespół stylu muzycznego, z drugiej zaś pojawiają się na albumie wręcz zatrważająco często.

O ile poprzednich wydawnictw Saturnalia Temple słuchałam z przyjemnością, ta podróż przez Gravity nie przebiegła z podobną łatwością. Miejscami album zwyczajnie się dłuży i nie jest to jedynie kwestia wybranego przez zespół stylu muzycznego. Zamiast wprawiać w refleksyjny trans,  Gravity po prostu nuży.
Być może chodzi tutaj o powielanie wciąż tych samych schematów, może o brak wyrazistości – odniosłam wrażenie, że na Gravity zabrakło pewnego pierwiastka szaleństwa i nieprzewidywalności oraz eksperymentalnego podejścia do muzyki, a wielokrotne odsłuchanie albumu utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Nie mogę powiedzieć, aby Gravity miało w sobie magnetyzm, dzięki któremu częściej bym do niego wracała.

Dwa uderzające z mocą kawałki na album trwający niemal 50 minut to jednak za mało, by ciągnęło mnie (gra słów zamierzona) do częstego odsłuchu Gravity. Chociaż wspomniane Elyzian Fields i dziewięciominutowy moloch w postaci tytułowego utworu bujają, pozostałe kawałki nie mają w sobie podobnej mocy.

Ocena: 6/10

Annika
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , .