Przejdź do treści

BLIND CHANNEL: „Muzyka jest naszym środkiem przeciwbólowym”

6

Niedługo trwał rozbrat Blind Channel ze sceną. Po zaledwie dwóch latach przerwy Finowie wracają z nową płytą, zatytułowaną Painstream, oraz promującą ją trasą koncertową. Z tej okazji zaprosiliśmy do rozmowy wokalistę zespołu, Niko Moilanena. Ten rozmówcą okazał się wręcz wybornym, żałuję więc, że mieliśmy do dyspozycji zaledwie 25 minut. W tym czasie zdążyliśmy jednak porozmawiać nie tylko o nowym albumie, ale też o bólu, terapii, wypaleniu i powodach, dla których Blind Channel w ogóle wciąż potrzebują muzyki.

Cześć, Niko! Jak tam życie?

Życie jest piękne! Doskonale jest wrócić do gry, jeśli mogę to tak ująć. Mieliśmy długą przerwę, ale wreszcie wracamy, wydajemy nową muzykę. Do premiery albumu zostało niewiele czasu, tak samo do startu trasy koncertowej. Dzieją się same dobre rzeczy, więc wszystko układa się świetnie.

Skoro o przerwie mowa: w październiku 2024 ogłosiliście, że potrzebujecie przerwy, a w sierpniu 2026 roku mówicie już: „Wracamy z nową płytą!”. Pół żartem, pół serio można powiedzieć, że Blind Channel, nawet będąc w zawieszeniu, wydaje nową muzykę szybciej niż wiele w pełni aktywnych zespołów.

(śmiech) Miło mi to słyszeć i chyba rzeczywiście coś w tym jest! Może po prostu nie potrafimy robić niczego innego, więc siłą rzeczy musimy trzymać się tego, co robimy. Ale masz całkowitą rację. Chciałbym jednak podkreślić, że ta przerwa wynikała głównie z przyczyn muzycznych. Naprawdę potrzebowaliśmy czasu. W pewnym momencie – gdy doszło do przełomu z Dark Side (utwór, z którym Blind Channel reprezentowali Finlandię w konkursie Eurowizji – red.) i wydarzyło się mnóstwo rzeczy – wrzuciliśmy najwyższy bieg. Bardzo tego chcieliśmy, nikt nas do niczego nie zmuszał. To był nasz własny wybór, by iść pełną parą. Ale po jakimś czasie zauważyliśmy, że za każdym razem, gdy wchodzimy do studia, towarzyszy nam uczucie typu: „Napiszmy numer, przecież wiemy, jak to się robi, robiliśmy to setki razy, więc po prostu stwórzmy kolejną piosenkę”. W końcu zdaliśmy sobie sprawę, że nie chcemy tak traktować muzyki. W muzyce nigdy nie powinieneś czuć, że po prostu „wiesz, co robisz”. Chcieliśmy, żeby każda nowa piosenka była próbą odkrywania czegoś nowego, podróżą w głąb sztuki i samego siebie. Aby to odnaleźć i poczuć na nowo, potrzebowaliśmy czasu spędzonego wyłącznie z muzyką. Zero koncertów, zero wywiadów, brak obecności w mediach – po prostu czyste obcowanie z muzyką tak długo, jak to będzie konieczne. Nie mieliśmy żadnych terminów i sami nie wiedzieliśmy, ile ta przerwa potrwa. Myślę, że trwało to dokładnie tyle, ile miało trwać.

Musieliście więc pozwolić sprawom płynąć naturalnym rytmem.

Dokładnie tak. Chodziło o naturalne odnalezienie nowych możliwości i odzyskanie tej dawnej radości z tworzenia. Kiedy goni cię deadline, zawsze pracujesz pod jego dyktando. Nawet gdyby termin wyznaczono za 5 czy 10 lat, sam fakt jego istnienia zniszczyłby cały proces. Musieliśmy mieć pewność, że mamy tyle czasu, ile potrzebujemy. I faktycznie zajęło to sporo czasu, przerwa trwała ostatecznie 20 miesięcy. Ale to nie były 20-miesięczne wakacje! Cały ten czas spędziliśmy w studiu. Przez większość tego okresu nie mieliśmy pojęcia, dokąd zmierzamy, aż wreszcie zaczęły pojawiać się pierwsze przebłyski, zrozumieliśmy, jaką muzykę chcemy tworzyć i kim chcemy być jako artyści. I te najważniejsze rzeczy zaczęły się powoli krystalizować.

Czy można powiedzieć, że Painstream jest jak lustro odbijające te wszystkie wzloty, upadki i problemy, z którymi mierzyliście się w ostatnich latach?

Tak, zdecydowanie. Lubię myśleć o naszej karierze i płytach w kategoriach trylogii. Dla mnie to zwieńczenie drugiej trylogii, bo to w końcu nasz szósty album. Najnowsza trójka zaczęła się od Lifestyles of the Sick and Dangerous, czyli naszej przełomowej płyty. Nagle staliśmy się więksi niż kiedykolwiek wcześniej. Przyniosło to całą gamę emocji, od dobrych, przez złe, aż po mocno mieszane. Nasz kolejny album, Exit Emotions, był formą ucieczki. Nie chcieliśmy mierzyć się z tym wszystkim, co się wokół działo, niezależnie od tego, czy było to dobre, czy złe. Chcieliśmy po prostu przeć naprzód na pełnych obrotach. A nowy album to analiza. Powstawał już po tym, jak opadł kurz. To zabawne, bo przez tyle lat po prostu goniliśmy przed siebie. Teraz, przy podsumowaniu tej trylogii, dochodzimy do punktu, w którym – gdyby album nie nazywał się Painstream – mógłby nosić tytuł Face Reality. Chodzi o to, by spojrzeć prosto w oczy wszystkiemu, co dzieje się w twojej głowie. O tym właśnie jest ten krążek. Spoglądamy wstecz na wszystko, co się wydarzyło i w końcu się z tym mierzymy. To ładne zamknięcie pewnego etapu. Nie wiem, co będzie dalej, ale wiem, że po tej płycie nadejdzie coś absolutnie nowego.

Cieszę się, że nawiązujesz do tytułu. Zapytam tak: jako ludzie z natury nie przepadamy za bólem. Gdy boli nas głowa, bierzemy tabletki przeciwbólowe. Gdy cierpimy emocjonalnie, idziemy na terapię albo uciekamy w złe nawyki, takie jak alkohol czy narkotyki. Co więc jest tak wyjątkowego w samym bólu, że (nawiązując do notki prasowej) dostrzegasz w nim jakieś pozytywy?

Doskonale rozumiem twój tok myślenia. Dojście do tytułu Painstream samo w sobie było długą drogą. Przełomowy moment nastąpił, gdy słuchając demówek nagranych podczas przerwy, zorientowaliśmy się, że wszystkie te utwory w jakiś sposób krążą wokół tematu bólu. To w sumie naturalne, pisanie piosenek jest dla nas formą terapii. Robimy to, bo czujemy wewnętrzną konieczność; w ten sposób przetwarzamy własne emocje. Dlatego dla nas muzyka jest środkiem przeciwbólowym i naszym narkotykiem. Piosenki, w które wkładamy ten ból, pomagają nam i mamy nadzieję, że pomogą też innym. Nikt raczej nie mówi, że ból może być czymś dobrym, ale ten album stawia pytanie: skoro ból jest uczuciem tak uniwersalnym i dotyka każdego człowieka na świecie, to czy – mimo że obecnie widzimy, jak rozrywa ludzi na kawałki – nie mógłby stać się czymś, co nas połączy? Płyta stawia to pytanie, ale niekoniecznie daje odpowiedź, bo sam jej nie znam. Jest w tym chyba pewna doza naiwności, ale uważam, że obecność tego pytania jest niezwykle ważna. Ono unosi się nad każdym utworem na tej płycie: skoro wszyscy czujemy się źle, to czy zamiast nas dzielić, ból może nas do siebie zbliżyć?

We wspomnianym komunikacie prasowym podano, że Painstream to połączenie dwóch słów: Pain oraz Mainstream. Pomóż mi umieścić ten mainstream we właściwym kontekście. Jak powinniśmy go rozumieć?

To pojęcie narodziło się przed laty w formie żartu. Był taki czas w Finlandii, gdy wielu ludzi określało muzykę Blind Channel jako „mainstream”. Mieliśmy to za obelgę, bo uważaliśmy się za zespół metalowy, a ludzie powtarzali: „Nie gracie prawdziwego metalu, jesteście mainstreamem”. Wtedy odpowiedziałem komuś: „Wiecie co, robimy muzykę painstream”. Wtedy był to tylko zabawny żart, który zapisałem sobie w notatkach. I w tych notatkach to słowo leżało, aż w pewnym momencie nabrało znacznie głębszego sensu. Zrozumieliśmy, że chodzi o przesyłanie (streaming) swojego bólu do piosenek. Nagle ten termin zaczął znaczyć dla nas tak wiele. Wszystko wydawało się być painstreamem – sport, narkotyki, cokolwiek ludzie robią, by przetworzyć ból lub się go pozbyć. Albo przekuć go w sztukę. Słowo stało się tak pojemne, że poszliśmy za nim i wokół niego zbudowaliśmy cały świat ludzkiej wrażliwości.

Jako fani wiedzieliśmy, że któregoś dnia nadejdzie wasza nowa płyta i trasa, ale w okresie waszej nieobecności zastanawiałem się, czy ogłosicie też dołączenie do zespołu kogoś nowego. Nawiązuję oczywiście do faktu, że Joel (Hokka, drugi wokalista – red.) jakiś czas temu opuścił zespół. Nie chcieliście nikogo nowego na jego miejsce?

Nigdy nie powiedzieliśmy stanowczego „nie”, wciąż na nic się nie zamykamy. Gdyby właściwa osoba spadła nam prosto z nieba, to jasne, czemu nie. Ale tak naprawdę nigdy tego na poważnie nie rozważaliśmy. Przez te wszystkie lata bardzo się do siebie zbliżyliśmy, powstała między nami wyjątkowa chemia. Odejście z zespołu jest trudne, ale dołączenie do niego jako nowa osoba chyba jeszcze trudniejsze. Zanim wpuścimy tu kogoś obcego, musieliśmy poukładać wszystko we własnym gronie, w naszej piątce. I to właśnie zrobiliśmy. Po prostu zamknęliśmy się w studiu i odbyliśmy długie rozmowy o muzyce, życiu i o wszystkim innym, tworząc jednocześnie nowe utwory. Te trudne chwile sprawiły, że zbliżyliśmy się do siebie jako przyjaciele mocniej niż kiedykolwiek. Jesteśmy teraz w świetnym miejscu, nie tylko jako zespół, ale jako grupa przyjaciół, co uważam za jeszcze ważniejsze. Dlatego temat nowego członka tak naprawdę nigdy nie był brany pod uwagę.

Jak dużym wyzwaniem będzie dla ciebie podczas koncertów bycie jedynym wokalistą?

Na początku mocno się tym martwiłem. Sama myśl o tym była przerażająca. Ale gdy weszliśmy do sali prób i zaczęliśmy grać nowe i stare utwory, spotkało mnie ogromne zaskoczenie – wcale nie czułem, że jestem w tym sam. Od pierwszego koncertu Blind Channel 13 lat temu chłopaki też mieli mikrofony. Jonas (Porko – red.), nasz gitarzysta, śpiewa, Ollie (Matela, basista – red.) ma mikrofon, Alex (Mattson, klawiszowiec – red.) tak samo. Przez lata stawali się w tym coraz lepsi. Świetnie radzą sobie chociażby z krzykiem i wnoszą niesamowitą energię. Kiedy zaczęliśmy grać, nagle okazało się, że różnica wcale nie jest tak duża, a ja nie jestem na scenie sam. To była wielka niespodzianka i ogromna ulga. To nigdy nie był i nigdy nie będzie mój solowy występ. Na scenie stoi Blind Channel jako całość. To niezwykle ważne zarówno dla mnie, jak i dla całego zespołu.

Skoro mowa o koncertach: chodzę na nie od ponad 30 lat i często, nawet od zespołów, które szalenie lubię, dostaję po prostu bardzo profesjonalne show – i tyle. Dlaczego Ci o tym mówię? Bo pamiętam mój pierwszy raz z Blind Channel. Moja córka zapytała mnie, czy z nią pójdę. Zupełnie was wtedy nie znałem, a po koncercie byłem już waszym fanem. Uderzyło mnie to, ile w was było energii. Jak wy to robicie?

Niezwykle miło mi to słyszeć! Pozdrawiam serdecznie twoją córkę! Myślę, że kluczem jest odpowiednie podejście. Wraz ze wzrostem rozpoznawalności, cała produkcja i ekipa stają się coraz większe. Pojawia się mnóstwo planowania, harmonogramów, wszystko zaczyna chodzić jak w szwajcarskim zegarku. My jednak ogromny nacisk kładziemy na elementy, których… planować nie chcemy. Szkielet koncertu musi być dopracowany, żeby ekipa mogła wykonywać swoją pracę i wszystko działo się na czas. Ale obok tego musi istnieć przestrzeń na żywioł. To właśnie tworzy koncert na żywo, inaczej równie dobrze można by obejrzeć występ w telewizji albo na YouTube. Dla nas koncert musi nieść w sobie tę niepewność, że nikt nie wie, co za chwilę się wydarzy. Utrzymujemy ten stan w zespole. Tuż przed wyjściem na scenę nasz gitarzysta potrafi powiedzieć: „Nie macie pojęcia, co dzisiaj zrobię”. Jesteśmy wtedy przerażeni, myślimy: „Mój Boże, co on zaraz wywinie?!”. I o to chodzi! W strukturze koncertu muszą być niespodzianki. Niezależnie od tego, jak dobrze wszystko zaplanujesz, na żywo i tak coś pójdzie inaczej albo się zepsuje. Więc dlaczego by nie uwypuklić tych nieplanowanych, dzikich momentów? Wchodząc na scenę wiemy, że jest na niej wiele momentów, w których może zdarzyć się absolutnie wszystko. Chcemy zaskakiwać samych siebie.

Zostańmy jeszcze chwilę przy koncertach. Na obecnej scenie rockowej dla wielu zespołów celebrowanie dawnych klasyków stało się ważniejsze niż wydawanie nowej muzyki. Czy przeraża cię taka wizja? Czy uważasz, że tak może wyglądać przyszłość Blind Channel? Pytam, bo właśnie dziś wasz debiut obchodzi 10-lecie.

O rany, prawda! Revolutions ma już 10 lat!

Jak więc jest w waszym przypadku – w przyszłości ważniejsze będzie dla was granie starych płyt i świętowanie rocznic niż wydawanie nowych?

Nie wydaje mi się. Zawsze będziemy pisać nową muzykę. Jak już mówiłem, to dla nas terapia. Musimy to robić, bo inaczej postradalibyśmy zmysły. Nie mamy wyjścia. Zawsze będziemy tworzyć nowe rzeczy i rozwijać się. Jeśli posłuchasz naszych albumów po kolei, wyraźnie słychać naszą ewolucję, choć staramy się zachować to, co stanowi nasze serce i tożsamość. Myślę, że są dwa typy artystów i kompozytorów. Pierwsza grupa to tacy, którzy odnajdują brzmienie, w którym czują się dobrze, wiedzą, co potrafią i robią to samo przez całą karierę. Nie ma w tym nic złego, podziwiam to! Tacy artyści potrafią oddzielić swoją sztukę od siebie samych. U nas tworzenie opiera się na terapii i autorefleksji, więc muzyka zawsze będzie odzwierciedlać to, przez co aktualnie przechodzimy w życiu i o czym myślimy. Piosenki będą brzmieć jak zespoły, którymi w danym momencie się inspirujemy, albo jak filmy, które oglądamy. Nigdy wcześniej nie nagraliśmy takiego albumu jak Painstream i nigdy więcej takiego nie nagramy. To jednorazowa rzecz i to jest dla nas najważniejsze. Odpowiadając na twoje pytanie: zawsze będziemy wydawać nową muzykę. Ale jednocześnie wszystkie nasze stare utwory są dla nas jak wehikuły czasu. Słuchanie ich czy granie na żywo przenosi nas do czasów, gdy powstawały. Nie chcemy o nich zapominać, są dla nas bardzo cenne i będziemy je grać do samego końca. Im więcej masz muzyki, tym większy masz wybór przy układaniu setlisty. Na trasach wciąż zmieniamy utwory, żeby się nie nudzić.

Blind Channel

Oglądałem niedawno vloga perkusisty Dimmu Borgir, który pokazał naklejkę na ścianie w backstage’owej toalecie. Było tam napisane: „Trasa koncertowa nie jest łatwa. Jeśli zmagasz się z trudnościami, poproś o pomoc”. To prowadzi mnie do pytania: co jest dla ciebie największym wyzwaniem w byciu muzykiem?

To, że ta praca wymaga ogromnego nakładu sił. Ludzie, którzy zostają w tym zawodzie na dłużej, muszą to robić z właściwych powodów. Zanim zaczniesz z tego zarabiać jakiekolwiek pieniądze, mijają wieki. Odwrócenie tej karty wymaga mnóstwa czasu. Ta praca zabiera ci cały czas, im wyżej chcesz zajść, tym więcej musisz z siebie dać. Trudności jest cała masa. Ale mówiąc w swoim imieniu i całego zespołu: robimy to, bo nakręca nas pasja i ten dziwny wewnętrzny napęd, który każe ci przeć naprzód. Podczas przerwy próbowaliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego właściwie to robimy. Siedzieliśmy i zastanawialiśmy się: „Musimy to robić, ale dlaczego?”. To była głęboka autorefleksja. Z jednej strony to chęć zostawienia po sobie jakiegoś śladu na tym świecie. Dlatego chcemy, aby nasze piosenki z biegiem czasu zyskiwały na znaczeniu. Z drugiej strony pisanie i granie na żywo to niekończąca się podróż w głąb siebie i odkrywanie tego, kim naprawdę jesteśmy jako ludzie. To piękne rzeczy, które trzymają nas przy życiu, bo wyzwań jest naprawdę wiele. Lubimy mieć zajęcie, gdybyśmy mieli za dużo wolnego czasu na myślenie, po prostu byśmy zwariowali. Zadałeś trudne, ale niezwykle ważne pytanie.

Nasz czas dobiega końca, więc myślę, że czas na ostatnie z nich. Opowiedziałeś o tym, co trzyma was przy życiu i napędza jako zespół. A czy są jeszcze jakieś cele, których jako Blind Channel nie osiągnęliście, a o których marzyliście od samego początku?

Mimo że zawsze staraliśmy się twardo stąpać po ziemi, jesteśmy też bardzo ambitni. Wciąż jest mnóstwo miejsc, w których nie graliśmy, a chcemy zobaczyć cały świat. Ten zespół jest świetnym pretekstem, by ruszyć w podróż, zabrać ze sobą naszą muzykę i poznawać ludzi. Docieranie z muzyką do miejsc, w których nas jeszcze nie było, to zdecydowanie jeden z celów. Drugim jest robienie tego na coraz wyższym poziomie. Jakość ma dla nas ogromne znaczenie – uwielbiamy wysoką jakość w muzyce, oprawie wizualnej i na koncertach. Chcemy po prostu być coraz lepsi w tym, co robimy i sprawdzić, jak daleko z tym wszystkim zajdziemy. Będziemy wciąż ciężko pracować i rozwijać się, aby przekonać się, jak duży może stać się ten zespół. To są nasze najważniejsze cele na tę chwilę.

(Visited 1 times, 8 visits today)