Doctor Visor: “dusza uwięziona w masce”

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Kilka miesięcy temu elektroniczny projekt Moloch został pogrzebany, a krótko po tym pojawił się Doctor Visor.
O idei tych zmian, muzycznej ewolucji, nawiązań do Kinga Diamonda, synthwave’ach w Polsce, wpływie pandemii na muzyczną twórczość, a także dwóch innych muzycznych projektach rozmawiamy z Fabianem Filiksem – muzykiem stojącym za projektem Doctor Visor.


Jakiś czas temu postanowiłeś zamknąć projekt Moloch i powołać do życia nowy pod szyldem Doctor Visor. Czym podyktowany był ten krok?

Słuchaj, to nie tak do końca, że ja “zamknąłem” Molocha i powołałem do życia coś całkiem nowego. Myślę, że Moloch jako konstrukt estetyczny umarł śmiercią naturalną. Dla mnie po prostu ten koncept się wyczerpał i tyle. Nigdy zresztą nie był specjalnie dopracowany. Traktowałem go jako bardziej żywiołowy i nieprzewidywalny. I jak się okazało tymczasowy. Wiesz, slasherowa estetyka zawsze będzie mi bliska, ale w pewnym momencie poczułem, że zaczyna mi uwierać. Dlatego zdecydowałem się pójść w innym kierunku. O tak prozaicznym fakcie jak kwestia oryginalności nazwy chyba nie trzeba wspominać. Szczególnie jak spojrzysz na to, jakie boje toczą ze sobą ludzie o bzdurne nazwy i logówki.

moloch logo ModBlackmoon

Czym w takim razie jest Doctor, a czym nie był Moloch?

W przeciwieństwie do Molocha Doctor Edward Visor to postać z krwi i kości. Szalony naukowiec, badacz tajemnic, okultystyczny detektyw. Nazywaj go jak chcesz. Ale to postać, która ma swoją biografię, swój własny charakter i styl. To główny bohater moich autorskich historii, które chce opowiadać za pomocą muzyki.

To dość ogólnikowe. Może w takim razie powiesz nam o czym opowiadasz swoją “nową” muzyką?

Możliwe, ale nie chcę od razu wykładać wszystkich kart na stół. Chcę, żeby każde kolejne wydawnictwo Doctor Visor opowiadało inną kompletną historię i budowało pewną “mitologię” Doktora. Może to będzie trochę za każdym razem “monster of the week”, ale nie chcę, żeby to, co tu robię było zbyt infantylne czy przyziemne. W tych historiach będzie miejsce na głębszą refleksję na temat kondycji człowieka, szaleństwa czy innych uczuć, które targają nami od zarania dziejów. Pewna bezwładność istoty człowieka względem sił, które go przewyższają. Kosmicyzm. Tego można się spodziewać po Doctor Visor.

Brzmi to bardzo znajomo. Wiem, że jesteś zapalonym fanem Kinga Diamonda. Współpracowałeś też kilka lat temu z jego gitarzystą Mike’m Weadem…

Rozumiem do czego zmierzasz (śmiech). Nie będę udawał, że to, co robię nie powstaje pod wpływem King Diamond. Od ponad dwudziestu lat to mój największy metalowy idol. Regularnie wracam do jego “The Eye”, mojej ulubionej płyty Kinga. Ale to nie tak, że na chęć robienia koncepcyjnej muzyki wpłynął na mnie tylko Diamond. Lubię estetykę shock rocka. Słucham namiętnie Roba Zombiego i Alice’a Coopera. Lubię teatralność w metalu i w życiu. W Doctor Visor jednak gram coś innego. Czerpię inspiracje z różnych źródeł i próbuję tworzyć narrację własnym językiem muzycznym.

Mimo tego, gdy tak słucham tego, co mówisz, i wpatruję się w okładkę “The Funeral Portrait” dostrzegam pewne podobieństwa. Nie boisz się, że te skojarzenia z King Diamond mogą się pojawić przy odbiorze muzyki Doctor Visor?

Nie. Nikogo nie naśladuje i nikogo nie udaję. Osią mojej muzyki jest moje alter ego. Muzyka Doctor Visor opowie historie podróży tej postaci przez czas i przestrzeń. Oczywiście, tak jak w przyrodzie nie ma przypadków, tak na “The Funeral Portrait” również nic nie jest przypadkowe. Jest tu sporo różnych easter eggs. Są też pewne nawiązania do King Diamond. Ale to raczej jednorazowy zabieg, którym chcę wyrazić swoje uwielbienie dla muzyki mistrza niż chęć ogrzania się w blasku jego chwały. I choćby dlatego mogę Cię zapewnić, że Moloch nie wróci i nie będzie Cię straszył niczym Molly z debiutu King Diamond (śmiech).

doctor visor The Funeral Portrait 2020

Skoro tak, to może powiedz w takim razie o czym opowiada “The Funeral Portrait”?

W dużym uproszczeniu ta płyta to z jednej strony epitafium dla Molocha, a z drugiej wprowadzenie postaci Doktora. Stąd pewne oczywiste, muzyczne nawiązania do tego, co robiłem pod poprzednim szyldem, ale też obietnica czegoś nowego. Tytuły płyty sugerują kolejne rozdziały opowieści, w której moje stare alter ego, John Moloch (śmiech) zniewolony strachem i dotknięty przez pierwotne zło musi ponownie przekroczyć na Drugą Stronę. Niestety tym razem odchodzi bezpowrotnie. Cząstka Molocha, uwięziona w masce, w tajemny sposób odnaleziona ponownie na Ziemi jest tym, co w pewnym sensie opętuje badacza tajemnic Edwarda Visora, naszego tytułowego Doktora. Nasza opowieść urywa się właśnie w tym momencie. Jej dalszy ciąg to już kompletnie inna historia…

Ciekawe. Nie zdecydowałeś się na stylistyczną rewolucję, jeśli chodzi o swoją muzykę, dlaczego?

Ja jestem przeciwny rewolucyjnym zmianom i nagłym woltom stylistycznym. Nigdy niczego nie odcinam grubą kreską, bo cokolwiek bym nie robił w przeszłości, to jest częścią mnie i mojej muzyki. Zawsze. Rezonuje w pewnym sensie w mojej podświadomości. Dlatego wolę ewolucyjne podejście i nie zmieniam niczego od razu o 180 stopni. “The Funeral Portrait” to płyta, która śmierdzi jeszcze truchłem Molocha, ale w dźwiękach kryje się już zapowiedź czegoś innego co dopiero nadejdzie.

Owszem, czuć molochowy rdzeń, ale to już nie Moloch. Jednak nadal mamy synthwave, tak? A kalek w tym gatunku nie brakuje.

Wiesz, dla mnie synthwave i ta cała neonowa estetyka z lat 80. jest już bardzo wyeksploatowana. Muzycznie wiele nowych projektów jest wtórnych względem tego co lata temu już robili Perturbator czy Carpenter Brut. Jak sam wiesz oni, i nie tylko oni, szukają już czegoś nowego. Nigdy nie byłem ślepo w nich zapatrzony. Był czas, że namiętnie sprawdzałem wszystkie nowości z tego gatunku, ale od pewnego czasu mam wrażenie, że synthwave zjada własny ogon. Nie chcę być częścią takiej sceny i przypisany do takiej szufladki. Moja muzyka nigdy nie była w 100% synthwave’owa czy darksynthowa. Myślę, że zawsze była narracyjna i silnie związana z muzyką filmową, ilustracyjną. To nie jest tak, że odkrywam Amerykę czy silę się na oryginalność. Szczerze to mam to gdzieś. Gram swoje i chcę czerpać z tego jak najwięcej frajdy.

W Polsce ten synthwave’owy trend przyszedł szybko i równie szybko – mam wrażenie – minął. Jak myślisz, co poszło nie tak?

Ja myślę, że on nie tyle minął, co tak naprawdę nigdy się porządnie nie rozwinął. I nie mówię tutaj o krajowych muzykach, bo akurat ci od początku trzymali wysoki poziom. Zwróć też uwagę, że np. William Malcolm, Favorit89 czy Jeremiah Kane od razu wyszli na scenę. Chłopaki nie czekali na zachętę, tylko ruszyli tak jak stali z tym, co mieli pod ręką i zderzyli swoje wizje z odbiorem publiczności. To jest dość unikalne, nie tylko w Polsce. W świecie muzyki elektronicznej mamy obecnie mnóstwo tzw. “bedroom producers”. Nawet wśród topu topów wielu “producentów” z mitycznego Zachodu nie gra koncertów. Oprócz kilku wspaniałych wyjątków wielu z nich gibie się do Macbooka. Ale nasycają rynek swoimi produkcjami, co doprowadza do uczucia przesytu u odbiorcy. Singiel co tydzień, płyta co 2 miesiące. Wiesz o czym mówię. A odbiorcy nie są w stanie tego ogarnąć, zatrzymać się przy kimś na dłużej, więc klikają playslity i tak to leci. Bezrefleksyjnie. W Polsce, jeśli mogę sobie tu ponarzekać, to widzę, że odbiorcy chętniej wspierają “zagraniczne gwiazdy”. Oczywiście są wyjątki, ale liczby bezwzględne na koncertach potwierdzają tę opinię. Może właśnie to sprawiło, że ten polski synthwave nie okazał się tak silny, mimo potencjału naszych rodzimych wykonawców. Mimo trzydziestu lat “wolności” wciąż często myślimy, że zachodnie jest lepsze niż nasze…

Mówisz, że ten trend się u nas nie rozwinął. Więc Twoim zdaniem w jakim kierunku powinien zmierzać, aby można było powiedzieć, że to ciekawa ewolucja stylu muzycznego. Wiem, że to trochę wróżenie z fusów.

Pozwól, że sobie podaruję tego typu refleksje. Ani nie mi to oceniać, ani mnie to szczerze nie interesuje. To wszystko jest mniej skomplikowane niż nam się wydaje. Po prostu ten fenomen, trend czy gatunek nie zażarł w Polsce tak bardzo jak mógł i tyle. Zapomnij o imprezkach granych z komputera z muzyką Modern Talking. Mówię o dużych eventach, prawdziwych spektaklach. Koncertach dla 500 osób a nie 50. Nawet duże silent disco się nie udało na Narodowym z muzyką synthową, jeśli pamiętasz w ogóle, że coś takiego miało mieć miejsce. Bywa. Mainstream coś tam się ejtisami zainteresował (np. Brodka), ale poniewczasie. Gwiazdki pop z USA szukały inspiracji już w latach 90. Największe projekty synthowe ze świata poszły już w innym kierunku. Wydaję mi się, że u nas wciąż aktualny jest Stanisław Jachowicz i jego “cudze chwalicie, swego nie znacie”. I tyle. Z drugiej strony mimo nieco już przebrzmiałej mody na lata 80., polscy muzycy, którzy zaczynali w tej “niszy”, dobrze sobie radzą i mogą liczyć na pewne wsparcie swoich fanów. I to jest pocieszające.

A co jeśli Twoją muzykę docenią słuchacze dopiero za kilka/kilkanaście lat? Poczekasz na to czy znów zaczniesz od nowa?

Nie mam złudzeń co do tego kim jestem, co robię i gdzie jest moje miejsce w szeregu. Mam swoje ambicje, plany i marzenia, ale jestem też realistą. Nie tworzę ponadczasowych dzieł. Nie jestem Mozartem. Tworzę muzykę rozrywkową. Chciałbym powiedzieć, że moja muzyka jest dobra, ale nie mi to oceniać. Jeśli ktoś znajduje w tym, co robię coś dla siebie, to bardzo mnie to cieszy. Ale wyleczyłem się z tego myślenia, że potrzebuję tego docenienia przez masy. Że jak nie mam 100 tyś. odtworzeń na YouTube czy Spotify, to jestem nic nie wart. Że to jest jakaś wartość w ogóle, te anonimowe kliknięcia ludzi, którzy często słuchają muzyki jako tła w pracy czy podczas porządków domowych. Oczywiście tworzę muzykę dla siebie, ale też dla innych. Lubię być doceniony. Kto nie lubi? Ale nie myślę już o tym tylko w kategoriach finalnych typu sukces / porażka. W pewnym sensie może zaczynam zawsze od nowa, ale z drugiej strony to wciąż jestem ja. I choćbym nie wiem jak wiele razy zrzucał z siebie skórę, to wąż pozostaje ten sam. Jakkolwiek to nie brzmi (śmiech).

Podjąłeś współpracę z Pawłem Kurandą odnośnie wizualnej sfery Doctora Visora. Zaufałeś mu, dając wolną rękę przy tworzeniu oprawy graficznej, czy mocno sprecyzowałeś detale, a on je tylko odpowiednio odwzorował?

Współpraca z Pawłem to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mnie spotkały odkąd tworzę i wydaję swoją muzykę. Pracuję w branży kreatywnej, mam bardzo mocno sprecyzowane to co chcę uzyskać i jak. Zboczenie zawodowe. W skrócie jestem tym klientem, który wie czego chce. Nie interesuje mnie proces twórczy w tym wypadku tylko rezultat. Ale nie jestem też tym typem klienta “powiększamy logo” (śmiech). Jestem estetą i zależy mi na jakości. Paweł doskonale to rozumie i w perfekcyjny sposób odczytuje moje oczekiwania. Wystarczy, że przedstawię mu mój pomysł, referencje, a on, mówiąc wprost, dostarcza. Za każdym razem. To niezwykle utalentowany i sympatyczny facet, z którym współpraca to prawdziwa przyjemność.

doctor visor Kuranda Studio

“The Funeral Portrait” wychodzi w formie fizycznej. Czy ma sens tłoczenia 200-300 płyt CD? Znajdzie się na to tylu odbiorców?

Nie jestem kolekcjonerem płyt, ale uważam, że fizyczne wydanie jest konieczne. Nie musi to być CD, ale muzyka powinna być zarejestrowana na nośniku. Nie fetyszyzuję fizycznych wydań, ale uważam, że są one ważne. Gdy mam płytę w rękach, to wiem, że proces jej tworzenia został zakończony. Muzyka jest zarejestrowana i utrwalona. W ten sposób przetrwa dłużej niż na portalach streamingowych. Co do ilości tłoczonych płyt, to musi być adekwatna do tego, ilu odbiorców ta płyta znajdzie w ciągu kilkunastu miesięcy od premiery. W wypadku “The Funeral Portrait” ja założyłem, że 300. Czy tak się stanie, okaże się w najbliższych miesiącach.

Pandemia może zweryfikować zarówno to założenie, jak i w ogóle działalność muzyczną niejednego zespołu/projektu. Czy obecna sytuacja ma jakiś wpływ na Twoją aktywność? Niektórzy muzycy wyprzedają swój sprzęt, żeby mieć na chleb…

Nie będę ukrywał, że wiązałem z 2020 rokiem wielkie nadzieje. Odwołanie trasy z Batushką i Cloak, którą mieliśmy zagrać w styczniu i w marcu, a następnie pandemia, kompletnie mnie wykoleiły. Nie bardzo potrafiłem się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości. Tak naprawdę zajęło mi to sporo czasu, żeby się jakoś pozbierać. Jak wielu z nas musiałem przewartościować swoje życie, zweryfikować jego priorytety i poszukać w sobie siły, żeby działać dalej. Na niwie osobistej i artystycznej. W tym roku przeżywałem prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Nagrałem płytę, o której rozmawiamy i zamknąłem ją w przysłowiowej szufladzie. Dopiero jakoś pod koniec września zdecydowałem się, że jednak ją wydam. I zacząłem wracać do życia. Znów miałem ochotę działać. Wiesz, sytuacja jest naprawdę trudna, szczególnie w branży muzycznej. To truizm, oczywiście. Wielu muzyków przeżywało i przeżywa jeszcze gorsze chwile. Czy uda im się pozbierać, czy wyjdą z tego silniejsi? Nie wiem. Za to wiem, że okręt mój płynie dalej (śmiech).

Wszyscy żyjemy w ciężkich czasach. Nie tylko muzycy. Jak myślisz, czy stres utrudnia i blokuje człowieka przy komponowanie muzyki, czy wręcz przeciwnie jest motorem napędowym aby rozładować emocje?

Zależy co rozumiesz pod pojęciem stresu. Jeśli to takie ciśnienie wewnętrzne, żeby przeskoczyć samego siebie, być lepszym od kogoś innego – to nie. Myślę, że to może być motywujące. Dla mnie tworzenie muzyki to ucieczka od codzienności. Od rzeczywistości, która mnie mierzi i często przytłacza. Czasem jest to też ucieczka od ludzi… Wiesz, ja jestem bardzo krytyczny względem siebie i tego, co robię. Mam takie anxiety, które towarzyszy twórcom, że nie są dość dobrzy. Że to, co robią jest słabe. I to bywa paraliżujące. W czasach “instant gratification” też bardziej oczekuje się tego, że zostanie się dostrzeżonym. Chcę, żeby w sprzężeniu zwrotnym odbiorca ekscytował się tym, co robię i to doceniał. Żeby to, co emocjonalnie inwestuję w granie do mnie wracało. Bo wiesz, komponowanie i granie mojej muzyki na żywo to jedne z niewielu rzeczy, które sprawiają że jestem szczęśliwy.

Skoro już jesteśmy przy graniu, to zapytam, czy jest szansa, że Doktor wyjdzie na scenę?

Bardzo tego chcę i na pewno będę robił wszystko, żeby grać i przedstawiać opowieści Doktora na żywo. Z Molochem zagrałem kilkanaście koncertów, byłem też na kilku festiwalach. Grałem zarówno dla tuzina ludzi, jak i dla publiczności złożonej z ponad sześciuset osób. To ekscytujące doświadczenie, niezależnie od skali, i chciałbym wrócić do grania na żywo jak tylko znów będą ku temu odpowiednie warunki.

moloch live photo

Zamierzasz zmieniać coś w swoim image scenicznym? Czym będą różnić się występy Doktora od Molocha?

Myślę, że zmieni się ich charakter. Koncerty Molocha były mocno “slasherowe”. Miały klimat filmów typu “Piątek trzynastego”, filmów Lucio Fulci czy “Powrotu żywych trupów”. Doktor to estetyka dzieł z wytwórni Hammer, filmów z Vincentem Pricem, Peterem Cushingiem czy horrorów Stuarta Gordona. Będzie na pewno bardziej teatralnie i mistycznie. Ale wciąż za wcześnie, żeby o tym mówić. Póki co pracuję nad swoim image scenicznym i liczę, że w przyszłym roku będzie możliwość ogrania moich nowych utworów na żywo.

Na koniec pozwól, że spytam o Fungi from Yuggoth. To Twój nowy projekt, o którym póki co nie ma więcej informacji niż to, że szykujesz się do wydania muzyki w klimatach stoner / doom. Tego jeszcze nie grałeś, bo poprzednie Twoje gitarowe produkcje w Zorormr to był melodyjny black metal. Opowiesz coś więcej o tym?

Na ten moment za wcześnie, żeby się tu przesadnie uzewnętrzniać, ale faktycznie pracuję nad EPką razem z moją dziewczyną. Będzie to taki eksperyment formalny i prawdziwy miszmasz gatunkowy. Smoliste sludge’owe gitary, dziwne wokalizy i wszechobecny doom. Na ten moment piszę riffy. Jak dobrze pójdzie, na wiosnę całość będzie już gotowa. To jedna z dwóch gitarowych rzeczy, nad którą właśnie pracuję.

Czyli w końcu usłyszymy czwartą płytę Zorormr?

Nie, ten materiał to już nie Zorormr. Zresztą sam projekt uważam za zakończony. To nad czym teraz pracuję, to będzie coś innego. To wciąż będzie ekstremalny metal, może nawet black, ale inny niż to, co robiłem w Zorro. Na rezultat mojej pracy przyjdzie jeszcze poczekać, ale obiecuję, że ujawnię wszystko już naprawdę niedługo .

 

Piotr

Tagi: , , , , , , , , , .