Niedziela, 7 lutego, krakowska Alchemia i ostatni przystanek trasy ’The Procession Tour’ – prawdopodobnie najliczniej uczęszczanej na tzw. scenie niezależnej w 2016 roku. To tutaj tworzy się historia. Czy to ciągle underground, czy może już mainstream? Nie wiem, jeszcze jest trochę za wcześnie, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Natomiast na wiele innych wyczerpująco odpowiedział lider ukraińskiej formacji Stoned Jesus – Igor Sidorenko, z którym miałem przyjemność porozmawiać w przerwach między koncertami.
W 2014 r. pojawiliście się w Polsce dwukrotnie, w 2015 r. headlinowaliście na dwóch festiwalach (Red Smoke Festival oraz Soulstone Gathering Festival), a teraz jesteśmy dopiero na początku 2016 r. i macie za sobą już 6 występów w naszym kraju. Możesz nam zdradzić coś zza kulis ‘The Procession Tour’? Kto był głównym pomysłodawcą tego przedsięwzięcia?
Pomysł zrodził się podczas wspólnych rozmów pomiędzy mną, a Robertem z Sunnaty/I did it: one man booking agency, z którym znamy się już jakiś czas. Sięgając trochę do historii naszej relacji: tak naprawdę Robert był pierwszą osobą, która w jakiś sposób do nas dotarła i postanowiła ściągnąć na kilka koncertów do Polski – od zawsze był dla nas nieocenionym wsparciem, bardzo otwartym człowiekiem i świetnym organizatorem. I właśnie podczas wspomnianych w pytaniu festiwali dużo rozmawialiśmy i jakoś tak, od słowa do słowa, podjęliśmy decyzję o zorganizowaniu większej ilości koncertów Stoned Jesus w Polsce. Od zawsze wiedzieliśmy, że mamy tutaj sporą grupę fanów i naprawdę kochamy polską publikę, która reaguje bardzo emocjonalnie na muzykę – coś pomiędzy grecką, a ukraińską widownią. Jesteście bardzo otwarci na sztukę i zbrodnią byłoby nie przyjechać tutaj na trochę dłużej. Co było potem? Wybraliśmy formułę, jaką zazwyczaj praktykuje się przy dużych zespołach, tj. dokooptowaliśmy Sunnatę z ich rytualną wizją doom metalu oraz Dopelorda, który jest stonerowym składem z krwi i kości – kult Electric Wizard, sprzętu etc. Chyba całkiem niezłe combo (śmiech). Także idea ‘The Procesion Tour’ powstała w okolicach wiosny/Red Smoke’a, a na Soulstone Gathering ją po prostu rozwinęliśmy. Taka festiwalowa rzecz.
https://www.youtube.com/watch?v=XI4saZ4zlro
https://www.youtube.com/watch?v=fO0c0-kIMS4
Macie jeszcze jeden koncert przed sobą, ale czy mógłbyś pokusić się o krótkie podsumowanie tej trasy? Czy któryś gig zapadł Wam szczególnie w pamięć?
Wspaniale – na każdym poziomie, w każdym aspekcie. Wszystkie koncerty (z wyjątkiem Torunia) były wyprzedane. 400 ludzi w Warszawie, 500 w Gdyni i po 300 we Wrocławiu i Poznaniu – jeżeli dobrze pamiętam. Ludzie byli naprawdę pełni entuzjazmu i czuliśmy, że na nas czekają, a sama reakcja podczas koncertów przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Co do drugiego pytania: ciężko jest mi wybrać jeden koncert.
fot. Dopelord
Macie za sobą występy na dużych, znaczących festiwalach w Europie, tylko w zeszłym roku zagraliście 62 koncerty i nie zwalniacie tempa. Jak często zdarza Wam się występować przed publiką rzędu 500 – 600 os.? Chodzi mi oczywiście o koncerty klubowe. Dodam, że Grecja jest wyłączona z tego pytania.
(śmiech) To prawda, że Grecja jest prawdziwym rajem dla muzyków naszego pokroju. Prawie zawsze pełne sale oraz bardzo entuzjastycznie reagująca publika. Jeżeli chodzi o frekwencję, o której wspomniałeś, to tylko w zeszłym roku graliśmy dla ponad 500 os. w Zagrzebiu oraz w kilku miejscowościach w Rumuni, które nas również zaskoczyły pod tym względem. Jednak z tego wszystkiego najbardziej cieszy stała i ciągle rosnąca liczba wyprzedanych koncertów. To jest piękne uczucie, kiedy wyruszasz w trasę z nowym materiałem i już na pierwszym przystanku widzisz pod sceną ponad 500 os. (red. koncert w gdyńskim Uchu podczas ‘The Procession Tour’).

fot. Wojciech Rojek
Jakiś czas temu próbowałem z grupą przyjaciół sklasyfikować Waszą muzykę. Wiesz – wrzucić ją do jakiejś konkretnej szufladki. Nie było to proste zadanie, więc postanowiłem sięgnąć do źródła i uważnie przewertować fanpage. Jaką dostałem odpowiedź? Stoned Jesus gra muzykę pomiędzy hipstonerem – crowdsurfingiem i ‘your mother’. Co powinienem odpowiedzieć? Jak Wy określacie swoją muzykę? Jak ją czujecie?
To zabrzmiało jak komplement. Wiesz, podczas nagrywania ‘The First Communion’ w zasadzie dopiero co odkrywaliśmy gatunek. Mieliśmy tą możliwość, żeby przyjść i zrobić coś bez presji i większych oczekiwań. Mogliśmy i byliśmy Black Sabbath of Kiev, Electric Wizard of Kiev, Sleep of Kiev i chyba właśnie z takich inspiracji oraz podejścia zrodziło się nasze pierwsze wydawnictwo. Wydaje mi się, że dla niektórych zespołów dobrze jest się ‘powtarzać’, bo to właśnie w ten sposób zdobywasz fanów, popularność, wytwórnie i tego typu rzeczy. Ale jeżeli chodzi o Stoned Jesus, to byliśmy bardzo młodzi, ambitni i zawsze przyświecał nam cel, że ‘musicianship is the king’. Staraliśmy się dużo eksperymentować z naszym materiałem – trzeba tylko pamiętać, że jest naprawdę cienka linia między muzycznym eksperymentem, a kiczem. Co do pozostałych aspektów naszej twórczości, to otwarcie przyznaję, że lubię i chcę, żeby moja muzyka była chwytliwa, melodyjna. Lubię też dobry, eksperymentalny pop (np. FKA TWIGS z UK). I chyba dodając do siebie te dwie rzeczy, czyli muzyczny eksperyment z chwytliwymi refrenami i zwrotkami otrzymujemy muzykę do jakiej staramy się dążyć. Na koniec dodam, że dzisiaj chyba łatwiej jest nasz zaszufladkować. Ostatnio przeczytałem w jakiejś recenzji, że Stoned Jesus gra post – stoner. Wrzucili nas do zestawienia razem z Mars Red Sky, Elder, Mastodonem i bodajże Greenleaf’em. Nie brzmi źle. Mars Red Sky tez ma dość specyficzny sposób budowania swoich utworów, Elder tworzy całkiem progresywną muzykę, Mastodon lubi eksperymentować, więc niech będzie post-stoner.
https://www.youtube.com/watch?v=8BB1VFaLe_Y
Czyli w jakim kierunku teraz podążacie? Czego możemy spodziewać się po kolejnych płytach Stoned Jesus: kontynuacji drogi obranej na ‘The Harvest’, która jest…
A: Bardziej rockowa? Wydaje mi się, że możemy spodziewać się przede wszystkim dalszego rozwoju zespołu. Na tym etapie działalności jesteśmy raczej dalej niż bliżej od tworzenia materiału w stylu: jeden riff przez 10 minut, lucyfer, kult bonga i zielonej substancji psychoaktywnej (śmiech). Dążymy do tego, żebyśmy sami byli zadowoleni z nagranego przez nas materiału. Nawet nie jako muzycy, a jako odbiorcy, słuchacze. I tutaj muszę powiedzieć, że dopiero ‘The Harvest’ jest pierwszą płytą, której sam chciałbym słuchać. I mówię to całkowicie szczerze.
Oczywiście, że poprzednie nagrania nie były złe – były w porządku, ale dopiero pod naszą ostatnią płytą mogę się podpisać i powiedzieć: tak, to jest całkowicie mój klimat, moja rzecz. Przemyślana pod każdym względem. Płyta, którą bez wahania mógłbym polecić znajomym na zasadzie: hej, sprawdź ten zespół, jest naprawdę dobry. Jeżeli musiałbym zarekomendować np. ‘Seven Thunders Roar’, to zrobiłbym to w ten sposób: hej, sprawdź – to jest dobry zespół, ale muzycy nie ogarniają swoich instrumentów. Zresztą, wcale się nie dziwię, bo byliśmy bardzo młodzi i niedojrzali jako kapela. Jeżeli chodzi o pytanie o nowy materiał, to będzie powstawał w podobny sposób jak na ‘The Harvest’.
Podczas tworzenia zastanawiacie się kto jest, albo będzie Waszym odbiorcą? Chodzi mi tutaj o tworzenie potencjalnego profilu fana muzyki Stoned Jesus, dostosowywanie muzyki pod kątem oczekiwań słuchaczy?
Wydaje mi się, że trzeba umieć to wypośrodkować. Nie możesz być 100% egoistą, który myśli: robię muzykę tylko dla siebie, nic innego mnie nie obchodzi. Chyba, że rzeczywiście ograniczasz się do grania w garażu, dla własnej przyjemności. Wtedy nie musisz się niczym sugerować. Z drugiej strony – na pewno nie jesteśmy ‘people pleasers’, ponieważ ludzie potrafią wyczuć kiedy nie jesteś z nimi szczery. Jeżeli chcielibyśmy powtórzyć to co zrobiliśmy na ‘Seven Thunders Roar’, to publika szybko zorientowałaby się, że to jest ‘Bright like a morning part. 2’, sequel do ‘I’m an Indian’, czy jakieś inne ‘I’m the Mountain II’. To by było bardzo słabe z naszej strony. Lubimy naszą dotychczasową twórczość, jednak gdyby ktoś zmusił nas do napisania wspomnianych sequeli – byłoby to zbyt oczywiste. Już widzę komentarze w stylu: nie jesteście AC/DC, przestańcie to robić (śmiech). Naprawdę ciężko jest mieć takie samo podejście do tworzenia muzyki przez całe życie. Dla nas jest to oczywistą sprawą, że eksperymentujemy. I tak samo jest z publiką – ona też się zmienia. 5 lat temu graliśmy dla maksymalnie 50 osób, a teraz dla 500. To są zupełnie inni, nowi ludzie.
Czujecie presję?
Wydaje mi się, że trochę tak. W którymś z wywiadów padło pytanie: czy po nagraniu tak wspaniałej płyty jaką jest ‘Seven Thunders Roar’, czuliście presję podczas tworzenia‘The Harvest’? Odpowiadam: w porządku, TERAZ wiemy, że była to udana płyta, ale cofnijmy się kilka lat wstecz, do 2012 r – wtedy prawie nikt o niej nie wiedział. Na koncerty przychodziło po 50 osób, nikt nie znał ‘I’m The Mountain’, ‘Electric Mistress’ i reszty materiału. Także…podczas nagrywania ‘The Harvest’ nie czułem presji. Czuję ją dopiero teraz. Dlaczego? Bo ta płyta jest inna.
I pojawiają się głosy: Stoned Jesus skończyło się, grają 3 minutowe piosenki, ‘Here Come the Robots’ ssie, chcemy znowu ‘I’m the Mountain’ itp. Jednak, z drugiej strony mamy ludzi, którzy doceniają progres zespołu, ufają nam i patrzą na Stoned Jesus nie przez pryzmat paru piosenek, a przez całokształt twórczości.
W środowisku muzycznym padła kiedyś teza, że stworzenie ‘hitu’ przez zespół jest jedną z najgorszych rzeczy jakie mogą mu się przytrafić. Zgodzisz się z tym? Pytam, bo podczas Waszego występu na Red Smoke Festival 2015 zacząłeś grać ‘Hotel California’ i powiedziałeś: tak się czuję wykonując ‘I’m The Mountain’, może pozwolicie nam zagrać coś z nowej płyty? Oczywiście wszystko było utrzymane w mocno ironiczno – humorystycznej konwencji. Co wtedy miałeś na myśli?
Właściwie to…były wygłupy. Jesteśmy naprawdę bardzo bardzo szczęśliwi z takiego obrotu sprawy, bo lubimy ten numer. Oczywiście, że gramy go na każdym koncercie, możliwe, że czasem nawet połowa publiki czeka tylko na tę jedną piosenkę – co jest dla nas trochę dziwne, ale daleko nam od irytacji z tego powodu. Powtórzę jeszcze raz: lubimy ten nasz ‘hit’. Nawet jak gramy go na próbach, to ciągle czujemy swieżość, energię i satysfakcję. Pamiętam jak graliśmy ‘I’m the Mountain’ po raz pierwszy, 5 lat temu, w Rosji, to nikt tej piosenki nie rozumiał. Była zbyt skomplikowana i pod względem kompozycyjnym zdecydowanie odbiegała od typowo stonerowo – doomowych utworów. Nie ma tam podziału na zwrotka – refren – zwrotka – refren i powiem szczerze, że nie spodziewaliśmy się, że właśnie ona stanie się tym wspomnianym ‘hitem’.
Co do ‘Hotel California’ intro – czasami zaczynaliśmy też od ‘Smells like teen spirit’, czy piosenkami w tym stylu (śmiech). To jest oczywiście forma żartu, złapania fajnego kontaktu z publiką i poudawania: O nie! Znowu ta piosenka – a tak naprawdę uwielbiamy ten utwór i gramy go zawsze z pełnym zaangażowaniem i dumą.
Znam sporo ludzi, którzy na pytanie o Stoned Jesus rzucają jak z automatu: Noooo, znam ‘I’m The Mountain. Kozacki numer – ale oprócz tego nic o Was nie wiedzą. Śmieszna sprawa, ponieważ w świadomości sporej grupy osób widniejecie jako pewnego rodzaju amerykańska gwiazda, z hitem na koncie. Jako ludzie poza zasięgiem zwykłych śmiertelników. W skrócie: czujecie, że już na tym etapie Waszej kariery stworzyliście coś, co będzie zapamiętane na dłużej? Numer, który możliwe, że przeżyje Was samych?
Tak, to jest naprawdę wspaniałe uczucie, że stworzyliśmy coś, co przyciągnęło uwagę ludzi i teraz przekłada się na te wszystkie wyprzedane koncerty, o których wcześniej rozmawialiśmy. Z drugiej strony, nie możemy zapomnieć o presji, jaką ‘I’m the Mountain’ na nas nakłada. Musimy mieć świadomość tego, że nasz przyszły materiał już zawsze będzie porównywany do tej piosenki.
Kolejnym problemem jest legenda, jakaś magiczna aura, który wytworzyła sie wokół tego utworu i ciągle rośnie – jak śnieżna kula, która ciągle toczy się w dół i z każdym kolejnym pokonanym odcinkiem powiększa się. To jest trochę dziwne, ponieważ z mojej perspektywy – jako autora – np. ‘Silkworm Confessions’ z ‘The Harvest’ jest w równym stopniu co ‘I’m the Mountain’ epicką, złożoną i rozbudowaną kompozycją. Tak samo jak ‘Black Church’, czy kilka innych naszych utworów. Ale co ja tam wiem, jestem tylko prostym kompozytorem (śmiech). To ludzie decydują i oceniają.
Kto jest u Was odpowiedzialny za muzykę? Wyobraźmy sobie, że jesteśmy teraz w salce prób, wchodzisz, wyciągasz gitarę, odpalasz wzmacniacz i zwracasz się do kolegów z zespołu: hej, dłubałem ostatnio trochę nad nowymi riffami w domu i…mam coś takiego. Co o tym sądzicie? Nada się? Czy może wspólnie pracujecie nad materiałem?
Raczej pierwsza wersja. Zazwyczaj przychodzę na próby z powiedzmy w 80% gotowym utworem – z riffami, linią melodyczną wokalu i jakąś mniej lub bardziej przemyślaną strukturą. Potem włączam to co udało mi się nagrać w domu – zazwyczaj jest to po prostu dyktafon – i siadam za perkusją, żeby przekazać moją wizję reszcie zespołu. I co dalej? Bierzemy kompozycję na warsztat i wspólnie pracujemy nad jej finalnym kształtem. Basista zawsze dodaje swoje linie basu, czasami sugeruje zmiany tempa, akordów czy melodii w poszczególnych partiach. Natomiast, jeżeli chodzi o bębny, to zdaję się całkowicie na naszego Perkusistę – jego instrument, jego pomysły na rytmikę w danej części kompozycji i staram się w to nie mieszać. Sam mam jakieś tam pojęcie o grze na perkusji, ale, to, że potrafię zagrać równo, albo wytłumaczyć ‘o co mi chodzi’ w danym fragmencie nie czyni ze mnie Perkusisty. Podsumowując: tworzę głównie Ja, ale bez chłopaków to byłaby zupełnie inna bajka. Patrząc z mojej perspektywy, jako słuchacza wiele zespołów naprawdę bardzo dużo traci przez tzw. dyktaturę – kompozycyjną. Dlaczego? Ponieważ nikt nie jest w stanie zachować świeżego spojrzenia na swoją muzykę. No dobra, jeśli Steve Harris z Iron Maiden ciągle powtarza ten sam riff przez kilka płyt, to w porządku. Oni mogą – są świetni, bezkonkurencyjni w tym co robią. Ale jeżeli jesteś małą, nie znaną szerszej publiczności grupą, wydajesz album średnio co 2 lata i komponujesz wszystko sam, trzymając przy tym resztę grupy w twórczych ryzach…nie, to jest złe i zwykle psuje atmosferę w zespole. Wtedy nie masz szans na wytworzenie jakiejś ‘chemii’, nici porozumienia pomiędzy sobą. To nie powinno tak wyglądać. Jeżeli na 5, czy 6 albumie Stoned Jesus podzielimy się, że 3 utwory są ode mnie, 2 od Basisty i jeszcze jeden od Perkusisty, to wyjdzie nam to tylko na dobre. Czemu nie spróbować?
Z poprzednich wywiadów udało mi się dowiedzieć, że jesteś odpowiedzialny za tekst do popularnej ‘Góry’. Mógłbyś nam zdradzić jaka historia kryje się za tym numerem? Jakie były Twoje inspiracje?
Ciężko powiedzieć, ponieważ osobiście nie przepadam za tekstami, które bazują na jakiejś historii. Teksty w stylu: on wstał, on poszedł tam, on zrobił to, on wrócił etc. są moim zdaniem słabą koncepcją na zapełnienie warstwy lirycznej piosenki. ‘I’m The Mountain’ powstało na kanwie jakiejś mojej imaginacji, której sam, jako autor, do końca nie jestem w stanie wyjaśnić – 5 lat temu byłem w zupełnie innym miejscu, niż teraz i nie do końca wiem co miałem wtedy na myśli pisząc poszczególne wersy. Oczywiście wciąż jestem z nich dumny i wydaje mi się, że za pomocą odpowiednio dobranych słów udało mi się osiągnąć coś, co jest jedną z najważniejszych rzeczy podczas pisania tekstów – zbudowanie atmosfery wokół utworu. Oprócz tego, ważnym elementem podczas pisania tekstów są tzw. ‘haczyki’, tak jak to robił np. Kurt Cobain w Nirvanie…Już tłumaczę.
Podczas nagrywania płyt Kurt czasami pisał teksty na kolanie podczas samej pracy w studiu, ale zawsze miał jakiś pomysł na dany utwór, właśnie te ‘haczyki’, ‘kluczowe słowa’ w stylu ‘Rape me’. Przytaczam tutaj przykład Nirvany, bo w ‘I’m The Mountain’ mamy do czynienia z podobną sytuacją, wiesz – „I’m The Mountain blablabla, I’m The….”. Taki był mój pierwotny zamysł, nie miałem żadnego innego alternatywnego tekstu. Po prostu usiadłem z gitarą akustyczną i starałem się wycisnąć jak najwięcej z pomysłu o istocie ludzkiej będącej górą, doliną, szczytem, wybrzeżem – w skrócie: częścią natury. Potem ta piosenka w jakis sposób stała się czymś w rodzaju utworu o dorastaniu, świadomości bycia dobrym człowiekiem, staraniu się o bycie lepszą osobą i to wszystko w połączeniu, w porównaniu z naturą. Bo natura w pewien sposób cały czas odkrywa i odradza się na nowo, zawsze dąży do ewolucji i rozwoju swojej aktualnej formy. Może częściowo dlatego, że my – ludzie – bardzo często dawaliśmy i dajemy dupy. I właśnie to poczucie winy („Mirror, Mirror…”) jest bohaterem 3 wersu ‘Góry’. Wszystko jest ze sobą połączone. Nie ma tutaj przypadku. Tak samo powstaję teksty do reszty piosenek Stoned Jesus – na bazie jakiejś mojej wymyślonej koncepcji, atmosfery tworzącej się w mojej głowie.
Czyli z jednej strony te ‘haczyki’, z drugiej – imaginacja; jeżeli czuję, że te dwie rzeczy fajnie ze sobą współgrają, to nie mam wyboru – siadam i piszę.
Skoro jesteśmy przy temacie inspiracji do tworzenia warstwy lirycznej w Stoned Jesus, to nie mogę nie spytać o znaczenie tego fragmentu: „To create the tainted potion of white milk and red wine” (red. fragment z ‘Red Wine’). Co wtedy miałeś na myśli? Słyszałem, że chodzi o stosunek z kobietą podczas okresu.
BINGO! (śmiech). To była raczej bardzo oczywista i zabawna metafora (śmiech). ‘Red Wine’ jest jedyną taką typową ‘piosenką’ na ‘First Communion’, dlatego postanowiłem się trochę pobawić z tekstem i utrzymałem utwór w koncepcji wampirycznej odmiany miłości oraz rzeczy tego typu. Fajnie, że ludzie to dostrzegają.
Jestem pod wrażeniem.
Ostatnie pytanie: Lemmy Kilmister, czy David Bowie? I dlaczego David Bowie?
Tak, David Bowie. Prawdopodobnie dlatego, że dopiero zaczęliśmy go odkrywać i to był gość, który inspirował nas twórczo. Natomiast, Lemmy był inspiracją w znaczeniu terminu ‘Rock’n’roll’. Ten gość oddychał rock’n’rollem, żył rock’n’rollem, grał koncerty praktycznie do samego końca (red. ostatni na dwa miesiące przed swoją śmiercią) i nigdy nie zrezygnował ze swojego wymarzonego świata. Proszę, nie zrozum mnie źle, ale sam fakt, że umarł nie był dla nas wielkim zaskoczeniem – Lemmy przez ponad połowę swojego życia brał narkotyki w takiej ilości, że nie wiem, czy małej wielkości państwo byłoby w stanie tyle przerobić. Jeżeli chodzi o Davida – zniknął na dziesięć lat, potem nagle wrócił z naprawdę wspaniałym wydawnictwem i wtedy znowu zaczęliśmy go wszyscy na nowo poznawać i słuchać. To jeszcze nic! Jak wypuścił teledysk do ‘Lazarusa’, który jest rzeczą całkowicie obłędna i poza możliwościami percepcyjnymi ludzkiego umysłu, to już totalnie odjechaliśmy. 10 minutowy prog –kraut – jazz rockowy utwór, bardzo eksperymentalny i wydany przez 70 latka. Super sprawa. A co potem? Umiera. Koszmar – byliśmy naprawdę zdruzgotani i przejęci. Oczywiście, że miał swoje lata, przeżył swoje przygody z narkotykami i był po Iggy Popie (śmiech). Dlatego postanowiliśmy zabrać ze sobą na trasę jedną z jego piosenek (red. Stoned Jesus zaaranżowało utwór ‘Lazarus’ z ostatniego wydawnictwa ‘Black Star) i dotychczas zagraliśmy ją we Wrocławiu i w Warszawie. Spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem.
Jakieś słowo na koniec?
Jedno zdanie: ‘The Procession Tour’ powróci w 2017 r. Do zobaczenia!
Autorem wywiadu jest Jacek Szczepan.
- Krakowski ONLY SONS (retro/hard rock/alt metal) wydał płytę „Through The Night Again „ - 17 kwietnia 2026
- KONRAD CIESIELSKI na wyjątkowym koncercie w Warszawie - 17 kwietnia 2026
- ACIDSITTER na trasie koncertowej z włoską kapelą SHARASAD - 17 kwietnia 2026









