Elderblood – „Messiah” (2016)

Możliwe, że część czytelników zna, chociażby ze słyszenia, ukraiński Elderblood. Sąsiedzi ze wschodu dorobek mają może i ubogi, za to oceniany wysoko i całkiem rozpoznawalny w kręgach symfonicznej czerniny. Osobiście poznałem ich jakoś tak trzy lata temu, przy premierze debiutanckiego Son of the Morning, a że akurat chorowałem na fazę na symfoniki wszelakie, to jakoś tak wyszło się zaprzyjaźnić.

Teraz Elderblood powraca. Pełnoprawny Messiah zawiera siedem kompozycji dających razem czterdzieści trzy minuty. Za wydawnictwo odpowiada francuski a szanowany Osmose Productions.  Nie będę ukrywał, od momentu zaznajomienia się z projektem Astargha i spóły priorytety muzyczne ciut mi się zmieniły. Niemniej, gdy tylko pojawiła się możliwość odświeżenia znajomości, zakasałem rękawy, przygotowałem wazelinę i wziąłem się do dzieła.

Wyobraźcie sobie, że sławetny druid Pornografix wrzuca do swojego kociołka siekanego Behemotha i tarte Dimmu Borgir. Do tego zalewa to gęsto symfonicznym sosem z przecieru z Septicflesh, lekko ozdobionego Fleshgod Apocalypse. Wychodzi właśnie takie Elderblood. Chłopaki grają w ramach symfonicznego blacku, niemniej nie są aż tak nudni i wtórni jak większość podobnych im miśków, ograniczających się do sztucznej orkiestry i breakdownów. Tu kawałki faktycznie się od siebie różnią czymś więcej, niż tylko długość. Na dzień dobry mamy tu taki hehemothowy Thagirion’s Sun, będący w sumie podsumowaniem całego krążka oraz moich opisowych wypocin powyżej. Na kolejnym (i wyjątkowo nudnym) Invocation of Baphomet znajdziecie bardziej zaDimmioną atmosferę, a dalej jest już w sumie wysoce wymieszanie. Najładniej robi się pod koniec. In Burning Hands of God jest chyba najładniejszym kawałkiem na całej płycie. Przesycony mroczną, wzniosłą i bardzo epicką atmosferą, z dodatkowymi czysto-operowymi śpiewami okazuje się być utworem bardzo kinematycznym, rzekłbym. Może to nie jest jeszcze poziom filmów i gier wideo, ale już niedaleko. Podoba mi się też ostatni Adamas Ater, quasi-balladowy i wyciszający przed zakończeniem płyty, oraz Devil in the Flesh: rozpoczynający się prawie ciarkogennym samplem z jakiegoś Egzorcysty, czy innego nagrania z wywiadówki, bardziej energetyczny kawałek o skłonnościach melodic death metalowych. Żeby nie było zbyt ładnie, utwory, których nie wymieniłem spokojnie można oddać na przemiał, bo nic ciekawego tam nie znalazłem i w sumie nie pamiętam nawet, jak się nazywają. Szczęśliwie jest ich zdecydowana mniejszość.

Od strony technicznej nie ma nawet czego opisywać. Symphoblack prawie zawsze jest dobrze wyprodukowany, i tak też jest w tym przypadku. Jest ładnie, zgrabnie, klarownie, nic się nie wybija, perka nie brzmi cyfrą, a i nawet basidło czasami słychać. Skanów layoutu w promce nie było, więc na ten temat się nie wypowiem (poza okładką, brzydką jak Pawłowicz i podobnie nieciekawą).

Nie spodziewałem się, że Elderblood odnowi mi symfonicznego pierdolca, ale też nie czuję się przez Messiah zawiedziony. Słuchało się tego przyjemnie, może bez większych zachwytów, ale też bez kwasu czy psucia dobrych wspomnień. Jestem pewny, że ktoś bardziej siedzący w symphoblacku będzie całkiem szczęśliwy.

Ocena: 7,5/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , .