No i doczekaliśmy się kolejnej płyty Mesjasza. Starzy wyjadacze zeszli się w 2017 i od tego czasu udowadniają, że nie był to powrót na chwilę. Po dosyć dobrej Fracmont z 2020 roku (ależ ten czas leci!) nadszedł czas na następcę w postaci Christus Hypercubus, która wydana została przez solidną High Roller Records 1 marca bieżącego roku.
Nie da się tej recenzji rozpocząć inaczej, niż wspomnieniem o przedwcześnie zmarłym wokaliście zespołu Andym Kainą. Takie wieści zawsze smucą, a nabierającemu w wiatru w żagle zespołowi na dodatek musiało to mocno popsuć plany. Wokal Andyego był nieodzowną częścią zespołu i nawet znając płytę Underground, na której zaśpiewał Christofer Johnsson (Therion), ciężko mi było sobie wyobrazić, jak Messiah zabrzmi bez głosu Kainy. Najwytrwalsze próby nieoceniania nowego frontmana przez pryzmat oryginalnego po prostu musiały się nie udać, bo w muzyce (jak w miłości) jednak kierujemy się najpierw sercem, a potem rozsądkiem. Ze względu na ten fakt mój kontakt z pierwszym singlem z płyty, tytułowym Hypercubusem, nie odbył się przesadnie pozytywnie. Niezbyt atrakcyjny klip, dosyć typowa linia wokalna i przewidywalna kompozycja nie poniosły. Spodziewałem się, ba! – wymagałem więcej po twórcach świetnego Choir of Horrors i genialnego Rotten Perrish. Z tego powodu odpuściłem późniejsze zajawki i czekałem na cały album.
Bardzo fajnie wydany digipack, mroczna okładka i inlay nacieszyły oczy, ale nadal byłem sceptyczny. Niemniej jednak Mesjasz to zbyt poważna w moim życiu załoga, bym mógł odpuścić i krążek trafił do odtwarzacza. Płytę rozpoczyna intro i utwór Sikhote Alin. Intro brzmi jak żywcem wyjęte z Rotten Perrish i jest to bardzo mile widziany akcent. Sam utwór po małym wstępie uderza zwrotką, która też nie pozostawia wątpliwości, z kim mamy do czynienia. Jedna z moich brwi podniosła się w zaciekawieniu i słuchałem dalej. Kompozycja po klasycznej, thrashowo-deathowej młócce zatrzymała się na chwilę, oferując fajne melodie gitar i staroszkolny klawisz, partia ta z kolei została wyparta przez encyklopedyczny, thrash metalowy ciężar i przyznaję, że poczułem się dosyć pozamiatany. Bardzo dobry start płyty.
Z dwójeczką wjechał utwór tytułowy i gdy go odrzeć z wideoklipu i umieścić w trackliście albumu, to okazuje się znacznie lepszy. Nawet blackujące partie gitarowe w refrenie przestały mnie irytować, a solo wręcz porwało. Lecimy dalej.
Once Upon a Time – Nothing należy do tych kawałków, które po usłyszeniu ciężko wypchnąć z głowy, jego refren jest tak prosty i zarazem wgryzający się w podświadomość, że po usłyszeniu go odtwarzasz go w pamięci do samego końca dnia. Centipade Bite przynosi w końcu downtempo i jakieś urozmaicenie, przy okazji stał się też jednym z moich faworytów na płycie. Jest coś w tym kawałku z mrocznych hymnów Celtic Frost, a kończące go harmonie to mistrzostwo świata.
Na tym etapie chyba już widać, że moje początkowe nastawienie okazało się mega błędne, a dalsza część płyty wciągnęła mnie w równym stopniu. Wokalizy Marcusa Seebacha w dużej mierze zbudowane są jak te Kainy, jednak Marcus operuje szerszym spektrum i nie kończy na thrashowym warkocie, pozwalając sobie na wyższe screamy, zalicza też czasami niskie rejony. Urozmaicenia te na początku mnie odpychały, ale z czasem doszedłem do wniosku, iż Marcus wokale rozpisał dobrze. Utrzymał spory procent klasyki i wcisnął w linie nieco siebie. Ostatecznie muszę więc przyznać, że zespół nie mógł obecnie wybrać lepszego krzykacza, a jego praca wraz z dobrze napisanymi kompozycjami dała wymierny efekt.
Inne niż w starym Messiah jest też brzmienie, za które bierze odpowiedzialność gitarzysta V.0. Pulver. W Little Creek Studio wykręcił naprawdę solidny sound, utrzymujący odpowiedni balans między starym klimatem a nowym podejściem w produkcji muzycznej.
Podsumowując, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Warto walczyć ze swoimi słabościami i dawać szansę albumom, które głowa chce skazać na porażkę. Messiah A.D. 2024 to ciekawa i mocna załoga, która drugim po reaktywacji albumem pokazuje wielką determinację i dobrą kondycję.
Ocena: 8.5/10
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026
- Huge – „Not a Handful of Stones but the Sound of My Soul” (2025) - 9 kwietnia 2026
- Immolation – „Descent” (2026) - 29 marca 2026
Tagi: 2024, Christus Hypercubus, death metal, High Roller Records, Messiah, recenzja, review, thrash metal.






