Przejdź do treści

THE THIRD AND THE MORTAL: „Muzyka zamraża dany moment w czasie”

3

The Third and the Mortal nie są zespołem, który regularnie trafiał na okładki największych magazynów. A jednak ich ogłoszony pod koniec 2024 roku powrót po blisko dwóch dekadach milczenia wywołał szybsze bicie serca wielu miłośników atmosferycznych dźwięków. Tym bardziej, że za mikrofonem znów stanęła ceniona Kari Rueslåtten. Z okazji powrotu na scenę oraz celebracji 30-lecia pierwszej EP-ki i kultowego debiutu porozmawiałem z Rune Hoemsnesem (perkusja) i Trondem Engumem (gitara) o reaktywacji zespołu, statusie Tears Laid in Earth, muzycznych poszukiwaniach w cieniu norweskiej rewolucji blackmetalowej, niewydanych nagraniach zalegających w archiwach oraz o tym, dlaczego dla The Third and the Mortal najważniejsza w muzyce wciąż pozostaje zwykła ludzka ciekawość.

Na początek cofnijmy się do 2005 roku. Jakie towarzyszyło wam wtedy nastawienie, gdy decydowaliście o zawieszeniu działalności? Czy myśleliście: „My tu jeszcze wrócimy!”, czy raczej: „Okej, to by było na tyle, historia zespołu dobiegła końca”?

Trond: To nigdy nie było definitywne zakończenie. Po prostu życie zweryfikowało nasze plany. Zaczęliśmy zakładać rodziny, iść na studia, rozchodzić się w różnych kierunkach. Mimo to wciąż się przyjaźniliśmy i współpracowaliśmy, ale wszystko po prostu zwolniło. Uznaliśmy, że poczekamy i zobaczymy, co przyniesie życie. To była naturalna kolej rzeczy.

Rune: Dokładnie, to przyszło naturalnie. Nigdy nie usiedliśmy i nie powiedzieliśmy: „Okej, to koniec, zamykamy ten rozdział”. Jak wspomniał Trond, część z nas zajęła się innymi projektami. Po jakichś 10-12 latach bardzo intensywnego grania i ścisłej współpracy odpuszczenie na jakiś czas było czymś oczywistym. Pracowaliśmy razem przez tyle lat i układało się to świetnie, ale pojawiły się obowiązki: rodziny, praca i cała reszta.

Trond: Żyliśmy w tej bańce mnóstwo czasu, bo graliśmy ze sobą od wczesnych lat nastoletnich. Zespół był dla nas najważniejszą rzeczą w życiu, odkładaliśmy wszystko inne na bok. Muzyka i zespół miały zawsze absolutny priorytet. Kiedy jednak zaczynasz dorastać, w życiu pojawiają się inne sprawy i priorytety naturalnie się przesuwają. Wspólna ostrość widzenia trochę się rozmyła, w tamtym momencie każdy z nas skupiał się już na czymś innym.

Chciałem właśnie zapytać, czy stały za tym jakieś konkretne powody, ale w zasadzie już odpowiedzieliście, to po prostu tak zwane samo życie. Zastanawiałem się jednak, czy nie było w tym też kwestii branżowych? Pamiętam jeden z wywiadów, którego udzieliliście niedługo po wydaniu In This Room (trzeci album zespołu, z 1997 roku – red.). Mówiliście wtedy, że nie jesteście do końca zadowoleni ze współpracy z Voices of Wonder i myślicie, że wydanie czwartej płyty w innej wytwórni pomogłoby wam zagrać więcej koncertów lub zyskać większy rozgłos. Ostatecznie jednak ten czwarty album również ukazał się nakładem Voices of Wonder. Czy z perspektywy czasu nie żałujecie, że nie przycisnęliście wtedy mocniej lub że nie zrobiliście czegoś inaczej?

Trond: Nie, przynajmniej ja niczego nie żałuję. Kiedy w 1997 roku wydawaliśmy In This Room, był to ostatni album wypełniający nasz ówczesny kontrakt z Voices of Wonder. Mieliśmy więc otwartą drogę i możliwość przejścia do kogoś innego. Kontaktowały się z nami różne wytwórnie, prowadziliśmy rozmowy, ale jednocześnie był to początek końca w tym sensie, że wyeksploatowaliśmy całą naszą energię. Przez tyle lat próbowaliśmy budować pozycję zespołu, eksperymentowaliśmy, po In This Room pojechaliśmy na trasę po Europie. I po raz pierwszy w historii zespołu po powrocie z trasy nie znieśliśmy sprzętu z powrotem do sali prób. To był jasny sygnał, ile energii w nas zostało. Naszym celem nigdy nie był sukces finansowy, napędzała nas ciekawość, chęć tworzenia muzyki, która interesowałaby przede wszystkim nas samych. Ale w 1997 roku zorientowaliśmy się, że trzeba też mieć z czego żyć. To wywołało pewien konflikt wewnętrzny, bo do tej pory skupialiśmy się wyłącznie na graniu. Prowadziliśmy rozmowy z innymi wytwórniami, mieliśmy opcje na kolejne trasy, ale gdybyśmy od razu w to poszli, mogłoby się to skończyć definitywnym rozpadem zespołu.

Rune: Myślę, że potrzebowaliśmy wtedy takiej przerwy. Na szczęście odbyło się to w dobrej atmosferze, bez żadnych wewnętrznych kłótni. Decyzja o odpuszczeniu wydawała się po prostu naturalna. Kilka lat później zresztą znów zagraliśmy trasę.

Trond: I kiedy po tej kolejnej trasie wróciliśmy do tworzenia, komponowanie zajmowało nam znacznie więcej czasu. Chcieliśmy znaleźć nowe środki wyrazu, a przy okazji uczyliśmy się obsługi nowych technologii. To był naprawdę długi proces, praca nad czwartym albumem trwała wieki. I ostatecznie wróciliśmy do Voices of Wonder.

Rune: A koniec końców kilka lat po wydaniu Memoirs (album z 2002 roku – red.) zamilkliśmy na wiele lat.

W grudniu 2024 roku ogłosiliście powrót i chęć świętowania rocznicy pierwszej EP-ki oraz debiutanckiego albumu. Czy moglibyście rzucić nieco światła na kulisy tej reaktywacji? Kto do kogo zadzwonił? Jak do tego doszło?

Rune: Przez lata rozmawialiśmy o tym w bardzo luźny sposób. Mieliśmy z tyłu głowy pomysł, aby wrócić, ale przełom nastąpił wtedy, gdy udało nam się zdobyć salę prób. Mogliśmy w końcu wstawić tam część instrumentów i zyskać własne miejsce do grania. Przez wiele lat go nie mieliśmy, bo każdy z nas pracował tylko we własnym domowym studiu. Zaczęliśmy więc po prostu jamować, grać.

Trond: Przez cały ten czas mieliśmy ze sobą stały kontakt. Spotykaliśmy się na grillu jako przyjaciele. Część z nas grała wspólnie w innych projektach. Niektórzy członkowie zespołu, wcześniej mieszkający w innych miastach Norwegii, w tym okresie przeprowadzili się z powrotem do Trondheim. Wszystko to połączyło się w całość. Zaczęliśmy grać i zobaczyliśmy, że daje nam to ogromną frajdę. Niezwykłe było też to, że ludzie, którzy słuchali naszej muzyki dekady temu, wciąż o nas pamiętają. To coś niesamowitego. Przez te wszystkie lata dostawaliśmy wiadomości z pytaniami, czy nie chcielibyśmy czegoś zrobić. Więc ten pomysł dojrzewał gdzieś obok naszych prywatnych spraw, aż w końcu wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce.

Wielu fanów było bardzo pozytywnie zaskoczonych, że na pokładzie ponownie pojawiła się Kari. Powiedzieliście, że utrzymywaliście kontakt między sobą, ale czy z Kari również mieliście tak dobre relacje przez te wszystkie lata?

Trond: Tak, jak najbardziej. Kari oczywiście robiła swoje rzeczy muzycznie, my po jej odejściu kontynuowaliśmy The Third and the Mortal przez wiele lat, a potem realizowaliśmy inne projekty. Mieszkamy w tym samym mieście. Trondheim jest małe, więc nasze drogi siłą rzeczy się krzyżowały. Kari bardzo kibicowała temu, co robiliśmy, a my wspieraliśmy ją. Kontakt był zachowany, choć aż do teraz nie było konkretnego pomysłu, by znów stworzyć coś wspólnie. Po prostu w tym momencie życia każdemu to podpasowało. Świętujemy 30-lecie naszych dwóch pierwszych wydawnictw, choć tak naprawdę minęły już 32 lata. Powinniśmy zacząć grać te koncerty dwa lata wcześniej (śmiech), ale przygotowania trochę nam zajęły.

Skoro wspominacie, że wszystko zaczęło się 32 lata temu, skorzystajmy znów z wehikułu czasu i przenieśmy się do roku 1994. Przypomnijmy, jak wyglądała wtedy sytuacja w Norwegii: wychodzi debiut Mayhem, wychodzi pierwszy album Emperor, klasyki Darkthrone także są już znane. Moje, nieco przekorne, pytanie brzmi: jak to się stało, że ta fala blackmetalowej pożogi was nie porwała i postanowiliście iść w stronę muzyki bardziej klimatycznej i atmosferycznej, mimo że gdy zaczynaliście, jeszcze jako Nightfall, graliście mocno i ciężko?

Trond: Wydaje mi się, że etykietki pojawiły się później. Kiedy zaczynaliśmy na przełomie lat 80. i 90., społeczność ludzi grających muzykę metalową cechowała się sporym otwarciem na różne dźwięki. Kwitł tape trading. Mieliśmy kontakt z wieloma muzykami z całej Norwegii i z zagranicy. Słuchaliśmy mnóstwa różnorodnej muzyki i wymienialiśmy się inspiracjami.

Rune: Choć sami nigdy nie graliśmy black metalu, znaliśmy ten gatunek i wielu ludzi z tamtego środowiska. Ta muzyka w jakiś sposób na nas wpływała, ale po prostu nie wybraliśmy tej ścieżki. Złożyły się na to osobowości sześciu osób o bardzo różnych inspiracjach. Wszystko to stopiło się w brzmienie The Third and the Mortal.

Trond: Czerpaliśmy inspirację z ówczesnego metalu, ale fascynowało nas też Pink Floyd, eksperymenty, dłuższe formy progresywne czy post-rockowe, choć nikt tego wtedy tak nie nazywał. Słuchaliśmy King Crimson i tym podobnych rzeczy. Black metal nas nie kusił w kontekście własnej twórczości, mimo że ceniliśmy wiele ówczesnych płyt z tego gatunku. Jednak jako zespół mieliśmy własną drogę, którą chcieliśmy eksplorować.

Byliście bardzo młodzi, gdy ukazały się wasza pierwsza EP-ka i debiutancki album. Mieliście wtedy chyba po 15 lat?

Rune: Byliśmy trochę starsi, powoli zbliżaliśmy się do 20-tki. Z The Third and the Mortal wystartowaliśmy chyba w 1991 lub 1992 roku, wtedy odbyła się pierwsza próba. W 1992 zarejestrowaliśmy pierwsze demo, w 1993 weszliśmy do studia… Zaczynaliśmy jeszcze w ramach zespołu Nightfall, ale ewoluowaliśmy, poznaliśmy pozostałych członków i tak powstał nowy skład.

Jakie to dla was uczucie zanurzyć się z powrotem w utworach, które napisaliście jako nastolatkowie?

Trond: Bardzo dziwne. Wracasz do czegoś, co pamiętasz już tylko jak przez mgłę. Muzyka ma to do siebie, że zamraża dany moment w czasie. Niesie ze sobą konkretny kontekst, wspomnienia, nostalgię. W międzyczasie wydarzyło się przecież całe życie. Ale kiedy znów zaczęliśmy grać te utwory na próbach, powoli przypomnieliśmy sobie, czym ta muzyka dla nas była i dlaczego brzmiała właśnie tak. Na szczęście czujemy, że te kompozycje wciąż się bronią. Nie ma tam niczego, czego musielibyśmy się dzisiaj wstydzić.

Rune: Na próbach, kiedy uczysz się tych kawałków na nowo – bo przecież nie graliśmy ich całe dekady – znów zaczynasz czuć ten sam klimat, co kiedyś. Naprawdę sprawia nam frajdę ponowne ich wykonywanie.

Trond: Pamiętamy emocje i kontekst towarzyszący ich powstawaniu, ale stworzenie czegoś takiego dzisiaj byłoby niemożliwe. Dzisiaj zrobilibyśmy pewne rzeczy inaczej, ale powrót do tego materiału daje dużo satysfakcji. Choć wymagało to od nas ogromu pracy. Samo przypomnienie sobie, kto co grał w gąszczu trzech gitar, było nie lada wyzwaniem.

Rune: Oj tak, wymagało to od nas wielu godzin w sali prób.

Trond: Trzeba było powstrzymać się przed ulepszaniem wszystkiego. Dzisiejsza perspektywa kusi, by wprowadzać zmiany, ale staramy się zachować wierność oryginałowi i zrozumieć intencje, które stały za tymi dźwiękami 30 lat temu. Kiedy słucham tych płyt obecnie, widzę wyraźnie, że nie było tam dróg na skróty, każdy detal był przemyślany i dopracowany. Naprawdę głęboko wierzyliśmy w to, co robimy.

Rune: Spędziliśmy niezliczone godziny w sali prób, dopieszczając te utwory i testując różne rozwiązania. Przeznaczyliśmy na ten album mnóstwo energii.

Celebrujecie teraz debiut oraz pierwszą EP-kę, ale muszę zapytać: skoro nie było was tak długo, czy po reaktywacji nie pojawia się w was pokusa, by zagrać też utwory z późniejszych płyt: Painting on Glass, In This Room czy Memoirs?

Trond: Na ten moment tego nie planujemy. Na razie skupiamy się wyłącznie na materiale z Kari, co było naszym głównym założeniem na ostatnie dwa lata. Oczywiście po jej odejściu graliśmy utwory z późniejszych płyt przez wiele lat i bardzo je lubimy, ale obecnie do nich nie wracaliśmy.

Rune: Zobaczymy, co przyniesie czas. Mamy w dorobku kolejne płyty ze świetnymi utworami, które kiedyś intensywnie graliśmy na żywo. Ale obecnie trzymamy się pierwotnego planu.

Trond: Swoją drogą po reaktywacji zainteresowanie nami przeszło nasze najśmielsze oczekiwania, odzew ludzi i liczba wiadomości są większe niż w czasach, gdy wydawaliśmy te płyty. To niesamowite. Nastawialiśmy się po prostu na parę festiwali, które się do nas odezwały, a tymczasem cała machina ruszyła sama z siebie.

Mówiąc o festiwalach – miałem wielką przyjemność widzieć was na żywo w sierpniu w Czechach na Brutal Assault.

Trond: Naprawdę? To świetnie!

I muszę przyznać, że mimo dość niefortunnej pory – o godzinie 14:00, z 40 minutami na set – udało wam się stworzyć niesamowity klimat. Koncert był znakomity!

Rune: Bardzo dziękujemy! Bawiliśmy się świetnie, scena była naprawdę urokliwa i całe to doświadczenie wspominamy bardzo miło.

Trond: Publiczność była fantastyczna.

Rune: Tak, reakcja ludzi była wspaniała. Zarówno ja, jak i Trond graliśmy na Brutal Assault z innymi zespołami z dziesięć lat temu, ale ta konkretna scena była dla nas nowa.

Trond: Mimo że graliśmy tylko 40 minut, przestrzeń była kameralna i mieliśmy świetny kontakt z ludźmi. Dla nas wszystkich było to bardzo dobre doświadczenie.

The Third and the Mortal na Brutal Assault

Szkoda tylko, że przez ten krótki czas, jaki dali wam organizatorzy, nie mieliście możliwości zagrać całego setu, ale kto wie, może następnym razem. Chciałbym jednak nawiązać do historii, którą Kari opowiedziała ze sceny podczas tego występu. Wspomniała, że gdy graliście w ubiegłym roku w Ameryce Południowej, spotkaliście parę, która wyznała wam, że lata temu utwór Why So Lonely był ich piosenką ślubną. Czy w pamięci utkwiły wam inne tego typu poruszające lub zabawne historie z udziałem fanów?

Trond: Najbardziej zapamiętałem czasy, gdy ludzie przysyłali do nas tradycyjną pocztę. Dostawaliśmy listy i paczki z całej Europy i świata. Otrzymywaliśmy najróżniejsze prezenty. Ale najcenniejsze były osobiste historie ludzi, którzy przechodzili przez trudne momenty w życiu i pisali, że nasza muzyka pomogła im to przetrwać. Trudno o większy komplement niż świadomość, że twoja twórczość znaczy dla kogoś tak wiele. A co do zabawnych historii, kiedyś dostaliśmy w paczce zegarki w zamian za wysłane przez nas płyty CD. Sęk w tym, że te zegarki głośno tykały w skrzynce na listy!

Rune: Ktoś nas bardzo nie lubił! (śmiech)

Trond: Wyglądało to nieco podejrzanie, ale w środku znalazł się też miły list.

Otwieranie takiej paczki musiało być stresujące.

Trond: Oj tak, baliśmy się ją otworzyć! Ale podsumowując, najwspanialszą rzeczą w graniu jest z jednej strony sam proces tworzenia muzyki, a z drugiej ludzie, których spotykamy po drodze, ich historie i wspólny śmiech.

Rune: Dokładnie. Koncerty i stanie na scenie dają ogromną frajdę, ale rozmowy z ludźmi w różnych zakątkach świata, oglądanie starych wydań winylowych, które przynoszą do podpisania, i słuchanie o tym, jak ważny był dla nich ten zespół, to coś niesamowitego.

Przed laty słyszałem pewną plotkę i korzystając z okazji, chciałbym ją zweryfikować. Czy to prawda, że niedługo po wydaniu In This Room nagraliście kolejne dwa albumy, ale nie byliście zadowoleni z efektu i postanowiliście je skasować?

Rune: Nie, pełnych albumów nie było. Siedzieliśmy w studiu i rejestrowaliśmy nowy materiał, część z tych rzeczy rozwijaliśmy później, ale na pewno nie były to gotowe płyty.

Trond: To były raczej fragmenty, pojedyncze utwory i mnóstwo eksperymentów.

Rune: Bardzo dużo eksperymentowaliśmy. Były tam długie sekwencje muzyczne, albo jakieś małe fragmenty, które z czasem przeszły do kolejnych projektów.

Trond: Część z tych rzeczy mocno nas wtedy jarała, ale z czasem okazywało się, że brakowało im tej iskry, która broniłaby się po paru miesiącach. Inne fragmenty rozwinęliśmy dalej, a jeszcze innych nie potrafiliśmy dokończyć. Był to dla nas intensywny czas nauki samodzielnego nagrywania i obsługi technologii. Przejście od klasycznego układu, gdzie wchodzisz do studia z gotowym, ogranym na próbach materiałem, do procesu, w którym sam rejestrujesz i produkujesz wszystko od zera, mocno zmieniło dynamikę w zespole. Wcześniej komponowanie było procesem kolektywnym. Gdy pojawiły się komputery, decyzje zaczęła podejmować jedna osoba siedząca przed monitorem. Zmieniła się funkcja „dyrygenta” w zespole, co w tamtych czasach bywało trudne.

Rune: To była zupełnie inna metoda pracy.

Trond: Z tamtego okresu zostało sporo niewydanych utworów. Może nie na dwa albumy, ale na dwie EP-ki, ze względu na rozstrzał stylistyczny, z pewnością by się uzbierało.

Czyli te nagrania wciąż gdzieś u was leżą?

Rune: Myślę, że zachowaliśmy jakieś taśmy. Część rzeczy pewnie przepadła, ale ogólnie dbaliśmy o robienie kopii zapasowych.

Trond: Warto pamiętać o nośnikach: zaczynaliśmy od taśm szpulowych, które wciąż mamy i da się je odrestaurować. Potem nastała era technologii ADAT. Upraszczając, to taki VHS, ale służący do zapisu dźwięku wielościeżkowego. Sporo na nich nagraliśmy, ale nie mam pojęcia, gdzie one dzisiaj leżą.

Fajnie byłoby kiedyś zanurkować w tych archiwaliach. Przejdźmy jednak do kolejnego wątku z przeszłości. Czy zgodzicie się z twierdzeniem, że zespół nie miał szczęścia do osób stojących za mikrofonem? Nie mam na myśli ich umiejętności, ale fakt, że na przestrzeni czterech albumów przewinęło się aż siedem różnych wokalistek i wokalistów. Nazwalibyście to pechem?

Rune: Nie nazwałbym tego pechem. Kari odeszła, bo chciała skupić się na karierze solowej. Rozstaliśmy się w pełnym szacunku, bez kwasów i żalu. Powiedziałbym, że mieliśmy trzy główne wokalistki, które wniosły najwięcej: Kari, Ann-Mari (Edvardsen, śpiewała w latach 1996-2002 – red.) i Kirsti Huke (wokalistka w latach 2002-2005 – red.). Kiedy dołączyła do nas Ann-Mari, wniosła swój unikalny głos i zupełnie nowe spojrzenie, co naturalnie rozwinęło nasze brzmienie. Pojawił się nowy element w naszej muzyce. To, że skład wokalny się zmieniał przy stałym trzonie instrumentalnym, nie było dla nas pechem. Po prostu wyznaczało nowe etapy w historii zespołu.

Trond: Zawsze chcieliśmy eksperymentować i iść naprzód, zamiast się powtarzać. Po odejściu Kari nie mieliśmy zamiaru zatrudniać jej kopii. Zresztą, gdyby z nami została, kolejny album i tak poszedłby zapewne w zupełnie nowym kierunku. Ann-Mari rzuciła nam nowe wyzwania przy kolejnych wydawnictwach, co pozwoliło nam rozwinąć się muzycznie i warsztatowo. Z kolei płyta Memoirs była najbardziej rozstrzelona stylistycznie. Otworzyliśmy się wtedy na współpracę i zaprosiliśmy do studia wielu cenionych przez nas muzyków, tworząc rodzaj szerokiego kolektywu. Nie było tam sztywno podzielonych ról. Kirsti, mimo niezwykle silnego głosu, była bardziej częścią zespołu eksperymentującego z formą. Pod kątem artystycznym działo się coś wspaniałego, choć komercyjnie czy koncertowo na pewno utrudniało to budowanie stabilnej pozycji. Ale była to świetna lekcja.

Byliśmy w przeszłości, zahaczyliśmy o teraźniejszość, czas porozmawiać o przyszłości. Jakie są wasze dalsze plany? Gdy umawialiśmy się na ten wywiad, nie było jeszcze informacji o koncertach na kolejny rok, a teraz wiemy już o pierwszym ogłoszonym występie w Danii. Co jeszcze planujecie na 2027 rok?

Rune: Pierwotnym założeniem było granie w minionym i bieżącym roku. Teraz spontanicznie doszedł kolejny rok, ale na ten moment nie mamy jednak żadnych konkretnych planów.

Trond: Chciałbym móc Ci zaprezentować jakiś wielki plan, głęboko przemyślany na lata wprzód, ale go nie mamy. Jesteśmy przede wszystkim grupą przyjaciół i to jest najważniejsze. Z szacunku dla fanów wspaniale jest pojechać w różne miejsca – do Czech, Polski czy Danii – i się z nimi przywitać. Ale to nie jest coś, co będziemy robić w nieskończoność.

Rune: Gdybyśmy ciągnęli to bez końca, cała formuła by się rozmyła. Wiele zespołów koncertuje tak latami, ale my podchodzimy do tego inaczej. Zagramy trochę koncertów w przyszłym roku, a potem zobaczymy, jaka będzie reakcja ludzi i jak sami będziemy się z tym czuć, bo nasze własne odczucia są tu kluczowe.

Trond: Do tej pory przyjmowano nas niezwykle ciepło. Ale tak jak wszystko w życiu, to pewien zamknięty etap.

A czy oprócz Danii macie już potwierdzone inne koncerty?

Trond: Na ten moment jeszcze nie wiemy, choć dostajemy różne zapytania. Wiemy na pewno o Danii. Nie graliśmy tam od 1997 roku, od czasu festiwalu Roskilde, więc bardzo czekamy na to spotkanie. Jeśli pojawią się odpowiednie propozycje i miejsca, z przyjemnością pojedziemy. Wolimy grać na kameralnych, undergroundowych festiwalach z klimatem niż na wielkich imprezach dla influencerów. Tam czujemy się jak w domu.

Słuchając tego, co mówicie, boję się, że znam odpowiedź na następne pytanie, ale i tak je zadam: co z nową muzyką? Jest szansa na nowy album z Kari w składzie?

Trond: Nie mamy żadnych konkretnych planów. Stworzenie czegoś nowego byłoby ogromnym wyzwaniem. Włożyliśmy mnóstwo energii, aby z pełnym szacunkiem odtworzyć materiał z dwóch pierwszych wydawnictw i zaprezentować go fanom w odpowiedniej formie. Poza The Third and the Mortal każdy z nas zmierzał w bardzo różnych kierunkach muzycznych. Wszyscy tworzymy muzykę na co dzień, więc napisanie czegoś razem byłoby pewnie możliwe, ale The Third and the Mortal wymaga pełnego zaangażowania. Tu nie ma miejsca na drogi na skróty. Musisz oddać temu całą swoją energię.

Rune: To musiałoby przyjść naturalnie. Gdybyśmy mieli stworzyć coś nowego w przyszłości, musielibyśmy złapać odpowiednią chemię i całkowicie się w to zanurzyć. Nie potrafilibyśmy ustalić arbitralnie: „za rok wydajemy album”. Musielibyśmy kreować coś, co daje nam czystą satysfakcję, bez oglądania się na aspekty biznesowe.

Trond: Całkowicie się zgadzam. Treścią takiego procesu musiałaby być sama ciekawość i poszukiwanie dźwięków, które wywołują gęsią skórkę. Tego nie da się wymusić. Poza tym nie chcielibyśmy kopiować naszych pierwszych płyt. Jedynym powodem, dla którego mogłoby do tego dojść, jest ta czysta ciekawość, gdzie nas to zaprowadzi, spokój i możliwość poświęcenia na to dużej ilości czasu.

Rune: Inaczej by to po prostu nie zadziałało.

Trond: Przepraszam, jeśli to brzmi wymijająco, ale główną motywacją w muzyce jest dla nas szukanie czegoś, co rezonuje w człowieku na głębokim poziomie. Najfajniejszy w tym wszystkim jest sam proces, a musi to być proces dojrzały i wymagający czasu.

Rune: Włączając w to tarcia i twórczy opór. Kiedy próbujesz się z tym zmierzyć, to chociaż bywa trudno, jest to niezwykle wartościowe i piękne.

(Visited 1 times, 4 visits today)