Vader: “ma grać jak Vader!”

  •  
  •  
  •  
  •  

Na przestrzeni ostatnich miesięcy miałem okazję przelać swe myśli dwa razy na słowo pisane odnośnie zespołu Vader – przy okazji premiery nowej płyty Solitude In Madness i wznowienia legendarnej koncertówki The Darkest Age Live 93. Będąc na fali niesłabnącego zainteresowania Vaderem i jego losami, przepytałem więc lidera całego zamieszania o parę istotnych i bardziej przyziemnych kwestii. Zapraszam do rozmowy z Piotrem Peterem Wiwczarkiem, z której dowiecie się co w trawie obozu Vader piszczy.


Nowa płyta Vader to zawsze duże wydarzenie o zasięgu międzynarodowym. Czy tym razem przyjąłeś konkretne założenia względem tworzenia materiału na Solitude In Madness – chodzi np. o długość materiału, jego znacznie większy death metalowy sznyt niż poprzedniczka, czy wyszło to raczej naturalnie?

Założenia obrane przed nagraniami jeszcze nigdy się nie zrealizowały. Materiał, jaki miałem w głowie czy zapisany w formie riffów na pewno zapowiadał mocne i szybkie kawałki. Wspominałem zresztą o tym przy okazji wywiadów. EP’kę Thy Messenger wydaną w czerwcu 2019 też można było traktować za „posłańca” właśnie pełnej płyty. W sumie nowe piosenki z tego materiału miały się na niej znaleźć, gdyby sesja nie była tak bardzo opóźniona.  Sporo decyzji podjęliśmy już w trakcie sesji. Tak jest zawsze i o kształcie ostatecznym płyty można coś powiedzieć dopiero jak nagrania są zakończone. Aspekt twórczy w studio miał w Vaderze duże znaczenie praktycznie od początku. Dlatego też nie planuję jakiegoś ostatecznego kształtu materiału zanim nie zostanie on nagrany.

Jak długo trwała praca nad materiałem, jego rejestracja i produkcja? Czy na płycie znalazło się 100% przygotowanej muzyki czy pozostały w zanadrzu niewykorzystane ścieżki, riffy, pomysły, kompozycje?

Nagraliśmy jeszcze jeden kawałek, a w zasadzie tylko ślad bębnów do niego. Kolejny był w zanadrzu, ale zrezygnowałem z niego już podczas pracy z Jamesem (Stewartem- perkusja).  Nie zależało mi na ilości. Lepiej było skupić się na tym, co było gotowe w bardziej zaawansowanej już formie. Pracowałem w nowym studio, z nowym producentem i nie chciałem szarżować bez rozeznania. Cała sesja zajęła nam cztery tygodnie, z czego pierwszy tydzień to praca z Jamesem. Był to też jedyny tydzień , kiedy pracowaliśmy dzień za dniem. Pozostałe trzy tygodnie rozciągnięte były na ponad trzy miesiące. Powodem było to ciągłe przekładanie terminu sesji nowej płyty. Tak naprawdę do nagrań byłem gotowy już pod koniec 2018 roku. Kolejne historie związane z decyzją wyboru studia i producenta skutkowały nagraniem EPki w styczniu 2019 i rozpoczęciem sesji dużej płyty dopiero w maju. Na ten czas mieliśmy już jednak zabukowane koncerty sezonu letniego, których absolutnie nie chciałem odwoływać. Tak więc latałam jak durny do Anglii i z powrotem, czy to w trasie, czy między kolejnymi koncertami. Czasami na dwa, trzy dni, by skończyć czy zacząć kolejny kawałek.  Miałem przez to też sporo czasu na podjęcie pewnych decyzji, jakich zapewne nie podjąłbym, gdyby sesja odbyła się w bardziej zwartym okresie. Co do pracy przed wejściem do studia – nie różniła się ona od tych kilku poprzednich. Opracowałem kilka ogólnych schematów i pomysłów z Jamesem, które i tak dopieszczaliśmy albo też zmienialiśmy już w studio podczas sesji. Pająk (Marek Spider Pająk – gitara) podobnie jak przy pracy z poprzednimi albumami – przygotował dwie piosenki w domu, przyjechał do studia, nagrał i pojechał. Solówki opracował w swoim studio w domu i podesłał ślady Scott’owi przed montażem. Różnicą było to, że nie nagrywał do swoich kawałków linii basu. Zrobiłem to ja i przez to całość brzmi bardziej „vaderowo”. Pająk po prostu zbyt gitarowo podchodził do linii basu i praktycznie grał to samo. A bas to bas i oprócz „masy” powinien dodawać swoisty klimat. To wbrew pozoru nie takie proste, kiedy cały kawałek ma intensywność solówki i nie ma wiele miejsca na smaczki i niuanse. Ostateczny master Solitude in Madness był gotowy jakoś tak na przełomie sierpnia i września. Kolejne opóźnienia premiery związane już były bardziej z decyzjami podjętymi przez nas i speców od promocji z Nuclear Blast.

Jak to zwykle bywa przy premierze, twórca musi zmierzyć się z ciśnieniem i oczekiwaniami wśród fanów, które w stosunku do Solitude In Madness były wyjątkowo duże. Jak to wyglądało z perspektywy głównego kompozytora? Odczuwałeś presję i dałeś jej wpłynąć na siebie, czy wręcz przeciwnie, postanowiłeś odciąć się od niej i przemyśleń z nią wywołanych?

Chyba tylko raz ugiąłem się troszkę pod wpływam opinii publicznej. Było to przed nagraniami do The Beast. Był to trudny okres dla mnie i dla zespołu. Kłopoty w domu, kłopoty z Doc’em (Krzysztof Docent Raczkowski)…za dużo tego było nawet jak na mnie. Ciężko było się skupić. Jak wiesz, Bestia nie należy do ulubionych płyt Vader ani dla fanów ani dla mnie. Płyta wyszła przekombinowana i za mało zadziorna. Więcej tego błędu nie zrobiłem, a racje swoje udowodniłem już kolejnym The Art of War. Nagrywam płyty „vaderowe” i tak jak JA to czuję. Jak to odbierają słuchacze jest ich sprawą. Albo trafiam w gust, albo nie. To bardzo proste. Nigdy nie miałem ambicji zadowolić wszystkich fanów metalu. To byłoby absurdalne nawet z założenia. Nie interesują mnie też panujące wokół trendy. Vader ma grać jak Vader! Swój status osiągnęliśmy dzięki konsekwencji, a nie przez to, że próbujemy cokolwiek, komukolwiek udowadniać. Silenie się na „wielką sztukę” grając to, co gramy jest komiczne i zupełnie niepotrzebne.

Solitude brzmi bardzo konkretnie i witalnie. Nie umniejszając zasługom braci Wiesławskich, u których nagraliście kilka ostatnich materiałów, trzeba przyznać, że nowa płyta wypada znacznie intensywniej względem na przykład EPki Thy Messenger. Kiedy zacząłeś brać pod uwagę zmianę studia i dlaczego wybrałeś akurat Grindstone?

O zmianie studia i producenta myślałem już wcześniej. Nie dojrzałem jednak do podjęcia takiej decyzji. Bardzo lubię pracować w Hertz Studio z braćmi Wiesławskimi, a płyty tam nagrane brzmią bardzo dobrze. Niestety rutyna pracy w studio nie sprzyja wyzwaniom. Potrzebowałem  zmiany. Zmiany atmosfery i stylu pracy. Potrzebowałem pracy z producentem, który nie zna Vadera i spojrzy na formułę brzmienia inaczej bez zabijania samego stylu zespołu.  Pierwszym pomysłem było studio Erica Rutana na Florydzie. W zasadzie sprawa była już dogadywana, kiedy pojawił się problem z Patem z Cannibal Corpse. Eric to bliski kolega, a „kanibale” mieli właśnie zaczynać ważną trasę w USA i zgodził się zastąpić Pata na ten czas. To z kolei opóźniłoby sesję Vadera aż do sierpnia i oczywiście to nie wchodziło w rachubę. Grindstone i Scotta podsunął mi oczywiście James. Pracował z nim już z Divine Chaos i bardzo polecał to miejsce. Skontaktowałem się ze Scottem, pogadaliśmy i ustaliliśmy terminy. Resztę już znasz.

W ciągu długich lat historii Vadera przez jego skład przewinęła się cała masa muzyków. Doprowadziło to do tego, że zostałeś zmuszony do odpowiedzialności za całość muzyki. Przeszłość jednak pokazuje, że jeżeli ktoś utrzyma się dłuższy czas, to jesteś w stanie mu oddać pewien ciężar komponowania, jak było na przykład z płytą Impressions in Blood i ówczesnym gitarzystą Mauserem, a obecnie z Pająkiem. Jak w przypadku SiM wyglądał podział prac między członkami zespołu?

Nigdy do niczego nie byłem „zmuszony”. Owszem, to ja praktycznie od początku przejąłem rolę takiego kierownika artystycznego, ale ktoś przecież powinien to robić. Miałem zawsze przyjemność grać z dobrymi muzykami i fajnymi ludźmi. Inaczej zapewne do tego by nie doszło – znając siebie. Zawsze też byłem otwarty na pomysły kolegów – o ile mi pasowały. Wiem, że to subiektywne, ale tak już jest i nie ma czego tłumaczyć. Po prostu mam wyczucie dla Vadera i jeśli coś nie bardzo pasuje, to odrzucam to. To samo zresztą dotyczy moich własnych pomysłów. Do muzyki podchodzę również jako fan, a nie tylko twórca. Poza tym komponowanie, to nie ciężar a przyjemność. Mauser chwycił styl i stworzył kilka naprawdę klasycznych songów Vadera. Podobnie jest z Pająkiem. Zawsze bardzo dużo do kawałków dają aranżacje bębnów i to jak brzmią zawsze zależało od pałkera.  Dlatego to tak istotna postać w składzie Vader.

Vader zawsze zaskakiwał pomysłami na covery. Tym razem na płycie zamieściliście przeróbkę (chyba po raz pierwszy na regularnym wydawnictwie) Acid Drinkres – Dancing in the Slaughterhouse, który w pierwszej kolejności można było usłyszeć na płycie w hołdzie Acid. Pomysł wyszedł od Ciebie czy zostałeś poproszony o jego nagranie przez Titusa i spółkę? Skąd idea, by zamieścić go ponownie na SiM?

To właśnie jedna z tych decyzji, jakie podjąłem już w czasie trwania sesji w Grindstone. Sam pomysł, a raczej zaproszenie do projektu nadszedł ze strony Ślimaka (Maciej Ślimak StarostaAcid Drinkers). On też zasugerował Dancing… , który od razu mi się spodobał. Po prostu pasuje do Vadera. Byliśmy już na wylocie do Anglii, więc co szkodziło zagrać jeden kawałek więcej. Na początku jednak kompletnie nie planowałem zamieszczać tej piosenki na płycie. Miała trafić wyłącznie na składankę Acidów. Po nagraniu zabrzmiała jednak tak fajnie, naturalnie i „oldschoolowo”, że zaczęliśmy się z Jamesem zastanawiać nad włączeniem jej jako na przykład bonusa. A potem Ślimak napisał mi, że w ogóle nie ma pewności, że ta składanka wyjdzie „bo są jakieś tam problemy”, a jak wyjdzie to na pewno znacznie później. To był ten moment, kiedy powiedziałem „bierzemy Dancing… na nową płytę”. No a na Legendach we wrześniu okazało się, że składanka jednak wychodzi….i to jeszcze w grudniu tego roku. Jest to płyta wydana tylko na nasz lokalny rynek, więc fani poza Polską i tak dowiedzieli się o „kowerze” dopiero po premierze płyty w maju.

Vader muzycznie znowu wrócił na death metalowe obroty, a perkusista James Stewart po nieco wolniejszym Empire mógł nabrać pełnej prędkości. To, że jest utalentowanym pałkerem udowodnił wielokrotnie. Czy kiedykolwiek były między nim a resztą zespołu bariery wynikające między innymi z  kwestii narodowości, wieku, które musieliście pokonać, by w pełni uwolnić jego potencjał? 

Nie – to, że James jest z Anglii i w wieku mojego syna kompletnie nie przeszkadzało, by razem grać zajebiste koncerty czy nagrywać brutalne płyty. W takim zespole jak Vader bębniarz ma najtrudniejszą robotę i kosztuje go to mnóstwo wysiłku i to nie tylko fizycznego. Każda płyta ma co najmniej kilka naprawdę intensywnych, szybkich ciosów, a niektóre mają ich jeszcze więcej. Empire była nie tyle wolna, co bardziej różnorodna niż Solitude in Madness. Trudno przecież nazwać Tempest, No Gravity czy Parabellum wolniejszymi kawałkami.  Nowa płyta skumulowała po prostu więcej tych najbardziej intensywnych dla Vadera piosenek. Trafiła też w odpowiedni czas.  Mam wrażenie, że w ostatnich latach sporo zespołów metalowych prześciga się w wyszukiwaniu i nagrywaniu jak najmniej metalowo brzmiących pomysłów. A tu przyszło kolejne pokolenie, które chce dokładnie tego, czego myśmy chcieli w ich wieku: kopa w dupę, a nie smętnych pioseneczek. James jest wszechstronnym bębniarzem, ale metal i Vadera gra wybitnie! Przeprowadził się też kilka lat temu do Krakowa, by móc normalnie pracować, a nie spędzać połowę życia na lataniu.

Witching Hour rozpoczęło przyjmować zamówienia na preordery wznowienia The Darkest Age Live 93 (wywiad miał miejsce jeszcze przed premierą reedycji). Jest to wielka gratka dla maniaków, sam posiadałem oryginalne wydanie na kasecie i pamiętam ten koncert jako bardzo dobre wypełnienie oczekiwania na De Profundis. Jak wspominasz ten występ i przyjęcie jego pierwotnej premiery przez fanów i media?

To była bardziej pamiątka ostatniej dekady zwieńczona kontraktem z Earache Rec, nową płytą i potężnymi trasami po świecie. I dla fanów, i dla nas samych. Żywiołowo zagrany i nagrany spełnił swoją rolę. Ten materiał był kilka razy wznawiany, ale nigdy w tak pięknej formie jak obecne wydanie WHP.  No i po raz pierwszy w formacie LP na winylu z bardziej dynamicznym soundem.  Nie pamiętam jak koncert był przyjęty w 1993 roku, bo skupiałem się już wtedy bardziej na EPce Sothis i nadchodzącym dużymi krokami i bardzo wtedy dla Vadera świeżym, drugim pełnym albumem.

Mnie i niewątpliwie wielu fanów cieszy spory asortyment Vader-store. Nie ograniczacie się tylko do płyt i t–shirtów. Jako stary fan mam pytanie o merch związany z choćby Black to the Blind, Kingdom czy wspomnianą reedycją albumu live. Zamierzasz w niedalekiej przyszłości poczynić maniakom przyjemność wznowienia tego merchu?

O wznowieniu Black to the Blind rozmawiałem dokładnie kilka dni temu. Płyta co prawda pojawiła się w pięknej reedycji na winylu wydana przez włoską NOTVD, a potem na digipacku przez WHP, ale były to bardzo limitowane wydania, które zniknęły błyskawicznie z katalogów. Po cenach na wystawianych aukcjach widać, że powinniśmy wydać ten materiał ponownie. I na pewno to zrobimy. Priorytetem na dzień dzisiejszy jest jednak drugi album VaderDe Profundis. Oficjalnie nigdy nie został wydany jako winyl, a i wersje CD są dziś poszukiwane.  Tu szykujemy sporo fajnych niespodzianek, jakie będą dostępne na vader-store.

To teraz z innej beczki. Zawsze byłeś postrzegany jako wielki fan Slayera i stylu gry Kerry’ego Kinga, co słychać wyraźnie w Twoich solówkach. Co myślisz o zakończaniu działalności tego zespołu? 

Jestem fanem Slayera od pierwszych dźwięków Show No Mercy, jakie usłyszałem kiedyś w Polskim Radiu.  Aż trudno sobie wyobrazić, że kiedyś takie zespoły można było w radiu w ogóle usłyszeć (śmiech). Ale tak było. Oszalałem na ich punkcie, bo byli naturalną, bardziej ekstremalną i „podkręconą” wersją Judas Priest. Zresztą i jeden, i drugi zespół są do dziś moimi ulubionymi.  Moje solówki to prędzej rozwinięte do jeszcze większego chaosu improwizacje K.K. Downinga, którego Kerry King (kolejny „K.K”) był również fanem. Myślę, że mieliśmy podobne korzenie – stąd podobieństwa.  Uwielbiam taki styl ekspresji gitarowej, choć na pewno potrafię zagrać i coś bardziej określonego czy melodyjnego.  Nie znoszę natomiast przesadnej ilości wszelakich arpeggio i popisów wzdłuż i wszerz gryfu. Tym bardziej że zbyt często są tylko i wyłącznie popisami wyuczonych godzinami patentów. Niewielu „shredderów” gitary potrafi wyczuć ten delikatny balans między techniką a aranżacją.  Ale wracając do Slayera, próbuję zrozumieć politykę zespołu, który woli zejść ze sceny wraz z jedną z najlepszych w ich karierze trasą koncertową niż stać się karykaturą samych siebie. Z drugiej strony kapele o znacznie większym stażu radzą sobie znakomicie – wspominając choćby Priestów czy Uriah Heep. Wiem, że stylistycznie jest tu przepaść. Choć tak naprawdę wystarczy zmienić silnik na nowy (czytaj: młodszy bębniarz), by spokojnie poradzić sobie i na scenie i w studio. Gdzieś tam z tyłu głowy swędzi mnie myśl, że Slayer jeszcze  powróci… Zobaczymy.

Slayer to klasyka, ale czy funkcjonują na obecnej scenie młode zespoły, które potrafią Cię zainspirować? Czy jednak nie widzisz dziś nikogo, kto mógłby zastąpić legendy?

Legendy się nie zastępuje, ale można kontynuować jej dzieło. Wśród setek dzisiejszych zespołów nie łatwo znaleźć takie, którzy chcieliby to robić z powodów innych niż chęć zdobycia sławy. Metal zaczyna się w sercu, a reszta to mieszanina talentu, szczęścia i samozaparcia.  Dziś dochodzi jeszcze element popularności w mediach, a raczej pchanie przez media ku większej popularności. Dla mnie priorytetem była zawsze żywiołowość i zaangażowanie emocjonalne. Techniczne wygibasy i medialna dominacja nie stanowiły wartości, o ile brakowało wcześniej wymienionych elementów. Nigdy też nie postrzegałem zespołów metalowych pod kątem oryginalności, wtórności czy podążaniu za trendami. Anty-trendowość na siłę też nie powinna być elementem tej muzyki, bo traci pierwiastek szczerości. No ale to są tylko moje opinie i związane z tym decyzje czy zespół mi się podoba, czy nie.  Poza tym najlepiej oceniać zespół metalowy na scenie, a nie zawsze jest taka możliwość. Niestety. Z ostatnich lat mocno mnie zainteresowały Hellbringer, Slaughtbbath czy ostatnio Condor. Z polskiej sceny natomiast Infernal War, Insidius ale też LaNinia. Na pewno nie mam tyle czasu, co kiedyś, by śledzić życie sceny metalowej i tej naszej polskiej, i tej poza granicami kraju.

W zeszłym roku na kilku imprezach działacze katoliccy próbowali udaremnić Wasz koncert. Czy takie działania szkodzą zespołowi? Przekłada się to na złą sławę i brak zamówień na kolejne imprezy, czy przeciwnie na zasadzie twierdzenia „nie ważne co mówią, byle mówili” pomaga Vaderowi w promocji?

Nie jesteśmy zespołem bazującym na skandalach czy zwyczajnej głupocie. To może stanowić jedynie element inspiracji do kolejnych brutalnych piosenek (śmiech). Zdarzyło nam się kilka razy paść ofiarą lokalnej polityki, ale i tak obracało się to w końcu bardziej na korzyść niż problem. Nie znaczy to oczywiście, że nie widzimy tego i przechodzimy obojętnie nad jawnymi atakami na wolność artystyczną czy mniej popularne formy ekspresji. Głupi, rządni władzy – a co za tym idzie podążający za populizmem ludzie istnieli i istnieć będą. To, że znajdują się wśród tak zwanych mężów stanu to już wina tych, którzy takich pajaców wybierają. Dziś od polityki trudno uciec, ale można się od niej trzymać z daleka. To jak z gównem na ścieżce. Możesz ominąć, a nie koniecznie po tym deptać.

Obecny okres związany z pandemią jest dla muzyków i ludzi związanych z jej promocją bardzo trudny. Jak odbierasz to, co się z nią dzieje teraz, gdy koncertowanie nie jest możliwe? Wiele wskazuje na to, że obecny okres pogrąży finansowo nie jedną agencję koncertową, wiele zespołów i wytwórni. Czy wypracowaliście z wydawcami jakiś plan, by przetrwać pandemię, czy może bierzecie ją na przeczekanie? Jak prezentuje się najbliższa przyszłość Vadera?

Na pewno nikt, a już w szczególności nasza generacja nie jest przygotowana na taki problem globalny. Ostatni tego formatu atak pandemii był równo wiek temu podczas epidemii „hiszpanki”. Ale wówczas ludzie nie dysponowali takimi narzędziami kontaktu jak telefony, telewizja czy wreszcie internet. Do tego Wielka Wojna, która zniszczyła pół Europy i na kilka lat trzymała ludzi albo w ukryciu, albo niepewności skończyła się niespełna dwa lata wcześniej. Sam wirus miał też nieporównywalnie bardziej śmiertelny charakter niż Covid19. A jednak dziś świat nie pamięta aż tak bardzo o tamtych dniach, kiedy zmarły miliony. Walka z wirusem to przede wszystkim izolacja, bo tylko to jest w stanie zatrzymać ekspansję choroby. Za tym idzie więc dyscyplina, rozsądek i współpraca. Wszystkie te cechy są dziś kompletnie niepopularne. Nawet ci wszyscy na co dzień niszczący swoje kręgosłupy, siedząc dniami za komputerami, gierkami itp., raptem poczuli nieodpartą chęć wychodzenia i wolności. Dwa miesiące względnej izolacji i połowa świata o mało nie zwariowała! A działanie jest proste: problem wirusa zniknie tym szybciej, im ludzie zrozumieją konieczność odizolowania się na jakiś czas od siebie i respektowanie zarządzeń. Bez tego problem będzie się odnawiał, trwał znacznie dłużej, a do tego sam wirus może zmutować do takiego gówna, że wyrżnie połowę ludzkości i żadne maski wtedy nie pomogą. Mam wrażenie, że żyjemy pośród idiotów, którzy kompletnie nie chcą tego zrozumieć. Znacznie łatwiej snuć teorie spiskowe, albo olać zasady i rygory. Każdy może przetrwać 3-4 miesiące izolacji bez większych szkód moralno-finansowych. Jeśli przedłuży się to na kolejne 3-4 miesiące… No cóż, ekonomia tego nie wytrzyma. Nawet bogate państwa, do jakich Polska z pewnością nie należy, nie są w stanie i nie chcą wywalać kasy, by utrzymać przy życiu wszystkich. Warto o tym pamiętać, zanim oleje się zasady obowiązujące w stanie pandemii. Mniej się mądrzyć – to szybciej wrócić do normalnego życia. Jako Vader planujemy zacząć trasy z nową płytą we wrześniu. Czy się uda? Zobaczymy. W każdym razie mamy obowiązek poinformowania i organizacji koncertów na miesiące przed wyjazdem. Tak się po prostu robi. No i mieć nadzieję…

Serdeczne dzięki za rozmowę!


zdjęcia koncertowe: Przemek Cholewiński, Łukasz Miętka
zdjęcie zespołu: Monika Wawrzyniak

Tagi: , , , , , , , , , .