Fabian Filiks kryjący się pseudonimem Moloch to osoba odpowiedzialna za black metalowy projekt ZØRORMR. Po raz kolejny do nagrywania nowej płyty zaprosił do współpracy Icanraza (Corruption) oraz Quazarre’a (Devilish Impressions). Już wkrótce, bo 24 marca 2023 roku ukaże się czwarty studyjny album pod tytułem „The Monolith„.
O powstawaniu płyty, różnicach w jej produkcji (poprzednią produkował Malta), wydawaniu płyt oraz innych muzycznych projektach rozmawiamy w poniższym wywiadzie. Zapraszam do lektury.
Cześć, niedługo ukaże się nowa płyta black metalowego projektu Zorormr. Czy czujesz nutkę ekscytacji? Czy to po prostu Twoja kolejna płyta?
Każda kolejna premiera płytowa to dla mnie powód do radości. W przypadku czwartej płyty Zørormr chyba nawet szczególny, bo to najdłużej powstający album, nad jakim pracowałem.
No właśnie. Od ostatniego minęło 8 lat. Dlaczego tak długo musieliśmy czekać na nowy materiał? Tym bardziej, że same nagrywki robiłeś dobrych kilka lat temu.
Do pracy nad następcą “Corpvs Hermeticvm” usiadłem zaraz po wydaniu EP-ki “The Aftermath”, czyli jakoś w wakacje 2016 roku. Napisałem ten materiał bardzo szybko, w około dwa-trzy miesiące. Właściwe nagrywanie śladów zacząłem w 2017 roku i oprócz wokali całość była gotowa niespełna rok później. Niestety koleje losu sprawiły, że proces produkcyjny strasznie się wydłużył. W międzyczasie zacząłem grać koncerty z moim elektronicznym projektem i skoncentrowałem się głównie na tej sferze mojej muzycznej działalności. Zanim zdążyłem się zorientować, przyszła zaraza i wycięła nam dwa lata z życiorysu. Mix i mastering udało się skończyć w maju 2022. Teraz nowa płyta Zørormr w końcu stała się faktem. Pod wieloma względami jest to ekscytujące.
Jej tytuł to The Monolith. Czym jest dla Ciebie ten monolit?
W zamykającym płytę numerze “Enter the Void” jest taki wers “I am the Monolith!”. Stanowi pewną klamrę kompozycyjną z utworem tytułowym i w dość bezpośredni sposób mówi, czym albo też kim jest ów monolit. Ta płyta opowiada o przezwyciężaniu swoich słabości, o “stawaniu się monolitem”. Chciałbym, żeby słuchacz utożsamił się z “podmiotem lirycznym” i przeszedł tę całą drogę wraz ze mną.
Czy uważasz, że warto się trzymać pewnych schematów, pewnej konwencji, czy raczej wyłamywać drzwi i robić pewne rzeczy po swojemu?
Wyróżnij się, albo zgiń! I nie chodzi tu o robienie tego na siłę, udawanie oryginalności czy wciskanie kitu, że oto ja odkrywam tu przed słuchaczami prawdy objawione. Nie, ale myślę, że Jack Trout miał rację i trzeba mieć pomysł na siebie. Trzeba być “innym” i robić jak najwięcej po swojemu. To czyni naszą sztukę unikalną. Niezależnie od tego, czy mówimy o niej przez małe, czy duże “s”.
Pytam nie bez przyczyny. Chodzi mi o okładkę. Gdybym nie znał Zørormr i widział taką płytę w sklepie, mógłbym ją łatwo pominąć. Ta okładka w ogóle nie jest “black metalowa”.

(śmiech) Wiesz, nie bardzo wiem, jak mam na to odpowiedzieć. Ale nie jesteś jedyną osobą, która mnie już o to pytała, więc pewnie ta okładka rzeczywiście nie jest “black metalowa”. Kilka lat temu Sacred Sun wywołał swoją “wakacyjną” okładką niemałe poruszenie. Że jak to? Że black metal w takich kolorach? (śmiech) To mogło uchodzić za kontrowersyjne, choć jakie to ma tak naprawdę znaczenie? Ja nie bardzo jestem przekonany, że to co nagrałem, to jest black metal. To na pewno muzyka ekstremalna, opiera się na patentach black i death metalowych, ale raczej nie jest “czysta gatunkowo”. Nie jestem gatunkowym purystą. Korzystam z jakichś określeń na swoją muzykę, żeby dać słuchaczowi jakieś pojęcie czego można się spodziewać po danej płycie. Nie obchodzi mnie też, czy wizualna reprezentacja albumu, czyli okładka i cała poligrafia, wpasuje się w chwilową modę i czy zawiera wszystkie gatunkowe tropy. Ma oddawać to, co jest zawarte na płycie w sferze muzycznej i lirycznej. Myślę, że Paweł Kuranda, autor okładki, idealnie zobrazował, o czym jest płyta. Ponadto ta okładka świetnie łączy się z pozostałymi i domyka osobliwy koncept, jakim jest Zørormr.
Słuchałem płyty niezliczoną ilość razy. Podoba mi się. Mam wrażenie, że momentami jest lekko przebojowa (The Pentargram), chwytliwe gitary, z fajnym drivem “do przodu”. Również świetną robotę zrobił sam Quazarre.
Miło mi to słyszeć. Uważam, że z technicznego punktu widzenia utwory na “The Monolith” są całkiem niezłe. Aranżacyjnie może bym coś dzisiaj pozmieniał tu i tam, ale całość mocno siedzi “w muzyce” i to jest najważniejsze. Na gitarze zawsze pisałem muzykę, która ma wzbudzać konkretne emocje i nieść pewną energię ze sobą. Może jest tam kilka typowych, bangerowych momentów i zapamiętywalnych riffów, ale to też wyszło “spod ręki”. Takie dźwięki miałem w głowie i tak je nagrałem. Co do Quazarre’a to myślę, że tym razem przeszedł sam siebie. Miał zrobić dwa-trzy leady, a skończyło się na tym, że nagrał praktycznie w każdym numerze absolutnie świetne solówki, które zdecydowałem się zostawić i samemu już nic nie dogrywać. Efekt wyszedł bardzo ciekawy, bo oprócz agresji i dobrej motoryki gitary rytmicznej, powstała spora przestrzeń, dzięki bardziej klasycznemu, heavymetalowemu graniu Quazarre’a.
Czy w nagrywkach używałeś sprawdzonego sprzętu, czy może odkryłeś jakieś nowe instrumentarium, które wpłynęło na jego brzmienie?
“The Monolith” nagrywałem na zdecydowanie lepszych instrumentach niż te z czasów “Corpvs Hermeticvm”. I to słychać, bo kompozycje są bardziej odważne, riffy szybsze i całość jest po prostu muzycznie lepsza. Tym razem korzystałem z instrumentów ESP/LTD. Dodatkowo używałem starego dobrego Mensfelda, który należy do Quazarre’a. To piękny, lutniczy instrument, który pozwolił zróżnicować brzmienie. Wiesz, zmiana strun, inne przystawki itd. powoduje, że gra się nieco inaczej. Wierzę, że brzmienie gitary jest tak naprawdę “w łapie”, ale nawet ten sam muzyk może inaczej grać na dwóch różnych instrumentach.
Jesteś również znany jako muzyk elektronicznych projektów Moloch oraz Doctor Visor. Nie korciło Cię, żeby dorzucić do black metalu jakieś pokręcone klawiszowe pejzaże?
Nie. Nie chciałem powtarzać tego, co robię na co dzień. Tworzenie muzyki elektronicznej pochłania mnie bez reszty. I choć Zørormr wyewoluowało z tego typu grania, to tym razem chciałem, żeby “parapetów” było w muzyce tego projektu jak najmniej. Myślę, że wyszło to “The Monolith” na zdrowie, bo całość jest przez to bardziej… monolityczna (śmiech).
Za produkcję Corpvs Hermeticvm odpowiedzialny był Malta, znany ze współpracy między innymi z Behemoth. Nową płytę wyprodukował Aro (Monroe Sound Studio). Nie masz wrażenia, że brzmieniowo to trochę krok wstecz? Poprzedni album brzmiał bardzo nowocześnie, a nowy powiedziałbym, że jest bardziej surowy i undergroundowy.

W 2015 roku, gdy wyszedł “Corpvs Hermeticvm” recenzenci zarzucali mi, że w tej muzyce “za mało jest diabła”, że to “ugrzeczniony black metal”, czy że po prostu płyta “brzmi za dobrze” (śmiech). Jakby rozwój i lepsze techniki produkcji stały w sprzeczności z tworzeniem muzyki ekstremalnej, a kwintesencją black metalu miało być brzmienie Kasprzaka wrzuconego do pralki (śmiech). Z perspektywy czasu to brzmienie “Corpvs Hermeticvm” wciąż jest świeże i raczej nic bym w nim nie zmieniał. Arek Jabłoński z Monroe podszedł do tematu inaczej. Znalazł pomost pomiędzy moimi “piwnicznymi” początkami a tym, co obecnie potrafię skomponować i zagrać na gitarze. Długo i burzliwie rozmawialiśmy, jak “The Monolith” powinno brzmieć. Ostatecznie Aro zrobił kawał świetnej i, co ważne, autorskiej roboty. Dzięki niemu lepiej udało się oddać wszystkie emocje, które towarzyszyły mi podczas pisania i nagrywania tego albumu. Ta współpraca była też dla mnie niezłą nauką i jestem za nią ogromnie wdzięczny.
Nie ukrywam, że rzadko się wczytuję w teksty zespołów. Kiedyś w black metalowych lirykach było miejsce tylko dla satanizmu, kultu diabła i tego typu mrocznych kwestii, które z czasem mocno wyewoluowały w kwestie filozoficzne, tudzież sprawy związane z życiem człowieka. O czym śpiewasz na The Monolith?
Wiesz, jakie to dołujące słyszeć, że ktoś “nie wczytuje się w teksty”? (śmiech) Ja wiem, że wokal w muzyce ekstremalnej można traktować jako kolejny instrument, no ale jednak po coś siedzi się godzinami nad tymi tekstami. Raczej nie po to, żeby potem słyszeć, że ktoś ich tak naprawdę nie czyta (śmiech). Dla mnie teksty zawsze pełniły ważną rolę i chętnie wczytywałem się w to, co dany muzyk ma do powiedzenia. Na “The Monolith” znajdziesz mnóstwo odwołań do literatury, jest sporo metalowych “easter eggów”, smaczków, które pieczołowicie starałem się tam wrzucić. Zachęcam mimo wszystko, żeby się z tymi tekstami zapoznać. Nie znajdziesz tu “diabłów” ani jakichś “mrocznych kwestii”. Tak jak już mówiłem, w dużym skrócie, “The Monolith” to podróż w głąb siebie w poszukiwaniu siły do przezwyciężania przeciwności. Tyle i aż tyle.
Zapewne nie raz byłeś pytany o kwestię koncertów Zørormr. Czy nie intryguje Cię, jakby to było zagrać swój black metal przed publicznością? Poczuć tę energię od metalowej publiczności? W kwestii live masz już doświadczenie, supportowanie Perturbatora czy występ na Soundrive i Castle Party.
Intrygowało mnie, przyznaję, ale trochę mi przeszła na to ochota i nie planuję z Zørormr grać koncertów. Najbliżej tego byłem w 2015 roku, ale ostatecznie osoby zainteresowane z różnych powodów odpadły po drodze. Mogłem oczywiście skorzystać z usług “najemników”, ale ostatecznie zarzuciłem ten pomysł. Obecnie jestem skoncentrowany na występach pod szyldem Doctor Visor.
Nowa płyta Zørormr ujrzy światło dzienne 24 marca. Co dalej? Czy ten gigantyczny odstęp czasowy od ostatniego albumu pokazuje coś w rodzaju małej niechęci do grania black metalu?
Nie wiem, co będzie dalej z Zørormr. Żyjemy w nieprzewidywalnych czasach i naprawdę trudno planować cokolwiek z dużym wyprzedzeniem. Na razie koncentruję się na promowaniu “The Monolith”. Ta płyta zamyka pewien koncept jeśli chodzi o Zørormr i w pewnym sensie wyczerpuje jego formułę. Nie wiem, czy będę do tego wracał. Nie chcę składać żadnych deklaracji w tym temacie. Co do “niechęci do grania black metalu”, to wiesz… Ja chyba nie mam w sobie tego “krzyku pękniętej duszy”, żeby tworzyć tego typu dźwięki. Nie znaczy to, że powiesiłem już gitarę na kołku, wręcz przeciwnie. Ale sporo się zmieniło w moim życiu w ostatnich latach. Uważam, że swoisty “muzyczny dialog” można prowadzić ze słuchaczem na różne sposoby. Niekoniecznie w konwencji black metalowej…
Masz na myśli realizację muzycznych pomysłów w innych gatunkach? Nie widzę Cię w jeansowej katanie grającego thrash metal. Czy chodzi Ci o ujawniane kiedyś doomowe klimaty?
Gatunki, szufladki, kartoteki to coś, czego twórca, który chce się rozwijać, unika jak ognia. Nie mam już ciśnienia, żeby przypodobać się słuchaczom na tej czy innej scenie. Robię, co mi się podoba i na co mam ochotę. Nie czuję potrzeby naśladowania kogokolwiek, kto teraz jest modny. To infantylne. Dlaczego miałbym się w taki sposób ograniczać? A tak na marginesie: co złego jest w jeansowych katanach? (śmiech)
Wróćmy na chwilę do 2015 roku. Corpvs Hermeticvm to trzeci album. Mówi się, że to zazwyczaj przełomowe wydawnictwo w dyskografii projektu/zespołu. Czy zaobserwowałeś u siebie jakiś przełom? Bo widząc czasową przepaść w wydawaniu (celowo pomijam EPkę) śmiem twierdzić, że “wręcz przeciwnie”. Tak, jakby Cię coś zablokowało.
Wiele czynników pozamuzycznych złożyło się na to, że na następcę “Corpvs…” przyszło czekać tak długo. Ostatecznie myślę, że wyszło to wszystkim, a szczególnie mi, na dobre. “The Monolith”, szczególnie w sferze tekstowej, jest płytą dojrzalszą od swojej poprzedniczki. Całościowo też lepiej oddaje to, co miałem do przekazania. Wiesz, ja nie mam w sobie już tej naiwności, którą miałem kilka lat temu, że oto nagrywam jakąś przełomową płytę, że już na pewno mnie wezmą do Rock & Roll Hall of Fame albo chociaż docenią na krajowej scenie (śmiech). Na to ostatnie nie liczę i nie obchodzi mnie to. Uważam, że każda następna płyta Zørormr była lepsza od poprzedniej. Ale to moja perspektywa. Niech słuchacz wyrobi sobie zdanie samodzielnie.
Może to trywialne pytanie. Ale co sądzisz o polskiej scenie muzyki metalowej? Zagranica nas mocno chwali, coraz więcej kapel pokazuje się na dużych festiwalach. Czy scena tak naprawdę istnieje, czy to może bardziej małe grupki zaprzyjaźnionych kapel, które ścigają się między sobą o odbiorcę?
Myślisz, że tego typu uznanie jest polskim zespołom do czegokolwiek potrzebne? Ja uważam, że nie. Bo sugerowałoby to, że polscy muzycy są z założenia gorsi, że muszą coś udowadniać, ścigać się z mitycznym Zachodem i warunkować swoje istnienie od ich akceptacji. Niestety często sami się tak pozycjonujemy. I na krajowym podwórku darzymy większym szacunkiem tych, którzy znaczą coś na owym “Zachodzie”, zamiast skupić się na tym, co mamy na miejscu. Oczywiście muzyka rozrywkowa, w tym metal, są zdominowane przez zespoły z silniejszych ekonomicznie krajów niż Polska. Wydaje mi się, że jest też wiele czynników psychologicznych i socjologicznych, które stanowią barierę dla polskich twórców w osiąganiu sukcesu na świecie. Podobnie w Polsce. Nie zmienia to faktu, że nie mamy się czego wstydzić. Powinniśmy może bardziej tylko doceniać to, co mamy tutaj, na miejscu i promować swoich twórców zamiast podawać kroplówkę przebrzmiałym gwiazdom z zagranicy. Wybacz, ale na temat meandrów polskiej sceny metalowej wypowiadać się nie zamierzam.
Dobra, ale może chociaż powiedz, kogo darzysz wyjątkowym szacunkiem na polskiej scenie? I niekoniecznie mi tu chodzi o wymienianie kapel z czołówki polskiej sceny muzyki ekstremalnej.
Nauczyłem się cenić każdego twórcę, który jest naprawdę poświęcony swojej sztuce. Niezależnie od tego, ile ma lajków, subów i cyferek na Spotify Wrapped. Popularność zdobywa się w dużej mierze dzięki szczęściu. W Polsce są setki świetnych artystów, którzy nigdy jej nie zdobędą. Dlatego unikałbym myślenia o twórcach i ustawianiu ich “na pudle”, czołówce i tak dalej. Muzyka to nie wyścigi psów czy inne zawody, żeby liczyło się, kto jest na pierwszym miejscu.
To w takim razie podaj kilkoro młodych artystów/zespołów, które w ostatnim czasie wywarły na Tobie ponadprzeciętne wrażenie.
Widzę, że się nie poddajesz… A ja prędzej zgniję, a Ci nie odpowiem! (śmiech). Nie jestem jeszcze ani na tyle stary, ani na tyle znany, żeby patrzeć na młodszych i ich oceniać. Zamiast tego powiem Ci, że ostatnio duże wrażenie zrobił na mnie wrocławski ansambl Opowieść. Ich występ na żywo na zeszłorocznych Zabobonach zrobił na mnie duże wrażenie. Ostatnio fajne rzeczy opublikował Tomasz Mreńca, jeśli cenisz nieszablonowe podejście do formy muzycznej i gatunków…
Prowadzisz również wytwórnię Via Nocturna. W katalogu masz prawie 150 tytułów, ale nadal siedzisz mocno w undergroundzie. Czy sądzisz, że wydanie reedycji Batushki, może się okazać tzw. “koniem pociągowym”? Czy może wręcz przeciwnie – gwoździem do trumny, ze względu na czarny PR wokół białostockiego zespołu?
Via Nocturna nie jest klasyczną wytwórnią płytową. To bardziej firma produkcyjna, która zajmuje się m.in. wydawaniem płyt i promocją muzyczną. To po pierwsze. Po drugie, nie uważam, żeby to, co wydajemy, było undergroundowe. Może nie zdarzyło mi się pracować z mainstreamowymi artystami, ale mieliśmy w katalogu już większe zespoły niż Zørormr (śmiech). Kompletnie nie obchodzi mnie, że komuś się to nie podoba. Czegokolwiek nie zaprezentowałbym światu, i tak znajdzie się ktoś, komu to będzie nie w smak. Gdybyś spytał mnie o to parę lat temu, pewnie odpowiedziałbym inaczej. Kiedy w 2015 roku wydawałem “Corpvs…”, poniekąd z przymusu, chciałem, żeby wszyscy mnie lubili i szanowali. Jak się szybko okazało, łaska pańska na pstrym koniu jeździ, i ten rzekomy “szacunek na scenie” to raczej tani poklask… Ale nie myślę już o tym, zamiast tego koncentruję się na pracy twórczej. Żyję dla siebie i swoich najbliższych. Ich opinie są dla mnie najważniejsze.
Co masz na myśli, mówiąc o wydaniu poprzedniego albumu “poniekąd z przymusu”?
Nie wiem, czy to kogokolwiek zainteresuje, ale ja w ogóle nie chciałem samodzielnie tłoczyć tej płyty. W ogóle nie chciałem zajmować się wydawaniem czegokolwiek, bo to raczej syzyfowa praca. W sumie to nawet nie praca, tylko takie hobby, do którego się głównie dokłada. Ale sprawy tak się potoczyły, że musiałem odrzucić dwie czy trzy propozycje wydania “Corpvsu”, m.in. w Polsce i we Włoszech, bo były zwyczajnie absurdalne. Stwierdziłem, że sam zrobię to lepiej. I chyba się udało, bo płyta w pół roku się wyprzedała, powstał sklep, jakieś distro, a dzisiaj rozmawiamy o “The Monolith”, który w katalogu Via Nocturna ma numerek 148… Gdybym wtedy “sam się nie wydał” to i pewnie Kvltu by też dziś nie było (śmiech). Ale nie zrozum mnie źle. Nie żałuję tej decyzji. Mimo wszystko, udało się zrobić coś fajnego przez te wszystkie lata i pomóc kilku zespołom po drodze.
Oprócz swoich projektów elektronicznych i dark jazzowych anonsowałeś już kilkukrotnie wspomniany doom metalowy projekt. Czas mija, a w tej kwestii nadal cisza. Czy nie lepiej po prostu zrobić chociaż singiel niż tylko prezentować on-line rozmnożone w głowie pomysły?
Wiem, że na pewno lepiej niczego nie ogłaszać i nic nie deklarować przed faktem (śmiech). Szczególnie jeśli ma się na głowie sporo różnych projektów i pomysłów. Niestety doba ma tylko 24 godziny i trudno znaleźć czas na wszystko. Dlatego, jeśli pozwolisz, nie będę rozwijał tego wątku. Pracuję obecnie nad kilkoma projektami, ale będę o nich informował w odpowiednim czasie.
Natknąłem się na informację, że utwór Zørormr zasilił black metalową kompilację, z której przychód zostanie przekazany organizacjom wspierającym LGBTQ. Mógłbyś coś więcej powiedzieć o tej akcji?
Jakoś tak się stało, że w połowie ubiegłego roku natrafiłem na Daniela Lukesa, który szukał zespołów black metalowych do dość nietypowej współpracy. Wymyślił sobie, że stworzy taką kompilację muzyczną towarzyszącą wydaniu książki “Black Metal Rainbows”. Dochody z jej sprzedaży pod oficjalnymi auspicjami Bandcamp przekaże zaś na NGO wspierające młodzież LGBTQI+ Bardzo spodobał mi się ten pomysł. Jest on kompletnie obrazoburczy i na pewno doprowadził do spazmów wielu “scenicznych prawdziwków”. Widząc, że całą inicjatywę wspiera Barney Greenway z Napalm Death, nie wahałem się ani chwili. Przekazałem utwór “Against All Heresies”, który, w przewrotny sposób nawiązując do dzieła Św. Ireneusza z Lyonu, wywraca do góry nogami pojęcie herezji. To trochę tak, jakby był pisany specjalnie na tę okazję (śmiech). Z tego, co wiem, do dziś udało się zebrać ponad dziesięć tysięcy dolarów ze sprzedaży tej kompilacji i książka już narobiła nieco fermentu w Stanach. Cieszę się, że jestem częścią tego zamieszania. Pomaganie daje dużą satysfakcję.
Co dalej po Zørormr? Masz już jakieś plany? A może planujesz “muzyczne wakacje”, aby zebrać siły na nowe dźwiękowe produkcje?
Wiesz, przez te wszystkie lata rozszczepiłem swoją duszę prawie na tyle części co Voldemort, więc teraz chcę ją z powrotem skonsolidować (śmiech). Zamierzam skoncentrować się nad komponowaniem muzyki pod własnym nazwiskiem i na występach jako Doctor Visor. Wszystko pozostałe traktuję jako odskocznię. Mam już trochę muzyki nagranej z myślą o różnych projektach i wciąż przychodzą mi do głowy nowe pomysły, ale nie chcę sobie układać “grafiku”, a tym bardziej deklarować czegokolwiek. Chcę odczuwać radość z tworzenia i jestem na dobrej drodze, żeby to osiągnąć.

- JASMENO powraca z „Assemblage of Cinematic Idioms” – filmowy rozmach i nowa jakość brzmienia - 22 kwietnia 2026
- We wrześniu NEOLITH wyda nowy album „Inbir” - 21 kwietnia 2026
- Trasa zespołów POGARDA i ABORCJA rusza za kilka dni - 20 kwietnia 2026
Tagi: Batushka, black metal, fabian filiks, interview, melodic black metal, Monroe Sound Studio, rozmowa, Via Nocturna, wywiad, Zørormr, ZØRORMR The Monolith.







