Zeal & Ardor – „GREIF” (2024)

Zeal & Ardor – Greif (English)

Na przestrzeni ostatnich kilku lat Zeal&Ardor stali się marką jakościowego, niepozbawionego zróżnicowanych wpływów metalu (żeby nie powiedzieć: stali się swoistą hybrydą gatunkową niczym tytułowy gryf). Na GREIF, najbardziej przeze mnie wyczekiwane wydawnictwo roku, projekt podchodzi do muzyki równie szczerze i bezpośrednio, co w swoich poprzednich dokonaniach. Z jednej strony zostają tu zwielokrotnione uderzające, mocno osadzone w metalu partie, a z drugiej zespół pozwala wybrzmieć spokojniejszej, klimatycznej stronie swojej muzyki.
Choć album jest upakowany emocjami i zarazem charakterystycznie ciężki, pojawia się tu dość dużo nowych elementów. Co najlepsze, już podczas pierwszych utworów można się przekonać, że mamy do czynienia z Zeal&Ardor w nowej odsłonie.
Ci, którzy zasłuchiwali się w dotychczasowych dziełach projektu, znajdą tu przynajmniej jeden utwór trafiający w ich gust, a pozostali… cóż, przypodobanie się wszystkim chyba nigdy nie leżało wśród celów, jakie wyznaczył sobie Manuel Gagneux, zakładając ten projekt.

Słuchaczy, do których przemawia bardziej stonowana, melancholijna strona twórczości zespołu, odsyłam do Fend You Off, będącego drugim trackiem na albumie. Momentami przywodzi na myśl doskonałe Golden Liar z poprzedniego albumu, stanowiąc przejmujący, a jednocześnie pełen kontrastów utwór. To swoisty manifest o niesamowicie ciężkim wydźwięku – i chodzi tu przede wszystkim o emocjonalny ciężar, niekoniecznie o sound czerpiący z gatunkowej ekstremy.
Znajdziemy tu utwory, których siłą napędową raczej nie jest agresywne, metalowe brzmienie, tylko istny ogrom emocji zawarty w muzyce i tekstach oraz niepodrabialna, surowa moc twórczości Zeal&Ardor. Podobnie jest na jednym z najdłuższych na płycie are you the only one now?, który stopniowo buduje klimat melancholii i osamotnienia. Ten utwór pełen zmian tempa niesie ze sobą wrażenia, jakie jedynie Zeal&Ardor potrafią na mnie wywrzeć. Warto tutaj dodać, że nie doszukamy się przekombinowania, przerostu formy nad treścią, ani łamania sobie kończyn w niemożliwie skomplikowanych zagrywkach. Stosunkowo prostymi (żeby nie powiedzieć – oszczędnymi) środkami wyrazu artyści potrafią stworzyć coś niesamowicie mocnego. Mistrzostwo.

Jeśli komuś wciąż brakuje wrażeń, to muszę wspomnieć o tym, że arcyciekawie robi się wraz z utworem Kilonova, na którym na pierwszy plan wychodzi świetny, zaraźliwy groove. Tekst luźno nawiązuje do okultyzmu, a pojawiające się tutaj hipnotyzujące chóry (tym razem w wykonaniu Marca Obrista i Denisa Wagnera, którzy wspomniane wokale wykonują na żywo) potęgują wrażenie mistycyzmu. Całość intryguje i coraz bardziej wciąga słuchacza w dźwiękowy krajobraz GREIF.
Eklektyzm stanowi tu element obowiązkowy, w związku z tym ani trochę nie zdziwił mnie fakt umieszczenia na albumie numerów tak niestandardowych, jak go home my friend oraz Disease.  Podobne są do utworów Birdmask (poboczny projekt Manuela), o nieco cięższym brzmieniu, z dodatkowymi chórami i wokalizami. Ale to wciąż Zeal&Ardor z – co tu dużo mówić – konkretnym pierdolnięciem.
Bardzo dobrze, że również takie utwory znalazły się na albumie. W końcu należy korzystać ze zdobytego doświadczenia i nie mam tu na myśli jedynie założyciela zespołu – na najnowszej płycie Manuela wspiera piątka muzyków, z których większość udzielała się dotychczas „tylko” podczas koncertów. O występach na żywo przypomina zresztą Sugarcoat, wielokrotnie grane na koncertach jeszcze przed premierą albumu. Choć utwór wpada w ucho, jest energetyczny i żwawy (żeby nie powiedzieć „pod nóżkę”), to niezaprzeczalnie wpisuje się w repertuar zespołu.
Podobny vibe można wyłapać na numerze Thrill, pozornie pozytywnym i „upbeatowym”, który cechuje odpowiednia dla bandu atmosfera, i to nie tylko dzięki wokalom i pracy gitar. Sekcja rytmiczna, za którą odpowiadają basista Lukas Kurmann oraz perkusista Marco von Allmen, wypada bez zarzutu i daje świetne wyobrażenie o tym, jak wspomniany kawałek mógłby zabrzmieć na żywo.
Last but not least, wprost uwielbiam najbardziej szorstkie, surowe i wręcz bezlitosne utwory należące do najcięższych w repertuarze zespołu. Przykładem może być Clawing Out – naszpikowany energią i ostrymi riffami (podczas których Tiziano Volante i sam Manuel chyba nieźle katowali swoje instrumenty), stanowi absolutny majstersztyk. Podobny klimat znajdziemy zresztą na Hide in Shade, które nie szczędzi słuchaczom zarówno blastów i growlu, jak i szalenie zgrabnego nawiązania do pierwszej ścieżki albumu.

Pojawiają się tutaj chóry i skandowanie (369), czysty wokal przechodzący w growl (are you the only one now?), wreszcie nawiązania do okultyzmu (Kilonova, Clawing Out, 369 oraz Hide in Shade) – słowem, wszystko to, czego u Zeal&Ardor nie może zabraknąć. Jest w tym wszystkim emocjonalna głębia i efekt pracy pewnej grupy ludzi na tyle imponujący, że nasuwa się tylko jeden wniosek końcowy: to na tyle złożony, wielowarstwowy album, że po prostu trzeba go przesłuchać więcej niż tylko raz.
Owszem, można go opisać terminem tak wyświechtanym, jak „zabawa konwencją” czy „emocjonalny rollercoaster”. Tylko po co? GREIF to wciąż Zeal&Ardor z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Dziesiątki nie wystawiam jedynie z tego powodu, że mam całkowitą pewność co do tego, że Zeal&Ardor są w stanie nagrać coś jeszcze lepszego.

Ocena: 9,5/10

(Pisownia oryginalnych tytułów utworów i wielkość liter zostały zachowane. Stay weird.)

 

Annika
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , .