Alice in Chains – “Rainier Fog” (2018)

Jako niewielki podlotek w za dużych ciuchach i przydługich włosach nie wyobrażałam sobie swojego wewnętrznego świata muzycznego bez zespołów dużych formatów. Fascynowało mnie wielu twórców, ale to ci stojący w opozycji do panujących trendów zawsze budzili ciekawość. Na przestrzeni lat mocno zmieniałam zdanie na temat mainstreamu, undergroundu, i w końcu wartości samej muzyki z dużych i mniejszych ekranów. Muzyczne sceny wyglądają dziś inaczej, mam wrażenie, że się rozmywają, duże formacje rozmieniają się na drobne i kruszą coś, co niegdyś było tak skrupulatnie wywindowane na piedestały. Tak jest, kiedyś to było! Dziś wyciągam bardziej osobiste, pokorniejsze wnioski, w końcu muzyka jest życiem, a życie muzyką i każdy ma swój własny, rozbudowany soundtrack do tegoż. W moim zestawieniu na stałe od lat pozostaje twórczość Alice in Chains od tych pierwszych, surowych albumów. Z uporem maniaka śledziłam scenę Seattle i ukochałam wszystkie legendy i kierunki, na które scena owa wpłynęła. Bez większego skrępowania pozostaję na pokładzie Alicji z każdym kolejnym wydawnictwem i delektuję się – mocniej lub lżej – każdą nową propozycją Amerykanów. Przyczyna pozostała właściwie jedna – Alice in Chains jest marką. Po prostu. To ciągle opus, do którego są porównywane dziesiątki formacji, stylów i podgatunków, a znajdziemy tu przecież stonerowe mętności, sludge’owe przeciążenia, melancholijne alt-rockowe solówki i wiele, wiele innych dobrodziejstw. To specyficzne, momentami unikatowe brzmienie, łączenie ciężkich przesterowanych gitarowych riffów, melodii, bez ucieczek od psychodelii i jedynego w swoim rodzaju mroku. Wraz z nowym albumem AiC Rainier Fog, wydanym w sierpniu br., na fanów czeka jednak niespodzianka, nieliczne zmiany, których przeciętny, zakorzeniony w specyficznej stylistyce zespołu fan nie do końca może rozumieć. Na koniec jestem jednak pewna, że ten sceptyk przyzna mi rację i przyklaśnie – to kolejny udany powrót wielkiej grupy, która wyrosła z undergroundu, a od dekady mruga okiem z wielkich scen i ekranów. To marka. Po prostu.

Chyba każdy fan AiC był pełen obaw, czy Jerry Cantrell zdoła wyprowadzić zespół z niebytu po tragicznej śmierci jednego z wybitniejszych wokalistów muzyki ciężkiej Layne’a Staleya. Sama nie do końca ufałam, że jeszcze poczuję ten zimny brud, ciężar i ścisk w żołądku, które Alicja lata świetlne temu wywoływała. I co? Ano ścisk jest inny, emocje inne, co nie znaczy gorsze. Choć nowe oblicze grupy zawsze będzie tym “drugim”, cały czas ich twórczość się broni, czasem bardziej spektakularnie (pierwszy album z Williamem DuVallem Black Gives Way to Blue, 2009), czasem ciszej (stateczniejszy The Devil Put Dinosaurs Here, 2013). Wraz z Rainier Fog muzycy znów udowadniają, że należą do tych nielicznych, na których warto poczekać. I wcale nie słodzę. Ja tu po prostu nasypię tonę cukru i już wyjaśniam, skąd ta ekscytacja.

Na początek kilka ciekawostek. Muzycy postanowili nagrać nowy krążek w Seattle, powrócić do źródeł i uzyskać tym samym sound godny wydawnictw lat 90. Zabieg nie tylko się udał, ale jest swego rodzaju gratką, wspomnieniem sceny, z której pochodzą. Nawiązanie do miejsca, z którego zespół się wywodzi to również powiązanie z tytułem albumu, bowiem Mount Rainier to wulkan w okolicach Seattle. Płytę po raz trzeci wyprodukował Nick Raskulinecz, toteż brzmienie nie odbiega od poprzednich nagrań. Sprawdzone patenty, a jakże, jednak są też nowości. Na album składa się 10 kompozycji, utrzymanych w klimacie typowym dla Alice in Chains – brudne riffy, powolna, czasem ociężała perkusja, świetne melodie i harmonie wokalne. William DuVall zdążył przyzwyczaić fanów do swojej, ugruntowanej już obecności, jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dwu-wokale na niniejszym albumie brzmią tak, jakby duch Staleya nadal czuwał nad wydawnictwem. DuVall jednocześnie nie jest kopią swojego poprzednika, a w jakimś stopniu trzyma fason idealnie pasujący do Cantrella i zmienia barwę w taki sposób, aby komponować się dokładnie pod drugi wokal. Panowie w tej współpracy wokalnej i instrumentalnej znów wypadają bez zarzutu! Kolejną ciekawostką są dwie kompozycje skomponowane przez DuValla, które doskonale zazębiają się w całości, zatem czas na dobre zaufać wizji wokalisty. Zajrzyjmy więc do środka.

Pierwsze przesłuchania Rainier Fog nie przyniosły spodziewanych zachwytów. Trzy przedpremierowe single myliły tropy. Raz było fantastycznie, innym razem coś nie do końca chwytało. Pierwszy singiel i zarazem otwierający album The One You Know brzmi dość klasycznie dla Alice in Chains, mamy tu powtarzający się prosty acz napełniony niepokojem riff, kapitalny dwugłos i melodyjny, ale nieco przytłaczający refren. Sound absolutnie typowy, nie do pomylenia z żadną inną formacją, czegoś mi tu jednak brakowało. Drugi singiel So Far Under, autorstwa DuValla, znacznie lepiej wpada w psychodeliczne oblicze Alice, jest wolniej, jest szlam i pewna transowość w refrenach. Zaskoczeniem okazały się dla mnie przebojowość i dynamika trzeciego singla Never Fade. Kompletnie nie czułam tego numeru, za szybko, za prosto, jednak wraz z kolejnymi przesłuchaniami utwór zdecydowanie zyskuje. Może nie jest to We die young albo choćby Man in the Box (Facelift, 1990), ale posiada swój charakter, a w tym echa tamtego okresu. Jeśli mowa o przebojowości, na pewno należy wspomnieć Rainier Fog z fantastyczną melodyjnością momentalnie wpadającą w duszę, albo Red Giant z doskonałą sekcją rytmiczną i znów chwytającymi refrenami. Totalnie pochłonął mnie od pierwszego odsłuchu najdłuższy, 7-minutowy utwór All I Am. Stawiam ten numer obok najlepszych kompozycji Alice in Chains w ogóle. Takiego ładunku emocjonalnego i specyficznej rzewności właśnie oczekiwałam. Świetnie wypada Drone o bluesowym zabarwieniu, przybitym jednak posuwistymi, stonerowymi riffami i znów świetną, mocną sekcją. Wytchnienie zaś zapewniają Fly i Maybe, przy czym ten drugi pomimo znajomej posępnej liryczności, niesie ze sobą dziwnie pozytywne muzyczne wrażenia, coś niespodziewanego po Alice in Chains.

Album znakomicie brzmi w całości, ale z przyjemnością dawkuję go również po kawałkach. Rainier Fog zdecydowanie należy przetrawić w swoim tempie, odkrywać wszystkie detale powoli i przesiąknąć do końca seattle’owskimi oparami, które wciąż unoszą się nad tą piękną formacją. Ta muzyka żyje i nic nie wskazuje na to, by Alice in Chains mieli zejść ze swojego podium. Rainier Fog to dopiero 6 wydawnictwo Alicji, najbardziej melodyjny album w dyskografii Amerykanów od czasów Facelift, najlepiej opracowany kompozycyjnie z DuVallem na wokalu, choć brakuje mi choćby jednego, mocarnego utworu na miarę kompletnie przytłaczających Down in a Hole (Dirt, 1992) czy Love, Hate, Love (Facelift, 1990). Czy warto zatem mówić jeszcze o “Wielkiej Czwórce Seattle” i karmić się przeszłością? W końcu świat poszedł do przodu, zmienia się wszystko wokół, gusta ewoluują albo zanikają. Alice in Chains zaś trwa i nie miga się od ukłonów w swoje najlepsze muzyczne historie. Przypuszczam, że siła w twórcach tamtej sceny i tamtej dekady może tkwić w prostej recepcie – oni nadal mają coś do opowiedzenia w najnowszym wydaniu, jednocześnie szanując swoje początki. “Wielkiej Czwórki” już nie ma. Ważne, że jakość jej lwiej części nie odbiega od ich największych triumfów. 

Ocena: 8,5/10


Okiem red. Syna:

Z całej sceny sympatycznych grzybków w powyciąganych flanelowych koszulach, którzy wiedli prym w muzyce rockowej lat 90- tych, niezmiennie najbliżej mi do Alice In Chains.

Cantrell zawsze miał to coś. Łatwość pisania świetnych riffów, zamykania ich w ramach chwytających za trzewia kompozycji i przekazywania za ich pośrednictwem mrocznych, niełatwych emocji. Ten specyficzny mrok obecny w muzyce Alicji, wzmocniony głosem najbardziej utalentowanego wokalisty całego nurtu “Seattle sound” sprawia, że Facelift, Dirt, Alice In Chains (a także Jar of Flies i nagrany w 1996 roku MTV Unplugged) to dla mnie do dziś czołowe dokonania amerykańskiego grunge’u.

Gdy wielu sądziło, że śmierć Layne’a Staley’a na dobre zakończyła żywot AiC, Jerry Cantrell postanowił w okolicach 2005 roku raz jeszcze podnieść rękawicę i spróbować zmierzyć się ze swoją legendą. Dziś grupa (wyrównując liczebnie dorobek studyjny stworzony w latach 1990-1995) dowodzi po raz kolejny,  że powroty legend nie zawsze muszą polegać na odcinaniu kuponów od danej sławy, czy nieudolnym wskrzeszaniu duchów przeszłości.

Z Rainier Fog łatwo co prawda nie jest. Album nie odkrywa wszystkich kart od razu, mogąc zwieść niecierpliwych słuchaczy pozorną jednostajnością i utrzymaniem całości w bliźniaczych tempach. Kilka sesji pozwala jednak odkryć na nim solidne porcje złota, czarując odbiorcę i wciągając go w niepodrabiany świat Alicji.

Podoba mi się na tym krążku to, że każda kompozycja jest jakaś. Każdą prowadzi jedyny w swoim rodzaju AiC’owy vibe, harmonijne wokale Cantrella i DuValla jak zawsze robią rewelacyjną robotę, chwytliwość numerów i masa smaczków (drugoplanowych melodii, solówek, zwolnień, rytmicznych akcentów) sprawia, że otrzymujemy album, który bez uczucia wstydu można dołączyć do kolekcji, nawet mając w pamięci te najbardziej uznane krążki zespołu. Z którymi grupa bynajmniej nie próbuje się ścigać, w to miejsce jedynie godnie do nich nawiązując.

Może i kieruje się w swojej ocenie niepoprawną sympatią do Alice in Chains i ta przyćmiewa mi nieco ogląd całości, istotnym jest dla mnie jednak, że oddaje się tej płycie z przyjemnością, ciesząc się niesamowicie, że Cantrell po raz kolejny wychodzi obronną ręką ze starcia z własnym dorobkiem.

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam, sprawdzam, przepadam, odkładam.
Skontaktuj się ze mną: joanna@kvlt.pl
Joanna Pietrzak

Tagi: , , , , , , , , , , , .