Antlers – „Beneath.Below.Behold” (2018)

W życiu mówi się, żeby nie oceniać kogoś po wyglądzie, i dla mnie jest to jak najbardziej w porządku. Ale maksyma ta ma się czasami nijak do muzyki. Można zrobić świetną oprawę graficzną, a „w środku” napotkać słabe lub przeciętne kompozycje. Ale chyba niejednemu z nas w życiu przyszło kupić lub zaznajomić się z muzyką właśnie przez pierwsze wrażenie – to wizualne. Tak właśnie się stało z recenzowaną płytą włoskiego Kyterion (na której się w sumie zawiodłem) i w ten sam sposób zainteresowałem się najnowszym albumem niemieckiej hordy Antlers. Nowe dzieło naszych zachodnich sąsiadów miało premierę w marcu bieżącego roku, a wydawcą jest Totenmusik we współpracy z Van Records. Na płycie znajdziemy, bagatela, ponad 50 minut muzyki! Ktoś by pomyślał, że w połowie czasu trwania płyty zacznie ziewać, ale nie w tym przypadku. Gdyby Antlers wydali dwupłytowy album, to wcale bym się nie obraził.

Czasami bywa tak, że już pierwsze dźwięki, które usłyszysz przekonują Cię i zdradzają przedsmak tego co czeka na albumie. Pierwsze 80 sekund to lekkie i nieśpieszne intro, które przechodzi w transowy i atmosferyczny klimat black metalowej muzyki. Zarówno jedenastominutowa suita, jak i pozostałe dwa równie długie  9-cio minutowe utwory wcale nie dają po sobie tego odczuć, że są takimi dłużyznami. Lubię, kiedy muzyka mnie totalnie pochłania i zespołowi Antlers się to w 100% udaje. Zespół kapitalnie zbudował swoje hymny, a w szczególności partie, gdzie w jednym tempie bez jakichś ekstra zagmatwanych przejść perkusja wybija jeden rytm obok dwóch zazębiających się linii gitar, które tworzą atmosferyczny kręgosłup. Lamentujący wokal pełni rolę drugoplanową i w miksie jest schowany nieco z tyłu. I jest to zdecydowanie dobry zabieg. Przy takiej muzyce bardzo dobrze się sprawdzają zerowe pauzy pomiędzy kompozycjami, przez co odnieść można (i w sumie odnoszę) wrażenie, że utwory na albumie są niczym puzzle poukładane w jedyny możliwy sposób.

Co prawda w każdym utworze zespół skonstruował utwory w niemalże idealny schemat, ale w żadnym wypadku nie jest to zarzut. Bo patent ten Panowie mają wypracowany chyba do perfekcji.

Kolejną godną pochwały kwestią jest wplecenie instrumentalnych utworów (po każdych dwóch utworach): Nengures oparty na gitarze akustycznej, fortepianowy Drowned in a Well dopełniony szumem wiatru oraz elektryczny, zamykający krążek Lug’s Waters.

Od tej muzyki aż wieje zimnem i nostalgiczną/depresyjną aurą. Nie wiem czy to przypadek, czy nie, ale dopiero teraz, kiedy zmagam się z pogodowym ochłodzeniem,  jestem w stanie na prawdziwe zasmakowanie tego posępnego charakteru muzyki.

Ciężko jest mi znaleźć w tym wydawnictwie słabe ogniwo. No może styl wydania digipaka, który nie posiada na okładce logo zespołu, a na grzbiecie również brakuje znaków identyfikujących zespół i tytuł płyty. Zapewne taki był zamysł, ale w gąszczu płyt na półce jest to jednak mały minus.

Jeśli lubisz takie zespoły jak Mgła i Auðn, to Antlers pokochasz.

Ocena: 9/10

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , .