Batushka – “Hospodi” (2019)

Najnowsza płyta zespołu Batushka zatytułowana Hospodi ukaże się dzięki Metal Blade już 12 lipca 2019 roku. Materiał ten postanowiliśmy przedstawić z perspektyw dwóch recenzentów. Zapraszamy do podwójnej recenzji. 
Jako pierwszy wypowiada się red. Maciek, a następnie red. Synu.

Double review in English (PDF file)


Nie pamiętam, żeby w ostatniej dekadzie jakakolwiek płyta narobiła tyle szumu, co drugi album rodzimej Batushki. A do tego z całą pewnością o żadnej z płyt nie napisano aż tyle, nie odnosząc się ani słowem na temat jej zawartości. Postanowiłem więc to zmienić.

Najpierw jednak słowo wstępu. Tak, znana jest mi historia sporu pomiędzy dwoma filarami tego projektu i wiem, że używanie w tym przypadku nawet nazwy zespołu jest działaniem ryzykownym. Oczywiście z szacunkiem odnoszę się do własności intelektualnych i wszelakie działania niezgodne z prawem są przeze mnie piętnowane. Niemniej jednak przez niemal trzy dekady mojego obcowania z tym gatunkiem w sposób perfekcyjny nauczyłem się oddzielać dzieło od jego twórcy. W głównej mierze dzięki Burzum, od którego zaczynałem moją przygodę z black metalem. Przy jego wyczynach jakiekolwiek zaściankowe przepychanki dotyczące przywłaszczania nazw wydają się co najwyżej słabe. A jednocześnie przy tak genialnych płytach jak Det som engang var czy Hvis lyset tar oss wszystkie inne wydają się miałką kalką. Dlatego i tym razem spór twórców Batushki postanowiłem zostawić na boku i skupić się na najnowszym dziele, tym razem z całą pewnością sygnowanym przez Bartka Krysiuka.

Litourgiya była dla mnie jak supernowa. Tak oczywistego konceptu skorzystania z bogatych i przepastnych zasobów prawosławia nie słyszałem jeszcze nigdy, a przecież piękno tej liturgii jest bezsprzeczne. To jak chorały gregoriańskie, z tym tylko wyjątkiem, że ten drugi wątek oklepany jest w muzyce metalowej na setną stronę. Piękna to była płyta i mimo utyskiwania co poniektórych na wtórności konceptów, prostotę melodyki i zaprzeczanie black metalowym ideom, z otwartą przyłbicą pytałem zawsze o drugi tego typu zespół na świecie. Dyskusje milkły w sekundę.

Hospodi jest według mnie albumem jeszcze bardziej przemyślanym i prawosławna tradycja jest tu wykorzystana jeszcze bardziej kompletnie, jeśli mogę tak to określić. Cały album składa się z dziesięciu utworów trwających w sumie ponad pięćdziesiąt minut, podzielonych na trzy tematyczne piony. Całość natomiast opiera się na koncepcji wykorzystania prawosławnej liturgii śmierci, modlitwach za zmarłych, ortodoksyjnych obrzędach pogrzebowych i pieśniach żałobnych. Na płycie wykorzystano tradycję starych ludowych pieśni śpiewanych wokół trumny w domu zmarłego. Pieśni, które znają dziś już nieliczne, starsze osoby, Krysiuk postanowił wskrzesić i na swój sposób uchronić od zapomnienia. Już za to działanie należą mu się peany pochwalne. Taka rola black metalu podoba mi się bardziej niż bardzo. Dla mnie od zawsze kultywowanie rodzimych tradycji było black metalu fundamentem. I tu ten fundament jest wyraźny i solidny.

Muzycznie album można nazwać kontynuacją Litourgii, w żadnym jednak momencie nie jest wtórny. Linie melodyczne znów nie należą może do zbyt wyszukanych, natomiast tak zasadnicze wpisanie się muzyki w elementy pieśni prawosławnych wymusza pewne ograniczenia w ornamentyce partii gitarowych czy perkusyjnych. Podobnie jak na Litourgii tutaj także klimat religijności i wiary prawosławnej jest fundamentem muzyki a nie melodycznym kwiatkiem do kożucha. Niektóre utwory (zwłaszcza na początku i na końcu albumu kawałki nr 1, 2, 3,4, 8 i 10) zaczynają się wprost niczym prawosławna msza. Kawałek pierwszy to w całości intro będące urywkiem mszy bez żadnych metalowych indoktrynacji. Utwór piąty (promujący album singiel Polunosznica) pokazuje natomiast obrządek bardziej od strony przedsionka (pritwora) cerkwi, a nie ikonostasu. Słyszymy tu pieśń śpiewaną przez ludzi, a nie przez kapłana. Jest to też kawałek z najostrzejszym fragmentem środkowym utworu. A to dlatego, że każdorazowo, w każdym z utworów, po klimatycznych wstępach przychodzi oczywiście czas na black metal. Jest to muzyka oparta na niezbyt spiesznych, ale za to dość ciężkich liniach melodycznych, będących naturalną kontynuacją ornamentycznych wstępów. Tylko wokal Barta wchodzi od czasu do czasu na poziomy nie spotykane dotąd w utworach Batushki. W tle słychać oczywiście chór, który dodatkowo robi robotę i nawet w ostrych momentach utrzymuje cerkiewny klimat. Na płycie próżno szukać zmiennych temp, ostrych blastów czy wydumanych gitarowych pasaży. Natomiast oczekiwać po Batushce tego typu zagrywek, to tak jakby oczekiwać po księdzu długich włosów i headbangingu. Nie ta bajka i albo się z tym pogodzicie, albo nie.

Jeśli przypatrzymy się debiutowi pod kątem zarówno partii tekstowych, jak i wizualnej części płyty nie spotkamy nigdzie jawnego bezczeszczenia świętych kanonów religii. Żadne słowo tekstu i żadna z ikon nie jest w sposób jawny przeobrażona na czarną stronę. Dopiero podtekst całości albumu i wydrapane oczy ikon każą nam się zastanowić, czy aby na pewno mamy do czynienia z black metalem prawosławnym. Ten właśnie wcale nie taki tajemniczy zabieg urzekł mnie w Litourgii chyba najbardziej. I tutaj (na tyle, na ile wsłuchałem się w teksty i przyjrzałem się okładce płyty) jest prawie identycznie. Szkoda tylko, że okładka odbiega od ikonicznego kanonu tak przestrzeganego przez prawosławie. I za to minus dla twórcy tego obrazu. Zresztą w zakresie formy płyty nie chcę się wypowiadać. Będzie ją można zgłębić na podstawie kilkudziesięciu (chyba) formatów, w których ukaże się krążek. Ja, przeglądając preorderowe możliwości, nieco się pogubiłem w tych wszystkich wersjach kasetowych, winylowych we wszystkich kolorach tęczy i kompaktowych w pudełkach od plastikowego po kamienne z płyty nagrobnej. To taka trochę behemothowa szkoła wyciągania kasy od kuców, ale co poradzić. Takie czasy.

Kończąc recenzję, chcę podkreślić jedno. Ile by się nie wylało hejtu na Bartka Krysiuka i ile utyskiwań by nie było na tworzoną przez niego muzykę, to ostatecznie powstała płyta, która wciąga podobnie jak debiut zespołu. I nawet jeśli utwory na Litourgii w stu procentach stworzone były przez Krzysztofa Drabikowskiego, to Bartek kontynuuje tę myśl po mistrzowsku. Płyta nie ma dla mnie słabych momentów. Ba, nie ma nawet momentów średnich. Jest spójna od pierwszej do ostatniej sekundy. A wraz z jej końcem przychodzi mi ochota tylko na jedno. Żeby puścić ją od początku.

Ocena: 9/10


Drama wokół zespołu Batushka, która rozpoczęła się pod koniec zeszłego roku trwa w najlepsze. W tle kolejnych oświadczeń (do dyskusji dołączył ostatnio były perkusista składu), postanowień sądowych i pism procesowych swoje premiery mają płyty obu istniejących obecnie wcieleń grupy – Hospodi Ba(r)tushki i Панихида Batushki prowadzonej przez Krzysztofa Drabikowskiego.
Na wstępie zaznaczę, że nie jestem fan boyem tego składu, pierwszą jego płytę oceniam na max 3+ w skali szkolnej i do dziś nie dostąpiłem daru zrozumienia powszechnego uwielbienia z jakim została przyjęta. Pozwala mi to na chłodno i spokojnie podejść do oceny nowego krążka jednej z dwóch Batushek, dystansując się od aktualnego sporu, jaki towarzyszy jego wydaniu.
Pierwszym co przyciąga uwagę przy odsłuchu Hospodi jest rozmach aranżacyjny i produkcyjny jakim płyta się charakteryzuje – w tym kontekście Batushka czyni spory krok naprzód, stawiając na dbałość o brzmienie i detale. Zmienia przy tym jednocześnie stylistykę, bo nowa odsłona muzyki zespołu nie ma już zbyt wielu punktów stycznych z debiutancką Litourgiyą. W miejsce klimatycznego, cerkiewnego bm dostajemy wydany zgodnie z aktualnymi standardami, melodyjno/symfoniczny black metal (skojarzenia z ostatnimi krążkami Rotting Christ i Dimmu Borgir są aż nadto wyczuwalne), któremu towarzyszy jednak praktycznie całkowita utrata aury prawosławnego mistycyzmu, który stanowił punkt wyjścia dla muzycznego konceptu grupy.
Hospodi jest płytą zaaranżowaną i odegraną zawodowo (co znając nazwiska jej autorów dziwić nie może), trudno jednak nie odnieść wrażenia, że powstałą jako próba stworzenia ładnie opakowanego produktu, za którym stoi po prostu chęć kontynuacji działalności dobrze prosperującej grupy. Krążek ma wszelkie predyspozycje, by wkupić się w gusta (szczególnie zachodniej) publiki, a wydaje się, że właśnie to przyświecało głównie jego przygotowaniu.
Żeby nie było – płyta ma kilka bardzo udanych momentów (melodic doom metalowy ukłon w stronę Finlandii/Szwecji w Dziewiatyj czas, sakisowa solówka w Powieczerje, groove’owy fragment Utrenia, post metalowy riff w Tretij czas czy najciekawszy moim zdaniem na płycie, stonowany Liturgiya), jest na niej jednak też sporo mielizn (Polunosznica, Pierwyj czas, Szestoj czas) które zwyczajnie nużą swoją oczywistością i sztampą.
Bardzo ciekawi mnie przy okazji sposób prezentacji nowej muzyki na żywo, myślę sobie bowiem, że nie będzie ona zbytnio licować z dotychczasową, statyczną i stonowaną postawą koncertową, do jakiej zespół zdążył swoich fanów przyzwyczaić.

Chciałem początkowo dokonać jakiejś próby zestawienia omawianego krążka, z udostępnionym kilka dni temu w sieci albumem Панихида Batushki Krzysztofa Drabikowskiego, ale wydaje mi się to jednak zbyt karkołomnym zadaniem. O ile pierwotny gitarzysta grupy pozostał przy swoim koncepcie w klimatycznym, drewnianym chramie położonym na terenie lwowskiego Gaju Szewczenki, Bartłomiej Krysiuk wprowadził się ze swoją Batushką do ociekającej złotem i zdobionymi ornamentami moskiewskiej Cerkwii Zbawiciela. Pozostaje wybrać samodzielnie, która stylistyka jest wam bliższa.

Ocena: 6/10

Tagi: , , , , , , , , , .