Bloodthirst – „Glorious Sinners” (2016)

Czas leci niepostrzeżenie, od poprzedniej EPki Bloodthirst Żądza krwi upłynęły już 3 lata. Już po pierwszym przesłuchaniu rzuca się jedno, a mianowicie Poznaniacy są cały czas w formie. Co prawda na Glorious Sinners Bloodthirst nagrywał ostatni raz w znanym składzie. Mintaj odszedł w kierunku krzewienia muzycznej edukacji wśród młodzieży drogą muzycznych, biletowanych rekolekcji. Obecnie na garach naparza Urpin (ex-In Twilight’s Embrace).

Tymczasem można rzec, że Pagan Records kolejny raz udowadnia, iż wydawnictwa sygnowane logiem ze słynnym księżycem można brać w ciemno. Niby nic nowego nie ma na Glorious Sinners. Ale jednak już pierwsze wrażenie jest takie, że tempa są nieco bardziej stonowane. Ponadto zagrywki bliskie staremu Kreator czy Slayer są dodatkowo zainspirowane szwedzkim black metalem, ale nadal to jest znana doskonale mieszanka ostrej jazdy z klasycznym posmakiem.
Jedno trzeba rzec, kapela definitywnie nie stawia na wycieczki w przeszłość. Bloodthirst uciekł już dawno na szczęście od nachalnego przyrównywania ich muzy do szuflady z napisem niemiecki thrash. Ten band ma swój, dosyć hermetyczny styl. Czy jest to wadą? Jak się okazuje podczas odsłuchu Glorious Sinners – nie. Mini Bloodthirst przelatuje błyskawicznie. Te niewiele ponad 20 minut najnowszego materiału Poznaniaków kończy się niezauważalnie, ja zaś łapię się na tym, że odruchowo klikam przycisk play na odtwarzaczu.

Chętnie bym wyróżnił jakiś kawałek z tej EPki, tylko każdy z nich cechuje wysoka słuchalność. Całe te mini jest zajebistą porcją ekstremalnego metalu, z którą od dawna Bloodthirst się kojarzy. Odpuszczę sobie zatem wyliczankę poszczególnych utworów, czy też skojarzeń. Wspomnę tylko o bardzo fajnych patentach, które – nostalgia we mnie się obudziła czy co? – przywiodły mi przed oczy Dissection. Te melodyjne zagrania w The Masterpiece of Lie chwytają za gardło. Od razu mam przed oczyma okładkę jeźdźca przemierzającego śnieżną krainę. Zainteresowani wiedzą w czym rzecz, reszcie podpowiem początek tytułu tegoż albumu Storm of… . A na finał kwintesencja całego mini, opatrzony łacińskim tytułem piąty utwór, Sacco di Roma który jest swoistym podsumowaniem najnowszej produkcji kapeli z miasta kozłów.

I taki to jest Bloodthirst Anno 2016. Pozornie znany, niby zaczynający coś nowego. Co dalej z kapelą, to już pewnie niedługo sam Bloodthirst wyklaruje na następnym pełniaku. Ja w każdym razie nie mam obaw.
Wypada podziękować perkusiście, że w godnym stylu zakończył współpracę z zespołem. Będzie mógł zawsze rzec „gdy ja odchodziłem, to wszystko grało”.

Ocena: 8,5/10

P.S. Wielki plus za okładkę. Po detale dotyczące tego mini jak i samego Bloodthirst odsyłam do wywiadu.

Tomasz
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , .