King Dude – “Sex” (2016)

Jeśli nie wiecie, kim jest King Dude, to wyobraźcie sobie połączenie Carla McCoya (Fields of the Nephilim), Nicka Cave’a i Leonarda Cohena. Na dodatek zakochanego po równo w bauhausowych klimatach rocka gotyckiego, co w americanie. Brzmi dziwnie? Strasznie? Absurdalnie? O tak, ten Amerykanin o niezwykle głębokim głosie, i nazwijmy to delikatnie – specyficznej manierze śpiewania, może budzić skrajne emocje. Jednak jeśli nie odstraszą Was wokalne popisy artysty, to możecie znaleźć tu całkiem sporo wrażeń.

Na Sex zdecydowanie mniej jest americany, a więcej rockowej energii oraz eksperymentowania. Szybki, prosty, energiczny i czysto rock’n’rollowy Holy Christos to doskonały przykład. Dokładnie w tym samym stylu jest utrzymany żywiołowy Swedish Boys, z nieco schowanym i przytłumionym wokalem. Proste to i pozornie szablonowe, a tak dobrze się tego słucha, że aż strach. Zdecydowanie wybija się I Wanna Die At 69, wolny i kołyszący przyjemnym riffem, ze złowrogim ochrypłym wokalem, utwór jakby wyjęty z filmu Tarantino. Oldskulowo, z gracją i potencjałem do wkręcenia się słuchaczowi w głowę. Z kolei rolę gotyckich akcentów pełnić mają dostojny i mroczny Who Taught You How To Love oraz balladowy, pełen smutku Our Love Will Carry On.

Są tutaj też kawałki po prostu…dziwne. Weźmy taki The Leather One, przypominający „menelskie” utwory Toma Waitsa, lub parodia występu na żywo, w niestety dość przeciętnym The Girls. Albo całkiem udany Prisoners, nerwowy i połamany, gdzie chropawy, melodeklamujący głos Dude’a w zwrotkach kontrastuje z żeńskim wokalem w refrenie.

Sex ma w sobie pewien magnetyzm, który sprawia, że dobrze się tego słucha, jednak nie jest pozbawiony wad. Tak jak zaznaczałem wcześniej, maniera wokalna King Dude’a jest specyficzna, a bywa irytująca, lub co gorsza zabawna. Pompatyczność i teatralne przejęcie z jakim wyśpiewuje chociażby taki Our Love Will Carry On, mogą odrzucać. Jest tu oczywiście pewne zamierzone przerysowanie, ale nie zmienia to faktu, że wielu się od tej pozy wokalisty może boleśnie odbić. Dla mnie idealnym tego przykładem, jest kończący Shine Your Light, do którego ile razy bym nie podchodził, nie mogę go wysłuchać bez pewnego rozbawienia. A chyba nie o to chodziło… Wiem, perspektywa bycia, jak wspomniani wcześniej Cave czy Cohen jest kusząca, ale niestety, trzeba znać swoje ograniczenia – wybacz, Dude. Natomiast muzycznie to naprawdę solidna i ciekawa płyta, co najmniej na poziomie Fear, a jednocześnie bardziej różnorodna.

Dekadencki mrok, którego Sex jest pełna, przyciąga, zaś wokalna niedbałość King Dude’a momentami odpycha. Ostatecznie kończy się na płycie dobrej oraz intrygującej, ale zdecydowanie nie dla każdego.

Ocena: 7/10

Tagi: , , , , , , .