life – “demo two” (2018)

Damián Antón Ojeda to prawdziwy muzyczny nerd. Pochodzący z Meksyku, a zamieszkały obecnie w mieścinie Oak Park w stanie Illinois artysta tworzy muzykę na potęgę, często w jednoosobowych projektach. Z samym depressive black metalowym Sadness (ukrywając się pod pseudonimem Elisa) wypuścił kilkanaście albumów. I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby zespół nie istniał od 2014 – przynajmniej zawierzając niezawodnym Metal Archives, bo Ojeda to postać niezwykle enigmatyczna i wiele o nim samym dowiedzieć się nie można. A przecież wspomniany Sadness to tylko jeden z kilku projektów, w których działalność muzyk jest zaangażowany.

Oczywistym jest, że przy takiej ilości materiału jakość musi zostać przytłoczona przez ilość. Ale Damián Antón Ojeda ma swój introwertyczny, depresyjny, melancholijny, zgrzytliwy świat, i chyba nieszczególnie przejmuje się, czy ktokolwiek będzie chciał zanurzyć się wraz z nim w sosie hałaśliwej muzyki i osobistych przemyśleń. Life – kolejny projekt może być tego dowodem.

Kalifornijska wytwórnia Pacific Threnodies, która wydała demo two (w kolejce do recenzji czekają kolejne albumy z tej stajni), specjalizuje się w muzyce niepokornej, nieprzystępnej, przeznaczonej dla pewnej niszy słuchaczy, skłonnych uznać za swoją codzienność muzyczne eksperymenty i dysonanse. Zawarta na tym materiale muzyka przez większość będzie odrzucona, choćby za nieklarowną produkcję, pewną naturalną dysharmonię, łączenie ze sobą rzeczy pozornie (a nawet całkiem na serio) niepasujących do siebie, świadome opowiadanie się po stronie atonalności niektórych rozwiązań.

Najprościej byłoby powiedzieć, że na demo two ożenione zostały z sobą światy post black metalowe, post hardcore’owe i punkowe, co dało dziwny miszmasz, tyleż zachęcający, co odstręczający, podany w dodatku formie brudnej, niedbałej, brzydkiej, czasem jednak przemycającej melodie. Ot, jakiś awangardowy blackowy band lekko inspirujący się Sonic Youth robi sobie jam z początkującą kalifornijską emo punkową brygadą, a my przysłuchujemy się temu zza ściany. Do tego ta wściekle żółta oprawa graficzna (kaseta magnetofonowa, na której wydano w limicie 77 sztuk demo two bije po oczach jak kaczeńce na łąkach), tworzy efekt finalny, którego trudno nie dostrzec – dosłownie i w przenośni.

No właśnie, ktoś zapyta – po co to wszystko? Nie wiem. Może właśnie po nic. Pewnie w tym szaleństwie jest jakaś metoda, czasem nawet pociągająca, bo mimo wszystko doceniam trud i odwagę life. Choć większość słuchaczy nie będzie pewnie chciała pewnie zagłębiać się w dźwiękowy świat, który omija często stylistyczne reguły, nie jest też bliski nikomu, poza własnym nad-produktywnym demiurgiem, to pewnie znajdą się miłośnicy wolności twórczej, chwalący bezkompromisowość propozycji life. Bo tego nie można twórcy demo two odmówić – absolutnego wypięcia się na rynkowe oczekiwania.

Czy polecam? Nie, bo ci, którym ten materiał może przypaść do gustu, już dawno nie zwracają uwagę na polecanki muzycznych dziennikarzy, zarówno tych poważnych, mainstreamowych, jak i niepoważnych, niszowych. Oni wolą szukać sami, pośród rzeczy odrzuconych przez większość, gdzieś na rubieżach (wysypiskach?) alternatywy. Demo two żadnej większości do gustu nigdy nie przypadnie, co może jest największym (jedynym?) komplementem.

Ocena: 5/10

Oficjalna strona wytwórni Pacific Threnodies na Facebooku

Paweł Lach

Od dłuższego czasu pisuje o muzyce (i nie tylko) dla różnych portali. Nie słucha latynoskiego folkloru, a poza tym jest w stanie popróbować wszystkiego.

http://lach.kf-oswiecim.net/
Paweł Lach

Latest posts by Paweł Lach (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .