Mark Morton – “Ether” (2020)

Wydany w marcu ubiegłego roku Anesthetic był dla mnie jedną z ówczesnych perełek (recenzja tutaj). Nagrany przez znanego z Lamb of God Marka Mortona wspomaganego przez plejadę znanych osobistości album zamiast zwyczajnie umilić czas wypatrywania nowej muzyki LoG okazał się rewelacyjnym kawałem metalu i nic dziwnego, że oczekiwania co do ewentualnego następcy debiutu amerykańskiego gitarzysty były spore. Ten zaś w końcu nadszedł, choć nie jako longplay a ledwie dwudziestominutowa EPka, i przyniósł ze sobą zdecydowaną woltę stylistyczną.

Ogólny zarys pozostaje bez większych zmian – Morton zaprosił do studia kilku gości, aby nagrać z nimi pięć utworów, w tym dwa covery. Tym razem do studia zawitali: Lzzy Hale (Halestorm), John Carbone (Moon Tooth), Howard Jones (Killswitch Engage) oraz ponownie Mark Morales (Sons of Texas). Zmieniło się za to brzmienie całości. Ether w przeciwieństwie do Anesthetic w żaden sposób nie przypomina macierzystej kapeli Mortona, tym razem najważniejszym z instrumentów jest gitara akustyczna, zaś główny „dyrygent” przez te dwadzieścia minut pokazuje wszystkim, że potrafi się odnaleźć w estetyce innej niż metalowa, przy okazji dając zaproszonym do nagrań wokalistom wyszaleć się bardziej niż na swoim debiucie.

O tym, jak dobra była to decyzja, można przekonać się chociażby w absolutnie przecudnym coverze She Talks to Angels oryginalnie autorstwa Black Crowes. To, co w tym utworze (szczególnie w jego drugiej połowie) za mikrofonem wyrabia Lzzy Hale jest niesamowite – nie pamiętam, kiedy ostatnio wokal kogokolwiek przyprawiłby mnie o gęsią skórkę. Jej pełen pasji i emocji występ gościnny zapewne w wielu głowach zostanie naprawdę długo i jest to zdecydowanie najlepszy z utworów znajdujących się na Ether. Na przeciwległym biegunie mieści się drugi z pożyczonych numerów – Black – i choć Mark Morales jest bardzo dobrym wokalistą, to jednak do najlepszych czasów Eddiego Veddera sporo mu brakuje. W żadnym przypadku nie oznacza to, że jest to nieudany utwór – jak na całkowicie akustyczny cover zagrany jeden do jednego – jest dobrze, jednak przy odsłuchiwaniu odnosiłem nieodparte wrażenie zdecydowanie bardziej pozytywnego wydźwięku niż miało to miejsce w przypadku oryginału.

Morales użycza swojego głosu również w otwierającym ten mini album akustycznym All I Had To Lose i wypada w nim znacznie, znacznie lepiej. Ten przepełniony emocjami, smutny utwór jest najlepszym z autorskich numerów wchodzących w skład tego wydawnictwa i nic dziwnego, że został wybrany na singiel promujący. Nieco bardziej „klasyczny” jest The Fight nagrany z Johnem Carbone – to tutaj po raz pierwszy usłyszymy więcej instrumentów, a nośny refren również bezproblemowo zostaje w głowie. Nieco gorzej wypada za to Love My Enemy, którego nudne i dla mnie męczące zwrotki stoją w znacznym kontraście z energicznym refrenem. Spora w tym „zasługa” wokalu Howarda Jonesa, który po prostu mi nie odpowiada. Żeby jednak tyle nie narzekać, to wspomnę jeszcze o bardzo ładnej solówce Mortona, która jest ozdobą tego utworu.

Ether to przede wszystkim pokaz wszechstronności człowieka do tej pory kojarzącego się z całkiem innym repertuarem. Bardzo ładny popis, w którym rolę wisienki na torcie pełni wspaniała Lzzy Hale. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim takie wydanie Marka Mortona się spodoba, ja jednak je kupuję. Chociaż przyznam – wolałbym, aby kolejna odsłona solowej kariery gitarzysty Lamb of God bardziej przypominała jego debiutancki album.

Ocena: 8/10

Mark Morton na Facebooku

Łukasz W.

Tagi: , , , , , , , , , , , .