Mark Morton – “Anesthetic” (2019)

Czy mamy na sali fanów Lamb of God? Jeśli tak, to mam dla Was dwie wiadomości – dobrą i złą. Zła jest taka, że ekipa Randy’ego Blythe’a nadal nie wypuściła żadnego nowego materiału, nic, nawet najmniejszego riffu ze wstępnie zapowiadanego na grudzień bieżącego roku następcy VII: Sturm und Drang. Dobra zaś jest taka, że czas oczekiwania na nowy album Baranka Bożego możecie umilić sobie solowym albumem gitarzysty LoGMarka Mortona.  Już na samym starcie mogę Wam obiecać, że momentami będziecie czuli się jak w domu.

Do nagrania powstającego przez kilka lat Anesthetic Morton zaprosił prawdziwą plejadę gwiazd metalowej i około-metalowej sceny. Za mikrofonem usłyszymy więc nazwiska takie jak Chuck Billy (Testament), Alissa White-Gluz (Arch Enemy), Myles Kennedy (Alter Bridge), Randy Blythe (Lamb of God), nieżyjący już Chester Bennington (Linkin Park) czy sam Mark Morton we własnej osobie. Jakby tego było mało, wielkie osobistości zajmują się również grą – oprócz gitarzysty Lamb of God grającego w każdym utworze, w różnych numerach można usłyszeć chociażby Mike’a Ineza z Alice in Chains, Davida Ellefsona z Megadeth, Roya Mayorgę ze Stone Sour czy Raya Luziera na co dzień reprezentującego barwy zespołu Korn. A na tym robiąca spore wrażenie lista gości się nie kończy. Jak widać goście Mortona reprezentują różne gatunki ciężkiej muzyki – naturalnie rodzi się więc pytanie, co finalnie wyszło z tego miksu?

Zaczynamy od głosu z zaświatów – album rozpoczyna się singlowym Cross Off nagranym wraz z nieodżałowanym Benningtonem. Utwór ten jest ostatnim kawałkiem, jaki nagrał nieżyjący już frontman Linkin Park. Jest to godne pożegnanie tego wspaniałego wokalisty, a zarazem chyba najbardziej metalowe wydanie Benningtona, jakie komukolwiek dane będzie usłyszeć. Wielka szkoda, że jego macierzysta kapela w ostatnich latach poszła w tę stronę, w którą poszła, czasu jednak nie da się już cofnąć i pozostaje się cieszyć z tego, że w swoim ostatnim dziele artysta wspiął się na wyżyny swoich umiejętności. Po tym brzmiącym jak Lamb of God z innym wokalistą utworze mikrofon przejmuje znany z Papa Roach Jacoby Shaddix. Sworn Apart brzmi jak łagodniejsza wersja Lamb of God, aczkolwiek w tym numerze bardziej niż melodia czy wokal uwagę przykuwa świetne solo Mortona.

Następnie mamy kilka petard z rzędu. Znakomite Axis ze świetnym Markiem Laneganem za mikrofonem jest pierwszym odstępstwem od „lambofgodowego” stylu, a solo głównej gwiazdy albumu ponownie robi wrażenie. Następnie kolejne nawiązanie do macierzystej kapeli Mortona – tym razem w postaci kopiącego zadek ciężkiego thrashowego The Never, w którym wokalami zajmuje się duet Chuck Billy oraz Jake Oni. Z podłogi podnieść można się przy kolejnym w kolejce, rockowym wręcz Save Defiance, przy którym ci bardziej uzdolnieni mogą wyśpiewywać chwytliwy refren wraz z Mylesem Kennedym.  Najlepszy moment nadchodzi jednak dopiero w Blur, do którego zaśpiewania poproszono hiphopowca Marka Moralesa (znanego również jako Prince Markie Dee). Na szczęście numer ten to nie rapcore, Morales śpiewa znakomicie, a Morton dorzuca do tego chyba najlepszą solówkę na całym albumie.

Niestety Anesthetic nie ustrzegł się drobnej zniżki formy – ta występuje tu w postaci hardrockowego Back From the Dead i Reveal. Żaden z tych utworów nie jest tragiczny, są one po prostu przeciętne i z różnych powodów nie pasują do pozostałej części krążka – w pierwszym z nich we znaki daje się irytująca maniera wokalna Josha Todda, drugi zaś wydaje się przekombinowany pod kątem aranżacyjnym (szkoda, bo Neemah Maddox zaśpiewała go świetnie).

Pora na oddanie głosu Markowi Mortonowi – i to dosłownie, gdyż to gitarzysta Lamb of God śpiewa w kolejnym na krążku Imaginary Days, symbolizującym powrót albumu na wysoki poziom (choć do najlepszych fragmentów albumu brakuje mu „dość trochę”). Ten wolny utwór jest ostatnim momentem wytchnienia przed prawdziwą bombą odpaloną na sam koniec AnestheticTruth is Dead spokojnie mógłby być podpisany jako Lamb of God feat. Alissa White-Gluz. Obok wokalistki Arch Enemy (tutaj nie tylko krzyczącej, ale również śpiewającej!) usłyszymy w tym numerze Randy’ego Blythe’a (momentami również na czysto) , a obsadzającej mikrofon parze towarzyszy riff niemalże żywcem wyjęty z dowolnej płyty Lamb of God.

Czterdzieści minut minęło jak z bicza strzelił, jakby tu teraz podsumować ten krążek? Najbliższym prawdzie będzie stwierdzenie, że Anesthetic brzmi jak Lamb of God bez Randy’ego Blythe’a (chociaż też nie do końca), byłoby to jednak krzywdzące wobec tych kilku znakomitych utworów, które stylistycznie odbiegają od tego, do czego przyzwyczaiła nas macierzysta kapela Marka Mortona. Mimo wszystko trochę szkoda, że utwory takie jak Axis czy Blur muszę nazywać perełkami – gdyby gitarzysta LoG poszedł w takim kierunku w większej liczbie utworów, to zapewne pisałbym teraz o arcydziele. A piszę o rewelacyjnym albumie, który do gustu przypadnie głównie fanom sami-wiecie-którego zespołu.

Ocena: 9/10

Mark Morton na Facebooku

 

 

Łukasz W.

Powinno być ciężko.
Ale w sumie to nie musi.
Łukasz W.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .