Metallica – “Hardwired…To Self-Destruct” (2016)

Jest i ona. Nowa Metallica. Wielu wątpiło, że w ogóle się ukaże, historię o “Hardwired…to Self-Destruct” umieszczając gdzieś w okolicach zapowiedzi nowej płyty Tool. O ile ekipa Maynarda Keenana  wciąż stara się wyśrubować czasowy rekord w kategorii „wodzenie fanów za nos”, Metallica postanowiła w końcu wynagrodzić swoim sympatykom 8-letni okres oczekiwania. Nie byle z resztą czym, bo aż dwupłytowym, trwającym blisko 80 minut materiałem.

Co możemy odnaleźć na nowej, 11. już płycie największego metalowego zespołu na świecie? Nieuważny słuchacz mógłby po pierwszym kontakcie z „Hardwired…” stwierdzić, że Metallica wciąż krąży wokół grania nieskomplikowanego thrash metalu, usilnie starając się nawiązać do swoich dokonań z lat 1983-1988. Długie, przeważnie 6-7 minutowe kompozycje, oparte na prostej sekcji rytmicznej (co jest już z resztą znakiem rozpoznawczym gry Larsa Urlicha), melodyjnych riffach, solówkach z nałogowym użyciem efektu wah-wah (z czego, z kolei wizytówkę uczynił Kirk Hammett) i charakterystycznym wokalu Jamesa Hetfielda. Czyli w zasadzie wszystko co w Metallice po 2008 roku znamy.

Jak się jednak okazuje po kilku przesłuchaniach, to tylko pozory.

Słuchając nowej Mety przypomina mi się wypowiedź Jasona Newsteda, który w jednym z wywiadów w 2013 roku powiedział “James może nie dotykać gitary miesiącami, ale kiedy weźmie ją w ręce, w sekundę jest w stanie wszystkich rozpierdolić swoimi pomysłami. Ja muszę godzinami ćwiczyć, żeby dojść do momentu, od którego on rozpoczyna grę”. I choć nie szedłbym tak daleko w ocenie umiejętności Hetfielda, coś z tym kompozycyjnym feelengiem jest na rzeczy. Bo chociaż “Hardwired…to Self-Destruct” jest co najmniej o połowę za długa, nie wnosi świeżości w gatunek i nie przywraca Metallice jakiejś niebywałej wielkości, to większość numerów ma coś w sobie, coś co zahacza się w świadomości i pozostawia swój ślad. Czy to pojedyncza melodia z refrenu, riff, zgrabnie zaśpiewana zwrotka, czy przejście między fragmentami kompozycji.

Niech będzie to dynamiczne thrashowe tempo numeru tytułowego, ładnie złamany rytm w Atlas Rise! (co wraz z czadowym refrenem czyni tę kompozycję jedną z lepszych na płycie), cechujący się southernowym wręcz sznytem „Dream no more”, przypominający Unforgiven III balladowy Halo On Fire (kolejny świetny numer), mrugający okiem do Black Sabbath, oparty na doomowym riffie Am I Savage? czy super stadionowy, nośny (choć nie pozbawiony pazura) Spit Out The Bone. Całkiem sporo dobrego materiału.

Na pochwałę zasługuje także brzmienie płyty, co najmniej trzy klasy lepsze niż to przewalone do granic, znane z Death Magnetic. Nowej płyty słucha się w tym kontekście bardzo, bardzo przyjemnie.

Znalazły się na tym wydawnictwie jednak również numery mniej udane – początek drugiego dysku wieje nieco nudą, Manunkind też niespecjalnie mnie przekonuje, sprawiając wrażenie wymęczonego, Murder One bez stresu mógłby natomiast pełnić rolę bonus tracka.

Oceniam oczywiście ten krążek ze świadomością, że zespół odstaje od współczesnych standardów, nagrywa dłużyzny opierając je na (w gruncie rzeczy) prostych pomysłach, jest co najwyżej technicznie poprawny i w zestawieniu z młodszą o dwa pokolenia konkurencją wypada dość blado. Ale, niech mnie cholera, nie potrafię patrzeć na tę kapelę inaczej niż łagodnym okiem, z ogromną taryfą ulgową i wyrozumiałością. Doceniam starania, mimo świadomości, że ten stary wilczur dotkliwie nikogo już raczej nie pogryzie.

Chociaż z drugiej strony, może i nie pogryzie, ale za to zdobędzie szczyty list sprzedażowych w kilkudziesięciu krajach świata, zarobi dziesiątki milionów dolarów, zjeździ świat wyprzedając stadiony, aż w końcu, jako pierwszy band w historii, zagra koncert na księżycu. A o to chyba w tym sporcie chodzi. Niech więc mają – zasłużyli.

Ocena: 7/10

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich możliwych szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Latest posts by Synu (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .