Moloch – “The Other Side” (2018)

Mam ostatnio spore szczęście do artystów tworzących w nurcie oldskulowej elektroniki. Czy to obłędny GosT, zaskakująco świeży Hollywood Burns, czy też właśni nasz rodzimy, złowrogi Moloch. Jak na razie, co premiera, to mocny cios, a podwójnie cieszy fakt, że chociaż niewątpliwym wspólnym punktem wyjściowym wspomnianych projektów dalej są slashery klasy B sprzed kilku dekad, to jednak te najciekawsze twory sceny retro electro więcej dzieli, niż łączy.

Na The Other Side doskonale słychać echa wcześniejszej twórczości Molocha, która niedawno została podsumowana na zbiorczym wydaniu The Vatican Cellars. Tamten mroczny i mocno ambientowy darksynth bardziej przywodził na myśl dokonania takiego klasyka jak chociażby Lustmord, niż Perturbator. I chociaż materiał blisko pół godzinnej epki The Other Side można podciągać pod szeroki i jakże pojemny termin synthwave, to Moloch stawia na co innego, niż większość jego przedstawicieli. Podobnie jak w przypadku materiału składającego się na The Vatican Cellars, na pierwszym miejscu jest ciężki i gęsty klimat, nie melodia. Całość brzmi bowiem jak soundtrack do slasher horroru osadzonego w przyszłości, gdzie zamiast androidów jako adwersarzy, mamy nieźle wkurzonych lovecraftowskich Przedwiecznych. Wplatanie do tego melodyki rodem z Zombi Disco Italia mistrza Carpenter Bruta, bo przecież większość tak robi, stanowczo mijała by się z celem. Tymczasem liczne niepokojące fragmenty odsyłające do wspomnianych slasherów czy kina grozy klasy B, pasują doskonale, kreując atmosferę, której obecnie za wiele na scenie nie ma. Jednocześnie The Other Side swobodnie łączy klimat z przystępnością, wystarczy posłuchać dynamicznego Escape from Nameless City czy niemal tanecznego F.E.A.R.

Materiał na The Other Side jest równy, ale – parafrazując klasyka – „niektóre utwory są równiejsze”. Doskonała, otwierająca kompozycja tytułowa ma w zasadzie wszystko, co tylko można sobie wymarzyć: wzniosłe klawiszowe intro, zmiany tempa, bardzo zacne gitarowe solo i kapitalne syntezatory. Warto zauważyć, że pojawiające się tu i ówdzie gitary są w mixie schowane i pełnią rolę dodatku, a nie kompozycyjnego „mięcha”, jak u Dance With The Dead. Drugi z „równiejszych” utworów to mój faworyt, czyli szybki i atakujący wysokimi dźwiękami A Dream of Death. Pomimo braku odwoływania się do uroczo kiczowatej melodyki, jest niesamowicie chwytliwy, nie tracąc jednak nic z niepokojącego charakteru całej epki. No i na zakończenie: The End, pełniące rolę outra, zbliżone koncepcyjnie do pierwszych minut epki i równie piękne.

The Other Side słuchałem obok nowego GosTa, Carpenter Bruta i Hollywood Burns. Jeżeli będąc w takim towarzystwie w odtwarzaczu, album nadal wypada świetnie i oryginalnie, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Czekam na więcej.

Ocena: 8,5/10

Tagi: , , , , , , .