Taiga – „Sky” (2016)

Z niektórymi kapelami mam tak, że działają na mnie jak grom z jasnego nieba. Jak olśnienie. Jak pięść przypakowanego kibola. Jeden szybki błysk na samym początku i człowiek zdąży jedynie pomyśleć „o k…, czemu ja tego nie przewidziałem”. I zapada ciemność.

Tak właśnie było z Taigą. Zespół, który istnieje od dobrych czterech lat poznałem dopiero przy okazji wydanego przez nich trzeciego pełnowymiarowego albumu. A przecież po drodze można się było natknąć jeszcze na single i EPki. A ja ślepy i głuchy nie poznałem Rosjan, choć internet przegrzebuję pracowicie prawie codziennie.

Album Sky (podobnie jak i poprzedni Gaia) wydała białoruska wytwórnia Symbol of Domination Productions. W aspekcie przekazywanych przez spikerów niusów z tamtych stron może wydawać się to dziwne, ale ten label ma naprawdę sporo wydawnictw na sumieniu. Dobrze, że żelazna kurtyna Łukaszenki nie zadziałała i uzyskaliśmy możliwość zapoznania się z dorobkiem braci Słowian.

Taiga to black metal depresyjny, tak przynajmniej stoi w encyklopedii. I trochę w tym racji jest, gdyż melodie skomponowane są niespiesznie, a wokal tnie ciszę przeraźliwie niczym lancet. Niemniej jednak przeto rosyjski duet nie powinien kojarzyć się z masochistycznym przeciąganiem flaka w nieskończoność.

Może klucz tkwi w fakcie, że Panowie oznaczyli się jako black metal depresyjny a nie samobójczy? Tego nie wiem. Podstawową zaletą Sky jest to, że człowiek nie ma ochoty powiesić się w połowie drugiego kawała. Jedyne co do tego skłania, to upiorny growl wykonywany w dodatku w języku Marksa i Engelsa. A ja z „ruskim” mam podobnie jak ze „szwabskim”. Toleruję jedynie w sporadycznych przypadkach.

Natomiast reszta jest świetna. Ciężka przesterowana gitara nie zatraciła swojego dźwięku i słychać wyraźnie każdy riff. Bas jest oczywiście wyczuwalny niczym rozkaz niemieckiego oficera. A perkusja w tle „robi” dokładnie tak jak trzeba: raz wolniej a raz szybciej.

Co prawda jestem pokoleniem, które język rosyjski dostawało „w pakiecie”, ale jak to zwykle bywa nie potrafiłem docenić tych dobroci. Dlatego ciężko posługiwać się tytułami, zwłaszcza że napisane są cyrylicą. Opiszę więc album w ten sposób: Intro to sześć minut makabrycznego brudu i przesterowania. Potem następują cztery kawałki o zmiennym tempie. Generalizując, są one z na przemian spokojne, a pomiędzy perkusją z gitarą ścigają się na łeb na szyję. Utwór numer sześć to wisienka na torcie, głównie ze względu na partie gitarowe. A ostatni kawałek to depresyjno blackmetalowa ballada, whatever it means.

To tak w telegraficznym skrócie. I nie będę nic więcej pisał. Bo Sky Taigi po prostu musicie posłuchać!

 

Ocena 8,5/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , .