Thunderwar – “Black Storm” (2016)

Jak zapewne wiecie, od czasu do czasu publikujemy podwójne recenzje, które charakteryzuje dość rozbieżny odbiór i oczywiście odmienna finalna ocena. Dzisiaj prezentujemy recenzję debiutanckiego albumu polskiej formacji Thunderwar, która pod koniec 2016 roku ukazała się pod szyldem Witching Hour Productions.


Autorką pierwszej recenzji jest Aleksandra Sędłakowska.

Czasami osoba, którą znam jako zahukaną postać wybijającą się z towarzystwa od czasu do czasu żartem o papieżu, jest tak naprawdę specjalistą w dziedzinie, której dotyczy post. W dodatku specjalistą rozwijającym swoje zdanie do elaboratów, które w gruncie rzeczy są stałym powtarzaniem tego samego, co zostało już powiedziane. Komentarze wygenerowane przez tę osobę wskazują na to, że ma się do czynienia z poważnym koneserem, używającym wyszukanego słownictwa, dbającym bardziej o interpunkcję niż o merytorykę swojej wypowiedzi. To jest właśnie przerost formy nad treścią. Czyli dokładnie to, co w ostatnim czasie można zaobserwować na polskiej metalowej scenie.
20 grudnia br. ukazała się długo wyczekiwana debiutancka LP Black Storm warszawskiej grupy deathmetalowej Thunderwar, znanej na początku pod nazwą Perun. Płyta wyszła nakładem Witching Hour Productions po trzech latach od wydania mini-albumu. Wytęskniona, umiłowana, nudna.
Słysząc akustyczny wstęp, miałam szczerą nadzieję, że rozwinie się on do czegoś w rodzaju instrumentala z EP-ki “The Birth of Thunder”. Na nowej płycie słyszalna jest inspiracja środkowym okresem Bathory, ale źródełko wysycha gdzieś pod koniec pierwszego kawałka. Hammerheartowy smaczek znany z EP-ki zrobiłby dobrze całemu krążkowi, który w swoich kolejnych częściach przypomina patchwork uszyty przez specjalistę od PR-u w firmie “Death Metal”. Szkoda, że chłopaki nie poszli w kierunku deathmetalowego Bathory, bo zaraz po kilku minutach zapowiadającego go “Marvel at my sins” moje nadzieje miażdżone są przez ładne melodyjki i wypieszczone solówki. Poprawnie zagrane, prawidłowe i do przeżycia, ale nie wbijające w fotel. Czuć, że długograj nie powstał w akcie artystycznego zrywu, a w efekcie analizy popularnych tendencji. “The Birth of Thunder” to kompozycja znajomych szlagierów, niczym znaleziona w odmętach kolekcji płytka “Best of”, na której znajdziemy Vadera (z późniejszego okresu), Dissection (Reinkaos), (melodyjny) Carcass . Jednak wszystko pozostaje sprytnie wyreżyserowane, aby nie można było się zorientować, gdzie bije dzwon. Czujne ucho mimo wszystko to wychwyci.
W rezultacie słuchacz otrzymuje wypucowane stare zagrywki, które słyszał wiele razy w bardziej wiarygodnym wykonaniu. Do plusów należy zaliczyć wokal, który przywodzi na myśl ryki gardłowego Obituary. Problemem całego krążka jest jednakowoż jego wyrachowanie i pospolitość. Brakuje własnego kierunku, a jeśli kierunkiem ma być odgrzewanie szwedzkich patentów (o czym świadczyć może całkiem przyjemna okładka wykonana przez Elirana Kantora, malującego dla takich kapel, jak Sodom czy Testament), końcowy wniosek jest taki, że dobrym rozwiązaniem nie jest oprawianie deathmetalowych gruzów w ramkę epickości.
Ma się wrażenie, że Panowie nastawiają się na sukces i czemu im tego nie życzyć. Ciekawa jestem ich nowego wydawnictwa, na które być może nie trzeba będzie czekać trzech lat.

Ocena: 4/10


Autorem recenzji w zdecydowanie cieplejszych barwach jest Maciej Jędrejko.

Ciężko udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy Black Storm sprostał oczekiwaniom wszystkich czekających na debiut kontynuatorów Dissection czy Unleashed? Z jednej strony duży plus za wypracowanie własnego stylu gry i brzmienia. Thunderwar mimo wcześniej przypisywanego, skandynawskiego rodowodu bardzo umiejętnie połączyli europejski death metal z jego amerykańską wizją. Największą rolę odgrywa tu wokal, który dość mocno trąca głosem Obituary . Powiem szczerze, że bardzo mi odpowiada taka maniera w death metalu i w tej kwestii prosiłbym nic nie zmieniać. Co do samych utworów, jest ciężko, lecz nie na tyle, by urwało nam głowy. Muzycy postanowili z aptekarską dokładnością naszpikować swoje kompozycje melodyjnymi solówkami i harmonijnymi fragmentami, ale wszystko w granicach dobrego smaku. Ponownie odwołuje się do dokonań braci Trady czy holenderskich zabójców z Asphyx. Niestety oceniając utwory jako całość, muszę rzec – że zlewa mi się w jedną całość. Z kompletnego zestawienia z pewnością wyróżnia się najkrótszy New Age Prophecy, który rozkochał mnie swoją prostotą i brakiem zbędnego kombinowania. Wróżę mu z fusów wielki potencjał na koncertowego killera. W przypadku pozostałych numerów, każdy ma w sobie coś niezwykłego i barwnego. The Descent z pewnością przypadnie do gustu fanom nieco wolniejszych i rozciągniętych podróży, zarówno otwierający Marvel at My Sins czy zamykający krążek A Tale Of Lust and Disgust, to wręcz podręcznikowy oldschool death metal. Z kolei bonusowy Iconoclast będzie świetnym uzupełnieniem dla tych, którym zabrakło bardziej ordynarnego grania. Cieszy mnie również fakt, że epicko-wojenny klimat z poprzedniego wydawnictwa został podtrzymany. Niejednokrotnie mieliśmy okazję doznać zawodu, że świetnie zapowiadający się projekt po prostu przekombinował. W tym przypadku możemy być spokojni.

Z Black Storm jest trochę jak z wielkim tortem, w którym cukiernicy starali się zawrzeć jak najwięcej smaków. Wiesz, że każdy z nich jest dobry, jednak nie możesz oprzeć się wrażeniu, że czasem mniej znaczy więcej. Debiut Thunderwar zaliczam do udanych, a pod kątem umiejętności technicznych zespołu jest wręcz rewelacyjny. Choć całość wypada trochę jednostajnie, wierzę, że kolejny krążek będzie oparty na bardziej konkretnych rozwiązaniach.

Ocena: 7/10

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .