Blindead, Weedpecker, Entropia – Gdańsk (03.11.2018)

Okej, wszyscy już wiemy, że album Autoscopia / Murder In Phazes Blindead skończył właśnie dekadę, wszyscy wiemy, że z tej okazji zespół pozbierał się do kupy w składzie z tamtego właśnie krążka, żeby zagrać go w całości na dwóch specjalnych jubileuszowych koncertach. Wiemy też, że w Warszawie było zajebiście. Teraz zatem czas, żeby dodać – w Gdańsku też.

Nie jest to miejsce na wdawanie się w rozważania o historii Blindead czy o ich obecnym statusie. Początek listopada 2018 roku to w wykonaniu tej kapeli powrót w przeszłość. Powrót – dodajmy – bardzo cieszący mnóstwo fanów Blindead czy jako takiego metalu w ogóle. Podczas dwóch specjalnych koncertów, na które reaktywował się skład z czasów Autoscopii Blindead na scenie towarzyszyły też zacne supporty w postaci Weedpecker i Entropii. I od tego zaczniemy.

Kiedy Entropia rozpoczęła swój set w gdańskim B90, przecierałem oczy i uszy. W kwietniu, na tej samej scenie, Entropia otwierała imprezę w ramach wspólnej trasy z Obscure Sphinx i Batushką i był to wtedy zupełnie inny zespół. Wtedy koncert kwintetu podobał mi się, powiedzmy, tak sobie. Ale coś się zmieniło. Niedawno ukazała się nowa, trzecia płyta Entropii – Vacuum. Z prawej i lewej posypały się ochy i achy, zachwyty i peany. Sam złapałem się na tym, że jedną nóżką wskoczyłem na ten hype train, co mi się rzadko zdarza, ale serio – Vacuum jest świetne. I spowodowało coś dziwnego w zespole – nagle panowie się rozluźnili, poczuli lepiej, pewniej. Na scenie B90 3. listopada brzmieli po prostu świetnie. Niby nic się nie działo – ot, stali, grali, ale już spora publika w B90 gapiła się w nich jak w obrazek. Zaczęli, jeśli mnie pamięć nie myli, od Poison, 15-minutowego otwieracza Vacuum. To bardzo mantrowy, hipnotyzujący numer. Wydawałoby się, że niewiele się w nim dzieje, ale skoro potrafi przyciągnąć jak magnes na żywo, to znaczy, że diabeł kryje się w szczegółach. A szczegółów w nim jest zatrzęsienie. Entropia z każdego kolejnego numeru wyciskała maks, skupiając się na wykonawstwie. Zero kontaktu z publicznością w jakiś dziwny sposób spotęgowało wrażenie, a świetne światła i bardzo dobry dźwięk z pewnością nie przeszkodziły. Ten koncert był tak dobry, że mógłbym go jadać na obiad codziennie.

Dobrze zagrali też Weedpecker, choć zdecydowanie nie był to ich wieczór. Nie dlatego, że są słabi albo w jakiś sposób gorsi od reszty zestawu. Po prostu nie do końca tu pasowali. Publika przyszła na Blindead, spora część też jarała się Entropią, a Weedpecker są jednak stylistycznie z innej półki. I choć wszystkimi kończynami podpisuję się pod ideą upychania na jednej imprezie jak najróżniejszych przedstawicieli spektrum muzyki, to tutaj to jakoś nie zatrybiło. Zresztą było to chyba nie tylko moje wrażenie, bo pod sceną też się jakby przerzedziło. Ale Weedpecker nic sobie z tego nie zrobili, grali swoje i robili to dobrze. Jeśli komuś udało się wkręcić w koncert, bo jeszcze na maksa nie przestawił sobie wajchy na post metal, to mógł się bawić świetnie. Dla mnie ich set był raczej wytchnieniem, momentem na nabranie oddechu przed daniem głównym. Ze sceny bardzo przyjemnie wiało to Zeppelinami, to Mastodon (gdzieś z okolic „Crack The Skye” i późniejszych). Choć na półce mam przynajmniej jeden krążek Weedpecker (szczerze mówiąc, to nie wiem jaką część ich dyskografii posiadam), to widziałem ich na żywo po raz pierwszy. W zasadzie jedynie upewniłem się, że to bardzo, ale to bardzo dobry zespół, który sceny się nie boi, bo jest na niej u siebie. Może jedynie okazja nie ta?

No i Blindead. B90 już zapełniło się, kto na Weedpecker wyszedł na fajkę/po piwo/do kibla zdążył już wrócić. Chłodne, niebieskie światła, i puszczane z nagrania między utworami komentarze będące nośnikami historii. Autoscopia / Murder In Phazes była post-metalową operą i tak też została potraktowana na scenie, z uszanowaniem jej fabularnego aspektu. Cały koncert był też świetnie wyprodukowany, dopracowany pod każdym względem. Poczynając od brzmienia, któremu absolutnie nic nie można było zarzucić, przez szczegółowo zrealizowane światła, do samego układu sceny. Na całkiem wysokim podwyższeniu, na środku sceny, uplasował się zestaw Konrada Ciesielskiego. To on tak naprawdę był mistrzem ceremonii – swoimi bębnami wskazywał puls i drogę, którą podążał wraz z zespołem cały klub. Po lewej stronie sceny stanął wraz ze swoim zestawem zabawek opiekujący się elektroniką Bartosz Hervy, po prawej zaś znikający często w mroku basista Piotr Kawalerowski. Na dole, na środku był rzecz jasna ołtarz Patryka Zwolińskiego – tworzyły go dwa mikrofony na statywach, pomiędzy którymi wokalista wił się w spazmach. Na skrzydłach pozycje zajęli gitarzyści – Marek Zieliński i Mateusz „Havoc” Śmierzchalski. Show było doskonale zaplanowane. Wszyscy wiedzieli, co mają w danym momencie robić, czy podejść bliżej, odwrócić się, zwrócić do perkusji. Przy czym jednocześnie całość nie wyglądała na wymuszoną, jakby muzycy robili to w pełni naturalnie, a nie postępowali zgodnie z ustalonym scenariuszem. Świetnie słuchało się i patrzyło na Havoca, który tylko upewnił mnie w przeświadczeniu, że trzymanie tego gościa na backstage’u w roli wyłącznie technicznego to jak trzymanie dzikiego zwierzęcia w klatce. Widać było, że Mateusz cieszy się tym, co się dzieje, że jest z tą sytuacją emocjonalnie związany, a jednocześnie, że najzwyczajniej w świecie jest świetnym gitarzystą, który z instrumentem czuje się naturalnie. Blindead przeciągnęli nas wszystkich przez Autoscopię i nikt nie miał dość, więc na tym się nie skończyło. Mała dawka repertuaru zespołu z późniejszych płyt (połączone Impulse i My New Playground Became) pokazała, że nic tu jeszcze nie jest skończone. Zespół brzmiał po prostu rewelacyjnie, a Patryk Zwoliński znów uwodził tym podłym, depresyjnym magnetyzmem. I dlatego mam wrażenie, że Blindead nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Nie wiem, co Havoc i koledzy wymyślą teraz, ale mam nadzieję, że sukces tych dwóch koncertów przekonał przynajmniej Patryka Zwolińskiego, żeby temu projektowi z jego udziałem nie ukręcać pochopnie łba. I coś mi mówi, że jeszcze się z panami w podobnym gronie spotkamy. Ku uciesze nas wszystkich.

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , , , .