Gaahls Wyrd, Tribulation – Warszawa (06.03.2019)

Knock Out Productions nie próżnuje i już od początku roku dostarcza krajowym sympatykom metalu okazji do doświadczenia solidnego treningu narządów słuchowych. Po zaspokojeniu zapotrzebowania na melodyjny metal w postaci krakowskiego gigu Amorphis i Soilwork oraz skoczne folkowe dźwięki (trzy sztuki Alestorm i Skálmöld) przyszedł czas na połechtanie gustu sympatyków różnych odmian black i death metalu. 

Początkowo na trasę Gaahl’s Wyrd i Tribulation (mimo zapowiedzi poczynionych w pewnym tytule prasowym, jednak występujących oddzielnie) wspomaganych przez Amerykanów z Uada i Idle Hands miałem zameldować się w Poznaniu. Plany, jak to mają w zwyczaju wzięły jednak w łeb i ostatecznie na wesołe tańce i śpiewy pokulałem się do sprawdzonej Warszawy.

Mialem spore obawy o wrażenia koncertowe, bo gig zaplanowano w Proximie, z którą zwykłem miewać raczej średnie doświadczenia (kilka koncertów obejrzanych w tym klubie było niestety całkowicie położonych brzmieniowo). Wątpliwości zdawały się potwierdzać podczas otwierającego wieczór występu Idle Hands – doskonale zapowiadająca się załoga heavy metalowców/gothic rockowców wybrzmiała na miejscu dość marnie (jeden z tych koncertów, podczas których znajomość dokonań studyjnych jest jedyną możliwością wychwycenia jakichkolwiek detali). Mimo skromnej publiki zgromadzonej pod sceną Amerykanie dali jednak całkiem żywiołowy występ, mający sporo z undergroundowego, pozbawionego napinki uroku (choć gości na pewno nie można nazwać swieżakami, w końcu jako Spellcaster swoje na świat wydali). Z niecierpliwością czekam na majową premierę ich debiutanckiej płyty, zeszłoroczna EP-ka Don’t Waste Your Time to przecież doskonała rzecz.

 

Po Idle Hands na scenie zamontowali się kolejni podopieczni niemieckiej Eisenwald, prezentujący “zakapturzony” black metal muzycy Uada.  

Nie jest tajemnicą, że zespół ma w naszym kraju raczej kiepską prasę, a każdorazowa o nich wzmianka rozbudza żywiołową dyskusję o kopiowaniu Mgły, bezczelnym zrzynaniu z estetyki tej uznanej krakowskiej grupy, totalnym braku indywidualności i potrzebie całkowitego zaorania tak kiepskiej kserówki.

Widząc jednak poruszenie i zauważalne zagęszczanie ludności pod sceną, naszła mnie pewna refleksja – albo odbiór muzyki kapeli nie jest w Polsce aż tak tragiczny (tylko jej słuchacze niespecjalnie chętnie zabierają głos w dyskusji), albo – co ciekawsze – zdarza się ludziom pisać jedno (bo wypada), ostatecznie dając się jednak przekonać chwytliwym i niepozbawionym melodii kawałkom amerykańskiego składu.

A te, pochodzące z obu wydanych dotychczas płyt, rasowo obroniły się na żywca (gdyby ktoś jeszcze nie wyłapał, bardzo lubię tę grupę). I dodatkowo zabrzmiały w Proximie całkiem składnie, co pozwoliło mi uwierzyć, że może uda się ten wieczór brzmieniowo uratować. 

 

Po trzech kwadransach z muzyką Uada przyszedł czas na pierwszego headlinera trasy – Tribulation (była to moja trzecia, po koncertach u boku Behemoth w 2014 i Ghost w 2016, okazja by zobaczyc Szwedów w akcji). Prezentujący swój trupi metal muzykanci pojawili się na scenie w gustownych makijażach i adekwatnych strojach (Jonathan Hultén postanowił nawet przebrać się za sympatyczną, nocną zjawę) i rozpoczęli ponad godzinny dance macabre, opierając set głównie na numerach z dwóch ostatnich płyt studyjnych. Po stronie pozytywów należy na  pewno zapisać zachowanie muzyków i ich teatralną, niepozbawioną gracji prezencję sceniczną, muszę jednak przyznać , że zabrakło mi w ich występie nieco większej ilości (pozwalających wzmocnić klimat) rekwizytów, świec, bladych świateł i scenicznej mgły. Muzyka Tribulation czerpie w końcu pełnymi garściami z ekspresjonizmu i kina grozy początku XX wieku, taki entourage w ich przypadku byłby więc nawet bardziej niż wskazany.

Mimo lekkiego niedosytu (w kontekście wspomnianych wrażeń wizualnych) sam koncert solidnie pogruchotał mi kości, przekonując po raz kolejny, że ten band to w kategorii “koncertowy sztos” obecnie naprawdę liczący się gracz. 

 

Koniec występu Tribulation nie oznaczał bynajmniej końca wrażeń, bo na zgromadzonych w Proximie czekało jeszcze drugie danie główne – znany z Trelldom, Gorgoroth, Wardruny, God Seed, czy obecnie solowego projektu, Gaahl to z pewnością jedna z bardziej charakterystycznych postaci współczesnej sceny norweskiego bm. Muzyk, którego dotknął środowiskowy ostracyzm, po wydaleniu z zespołu “Infernusa” Tiegsa broni bynajmniej nie złożył (ba, wydaje się, że jest obecnie w lepszej kondycji artystycznej niż jego niegdysiejsi kompani). 

Set zaprezentowany w Warszawie udowodnił przy okazji, jak wielowymiarowa i różnorodna jest dotyczasowa twórczość Espedala. Siarczysty, norweski blecior Trelldom i Gorgoroth, przeplatany był bardziej klimatycznymi numerami obu zespołów (Steg, Sign of an Open Eye), wprowadzającymi elementy folku God Seed (Aldrande Tre, Alt Liv), czy w końcu najnowszym, brzmiącym niemal jak twórczość Davida Bowiego zagubionego w norweskim lesie utworem Ghosts Invited. 

Gaahl to kapitalny wokalista i bardzo charyzmatyczny frontman (wodzący błędnym wzrokiem po zgromadzonych pod sceną słuchaczach, stonowany, ascetyczny w zachowaniu, jednoczenie bardzo wyrazisty i sugestywny) zaprezentował w Proximie znakomite show. 

 

5-godzinny gig, choć dość wymagający kondycyjnie, nie pozostawił raczej jednostek nieusatysfakcjonowanych. Różnorodny zestaw przy niezmiennie wysokim poziomie wykonawczym to coś na co warto było tłuc się przez pół Polski, nawet jeśli oznaczało to wzięcie na tę okoliczność dwóch dni urlopu i spędzenie blisko dziesięciu godzin w podróży. Black metal to nie są w końcu rurki z kremem!

 

Autorem zdjęć jest Aleksander Honc.

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Tagi: , , , , , , .