Merry Christless – Warszawa (15.12.2019)

Progresja kolejny rok z rzędu w charakterystyczny dla siebie sposób uczciła okres okołoświąteczny. Tegoroczna edycja Merry Christless (już trzecia z kolei) w odróżnieniu od poprzedniczek nie zakładała jednak udziału w line-upie współgospodarzy wydarzenia – zespołu Behemoth. Tym razem wrażeń uczestnikom wieczoru dostarczyć mieli Matterhorn, Blaze Of Perdition, Bölzer, Dødheimsgard, Furia oraz prowadzony przez Toma Warriora Triumph of Death, wykonujący utwory legendarnego Hellhammera.

Moja podróż do Warszawy zakładała, jak się początkowo wydawało, bezpieczny margines czasowy, ten jednak finalnie okazał się niewystarczający – w Progresji zameldowałem się dopiero kilka chwil przed rozpoczęciem koncertu BoP.

Skłamałbym mówiąc, że jeszcze w trakcie podróży nie zastanawiałem się, jakie jest prawdopodobieństwo udziału w koncercie Blaze Of Perdition Sonneillona (poprzedni koncert grupy, który miałem okazję oglądać, wokalnie uzupełniał Mścisław z Abusiveness). Wchodząc na główną salę w Progresji z uśmiechem zadowolenia odnotowałem więc fakt, że mimo jedynie dwóch kwadransów, jakie organizatorzy przewidzieli na koncert lublinian, tym razem zespół postanowił wystąpić w pełni oryginalnym składzie. No i był turbo konkret. Kapela zaprezentowała dwa single z zaplanowanej na luty przyszłego roku The Harrowing of Hearts, dokładając do tego dwa kawałki z Conscious Darkness(Ashes Remain, Detachment Brings Serenity). Forma bandu i zagrane próbki pozwalają oczekiwać (przy okazji wydania nadchodzącej płyty) solidnego przeczesania fryzury.

Ze Szwajcarami z Bölzer miałem w życiu różne przeprawy. Pierwszy raz widziałem ich w ramach trasy Rzeczpospolita Niewierna w 2016 roku w Poznaniu i daleki jestem od uznania, że tamten koncert jakoś znacząco mnie poturbował. Wręcz przeciwnie, dominującym było uczucie zawodu, wynikające z zestawienia wrażeń z hypem, jaki już wtedy był wokół zespołu rozkręcany. Tym razem podszedłem do bandu pozbawiony szalenie dużych oczekiwań i chyba to było kluczem do sukcesu. Może też po prostu kompozycje przygotowane na tę okoliczność były ciekawsze (sample towarzyszące występowi przywodziły na myśl muzykę ich krajan z Darkspace, przy której zwiedza się mroczne zakamarki zawieszonych w przestrzeni kosmicznej Nostromo, Event Horizon czy USG Ishimura), może energia generowana przez duet działała sugestywniej – przyznać muszę, że się z Bölzer po tym koncercie znacznie przeprosiłem.

Kolejny band pasował mi do merry christlessowej układanki chyba najmniej. Muzyka Norwegów z Dødheimsgard wydawała mi się zbyt odpięta, egzotyczna i po prostu nieprzystająca do atmosfery wieczoru.W jakim błędzie byłem, uświadomił mi już pierwszy numer zaprezentowany przez zespół. Bo widzicie, szaleństwo na scenie można udawać, można tez się mu poddawać. To co wyczyniał podczas występu Yusaf Parvez to czystej wody wariactwo. Jego zachowanie na scenie, nieprzewidywalność i cudownie groteskowy sposób prezencji sprawił, że występ Norwegów oglądałem z szeroko rozdziawionymi oczami. Dodając do tego awangardowy charakter muzyki grupy, publika w Progresji otrzymała pełnoprawny, teatralny spektakl. Mi zrobili.

Najlepsze jednak miało dopiero nadejść. Furia, czyli skład, będący głównym powodem mojej obecności w Warszawie. Zagościli na scenie w towarzystwie Dominika Gaca z Licha i Gruzji (choć w peaku było aż czterech dodatkowych wokalistów) prezentując początkowo 2 premierowe utwory. Niełatwe, furiowo niejednoznaczne, intrygujące. Później poszły w eter kawałki z Nocel (Opętaniec Ogromna noc, Zamawianie drugie), Księżyc milczy luty (Za ćmą, w dym, Grzej, Zwykłe czary wieją) i Marzannie, królowej Polski (Są to koła), przy których utwierdziłem się w przekonaniu, że Furia to w PL absolutny top topów i zespół, który wyznacza wyłącznie swoje standardy. No i Nihil – gość, który swoją łatwością w pozyskiwaniu uwagi słuchaczy, sceniczną charyzmą i pewnością siebie (która całkowicie kontrastuje z jego pozamuzycznym sposobem bycia) deklasuje konkurencje w przedbiegach. Niektórzy przed koncertem narzekali na planowaną jego długość, ja z czystym sumieniem dałbym im jeszcze ze 3 kwadranse. Serio, sztos sztosów.

Na zakończenie eventu przyszedł czas na odrobienie lekcji historii. Tak bowiem głównie traktowałem występ  ‘Hellhammer’, zespołu niewątpliwie kultowego, którego zasług dla muzyki metalowej nie sposób przecenić. I wspomnianą rolę występ Toma G. Warriora spełnił z nawiązką, pokazując czym metal od zawsze był w swej istocie. Muzyką prostą, surową, bezpośrednią i otwarcie buntowniczą z jednej strony, z drugiej niosąca znaczne pokłady energii i po prostu (sic!) radości. Ilość tej ostatniej, jaka emanowała od Gabriela Fischera przez cały koncert Triumph of Death była nie do niezauważenia. W trakcie setu na scenie zagościł też (a jakże) Nergal, który wykonał z bandem dwa numery – Aggressor (smaczku chwili dodawał fakt, że kawałek jest w istocie pierwszym coverem w historii Behemoth, pochodzącym z wydanej w 1993 demówki The Return of the Northern Moon) i Revelations of Doom. Wyszło raczej na spontanie i w tonie improwizacji, biorąc jednak pod uwagę charakter występu, było całkiem ok. Tom nie szczędził polskiej publiczności komplementów, miejscami wydawało się, że sam bawi się przy swojej muzyce lepiej, niż niejeden zgromadzony w Progresji słuchacz. Z tego też powodu oglądało się tę sztukę całkiem dobrze, choć z drugiej strony nie wniosła ona w ramy tego wieczoru tak znacznej wartości, jak mogłoby się wcześniej wydawać. 

Merry Christless vol. 3 przebiegł godnie (głównie dzięki Furii) i w znacznej mierze sprostał pokładanym oczekiwaniom, trudno jednak uznać, by jako całość (choćby w kontekście występu Hellhammer) z miejsca stał się wydarzeniem, o którym mówić się będzie szczególnie długo.

Synu

Tagi: , , , , , , , , , , .