Moonspell, Rotting Christ, Silver Dust – Kraków (24.11.2019)

Niezwykle popularni w naszym kraju Portugalczycy z Moonspell wybrali się na potężną trasę po Europie, która zawitała również do trzech polskich miast. Grupie towarzyszy grecka legenda, Rotting Christ, a gwiazdy supportuje szwajcarski Silver Dust. Krakowski koncert został zorganizowany w Klubie Kwadrat przez RTN Touring i Knock Out Productions.

Dzieląc krakowski wieczór w Klubie Kwadrat na trzy naturalne akty (choć o różnej randze dla całościowego wyrazu sztuki), wypada stwierdzić, że zaczęło się od gotycko-metalowego cyrku, który wpisał się w moje wyobrażenia o tym, jak może wyglądać koncert Silver Dust. Recenzując na łamach Kvlt ostatni album Szwajcarów – swoistą rock operę z librettem czerpiącym garściami z klasycznych opowieści o duchach – domyślałem się, że muzyce towarzyszyć będą kostiumy i teatralna maniera, do czego doszły filmowe wizualizacje, wyświetlane na ustawionym na scenie ekranie-lustrze. Kicz to czy dzieło? Na to pytanie muszą sobie odpowiedzieć widzowie.

Muzyka Silver Dust wymaga zaakceptowania pewnego sztafażu, pod którym kryje się całkiem interesująca mieszanka gotyckiego rocka, symfonicznego zacięcia, industrialnej marszowości, metalowej mocy, czystego śpiewu zmieszanego z growlem. Z pewnością znaleźli się tego dnia zwolennicy wiktoriańskich klimatów i im spacer po zaklętym domu sprawił przyjemność, podobnie jak (widoczny na zdjęciu) pojedynek na solówki w trawestacji Tocatty i Fugi d-moll Johana Sebastiana Bacha, w którym zmierzyli się gitarzysta i grający na organach upiór.

Rotting Christ to już całkiem inna bajka, dużo mroczniejsza, pozbawiona sztucznej manieryczności, choć jednocześnie wzniosła i rytualna, niewyzbyta pierwiastka teatralności. Mocarne to było show! I black metalowe w formie wyrazu od początku do końca. Bo nawet jeśli Rotting Christ, zwłaszcza z ostatnimi płytami, uciekają od stereotypowych muzycznych definicji tego stylu (choć to domena osobnej i autonomicznej greckiej sceny, która się na nikogo nie ogląda), to jednak na żywo ich propozycja jest agresywniejsza i przepojona ponurą, diaboliczną aurą. Publika szalała, moshpit nie ustawał – może jedynie w momentach wzniosłych inkantacji Sakisa Tolisa, jak choćby w Apage Satana, następowało pewne skupienie – a emocje przez cały czas krążyły na wysokim diapazonie.

Mogło kogoś dziwić, że w koncertowej setliście nie dominowały wcale numery z ostatniej, moim zdaniem bardzo udanej płyty Greków (z Heretics znalazły się zaledwie dwie kompozycje), a ciężar został położony na wydaną w 2013 Kata Ton Daimona Eaytoy. Niemniej jednak ten zestaw sprawdził się znakomicie, zwłaszcza że odegrany został z jadowitym zacięciem. Dwójka młodych towarzyszących Sakisowi i Themisowi muzyków, naprawdę dała radę, wnosząc żywiołowość, a zespół prezentował wysoką formę. Uzupełniły zestaw takie numery jak dub-sag-ta-ke, The Forest of N’Gai czy King Of A Stellar War, a także cover Thou Art Lord, Societas Satanas. Dzieło zwieńczyła zaś klasyczna, wyczekiwana przez wszystkich Non Servian. Aż chciałoby się więcej takich cytatów sprzed lat.

Moonspell miałem okazję podziwiać nie tak dawno przed krakowskim koncertem Cradle Of Filth. Wtedy, choć gwiazdą miał być kto inny, wywołali chyba żywsze emocje niż Anglicy. Tym razem to Portugalczycy postawieni byli w trudnej roli, bo po intensywnej sztuce w wykonaniu Rotting Christ emocje mogły ciut opaść. Nie stało się tak jednak, a wypełniony tego dnia po brzegi Klub Kwadrat przyjął gorąco główny towar eksportowy portugalskich ziem.

Zaczęli od dłuższego, liczącego trzy kompozycje, wyciągu z ich ostatniego, koncepcyjnego albumu 1755. Muzycznie i lirycznie spacer po zniszczonej i podnoszącej się z gruzów Lizbonie okazał się i tym razem ciekawy, choć teatralne pozy i tańce ozdobionego maską Fernanda Ribeiro nie przekonują mnie do końca. Rozumiem jednak założenia konwencji.

Co by jednak nie mówić, udało się Moonspell wytworzyć pewną mistyczną, nawiedzoną, gotycką aurę – zwłaszcza, gdy zespół przywoływał klasyki, a ich żelazny zestaw niezawodnie znalazł się w setliście. Już po rzeczonym wstępie wybrzmiały przeboje w postaci Opium i Awake. Gdy Portugalczycy sięgali po numery z Irreligious czy Wolfheart, reflektory zalewały scenę czerwienia, a ubrany na czarno frontman zmieniał się w diabolicznego Nosferatu. W takim anturażu Mephisto czy Vampiria wybrzmiały nad wyraz sugestywnie. Do tego kilka mniej oczywistych spacerów po dyskografii i na koniec oczywiście nieśmiertelne Alma Mater. Owacje i bis (krótki powrót do płyty 1755 oraz klasyk w postaci Full Moon Madness) musiały zadowolić fanów – wyciąg z twórczości Moonspell okazał się mocny i magiczny.

fot. Dariusz Ptaszyński

Dariusz Ptaszyński Photography na Facebooku

Więcej zdjęć także na stronie Magazynu Gitarzysta

Setlista Moonspell

Setlista Rotting Christ

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .