Tegoroczna trasa koncertowa Behemotha, pomimo faktu, że nie była pierwszą promującą płytę The Satanist, stała się wydarzeniem bez precedensu i na skalę krajową. Potężny rozgłos medialny zapewniło tym razem Nergalowi logo trasy bezczeszczące jakoby symbole narodowe. Drugim niezawodnym elementem reklamy były kółka różańcowe odprawiające jako support swój rytuał przed każdym z koncertów. Nie inaczej wyglądał więc gig na hali krakowskiej Wisły przyciągający niezliczone tłumy wiernych różnych wyznań, chcących wziąć udział w tym misterium.

Ja jednak nie pojawiłem się przy Reymonta po to, by po raz kolejny podziwiać wyreżyserowane do ostatniego gestu i dopracowane do perfekcji show naczelnego rodzimego antychrysta. Nie przyszedłem także na Bolzera, do którego moje uczucia mają temperaturę lata w Jakucku. Ja pojawiłem się na Wiśle po to, by na żywo zobaczyć legendarną już Batushkę i stanąć twarzą w twarz (choć może to określenie nie jest w tym wypadku najszczęśliwszym) z ich wersją wiary prawosławnej. W ogóle muszę zaznaczyć w tym miejscu, że blackmetalowy ekumenizm godny jest naśladowania i ciężko go znaleźć między którymikolwiek religiami. W jednym miejscu zaraz po sobie miał odbyć się niezakłócona niczym różańcowa krucjata, po niej na scenie odbyć się miało misterium Chrystusa Pantokratora, a na końcu swoją wersję wydarzeń przedstawić miał kaznodzieja Adam. Szykowało się doprawdy doniosłe wydarzenie.

Na wstępie zaznaczę jeszcze, że pierwsza na scenie Batushka, choć zwaliła mnie swoim show, nie zaskoczyła ani trochę. Po pierwsze muzycznie, gdyż dorobek tego projektu nie pozwala na jakieś mieszanie w setliście. Po drugie sceniczny anturaż nie dawał żadnych możliwości wyboru.

Niemniej nie przypuszczałem, że będzie aż tak pięknie. Scena aż kipiała prawosławnymi rekwizytami, z obrazem Maryi Bogurodzicy na pierwszym planie. Ogromnej postury pop rozpoczął swoją mszę kadzidłem, w trakcie odbyło się podniesienie słynnego obrazu mylnie branego za ten Jasnogórski. Kaznodzieja zakończył występ nie-święcąc wszystkich sowicie kropidłem, rzucając przedtem różańcem w wirujący pod sceną tłum. Tłem dla całego misterium było dwóch nieruchomych gitarzystów, basista, perkusista i trzyosobowy posągowy chór męski. Wszyscy z zasłoniętymi twarzami niczym na uszkodzonym ikonostasie. Były świeczniki, obrazy świętych z wydrapanymi jak po tatarskim najeździe twarzami a w tle leciały obrazy z krain, na których prawosławie jest religią wiodącą. Nawet gesty wokalisty przypominały te z bezgłowych ikon i z prawosławnych mszy. A muzyka… no cóż, ta zachwyciła mnie już na płycie, więc nie inaczej mogło być na żywo. Szkoda tylko, że akustyka hali Wisły nie potrafiła oddać aż tak dobrze głębi tego arcydzieła.

Jedyny drobiazg, jaki muszę niestety zarzucić temu idealnemu przedstawieniu, dotyczy strojów występujących Popów. Przyglądając się dokładnie graficznej i tekstowej stronie Litourgii, jakiekolwiek przejawy bezczeszczenia religii były tak zakamuflowane, że całość dawała ułudę rzeczywistego oddania ducha prawosławia. Tylko puszczane gdzieniegdzie oczko – subtelny sygnał w tekście i obrazie dawał dopiero do myślenia. W tym świetle odwrócone ostentacyjnie wielkie prawosławne krzyże aż biły po oczach z czarnych habitów. Troszkę szkoda, nie lubię takiego przekazu wprost, a ten właśnie szczegół zabił niestety istotny smaczek całego projektu. Nie zmienia to jednak faktu, że po godzinnej mszy po raz pierwszy wypuściłem powietrze z ust, a jęk zachwytu wydobywał się z mojego gardła jeszcze przez dobrą godzinę.

Na występ Bolzera niestety nie dotarłem. A było to tak: dużo znajomych, gorące głowy po niesamowitym występie Batushki, jeszcze więcej znajomych i próby odgadnięcia, kim u diabła są muzycy tego nieziemskiego hordu. A jak już zmierzałem w kierunku grającego kolejne utwory Bolzera, na drodze stanęli kolejni znajomi. I znów braterskie powitania, ekumeniczne dyskusje i fachowe porady na temat fotografowania. I tak właśnie minął koncert Bolzera. Przepraszam.

Aż w końcu przyszła pora na misterium wieczoru. W ogniu pochodni i w słupach dymu Nergal klasycznie zaczął od Blow Your Trumpets Gabriel. Kolejne kawałki z absolutnego albumu The Satanist rozgrzewały publikę do temperatury wrzenia. Okręg pogujących zataczał coraz to większe kręgi i wchłaniał nawet kobiety i dzieci. Tak, jedna białogłowa w pewnej chwili zaczęła tą hałastrą dyrygować, i to z niezłym powodzeniem. Na każdy jej gest ludzie rozchodzili się na boki a na kolejny rzucali się w wir opętańczych tańców. Gdy kawałki z Satanisty grane w kolejności chronologicznej dobiegły końca, Behemoth przypomniał publice inne swoje kamienie milowe. Usłyszeliśmy więc Ov Fire and the Void, Conquer All, At the Left Hand ov God, Slaves shall Serve i Chant of Eschaton 2000. Nim jednak Nergal pożegnał się z publiką ostatnim kawałkiem, przekazał kilka dość osobistych przemyśleń dotyczących oglądania świata z pozycji kolan oraz miłości do muzyki. A gdy Panowie schodzili już ze sceny, oszołomiony tłum był w stanie wykrzyczeć tylko to jedno, ostatnie tego wieczoru słowo: Behemoth!

Piękny to był koncert, jeden z piękniejszych, na jakim byłem w całym moim życiu. Rzadko się zdarza, żeby jednego wieczoru dwa tak genialne zespoły zagrały po sobie dwa tak dopracowane koncerty. Poza drobnymi niedociągnięciami wynikającymi z akustyki hali, oba sety były genialne, a światowy poziom kapel potwierdzony został po raz kolejny. A kto nie był, ten trąba… Gabriela!

Wszystkie zdjęcia: Bobas.
Tutaj znajdziecie pełne galerie zdjęć: Batushka | Bolzer | Behemoth.
- Mysthicon – „Bieśń” (2025) - 28 sierpnia 2025
- Sombre Figures – “Streams of Decay” (2021) - 15 lutego 2022
- Nigrum Tenebris – “I am the Serpent” (2021) - 14 lutego 2022
Tagi: Adam Darski, Batushka, Behemoth, black metal, Bölzer, fotorelacja, fotoreportaż, galicja productions, hala wisły, Knock Out Prodcutions, Nergal, relacja, Rzeczpospolita Niewierna, zdjęcia.






