Summer Dying Loud 2018 – Aleksandrów Łódzki (7-8.09.2018)

Lato umarło głośno! Festiwal Summer Dying Loud co roku przyciąga coraz większe grono wielbicieli mocnego uderzenia w dość kameralnych okolicznościach przyrody. Impreza odbywa się na stadionie Mosir im. Włodzimierza Smolarka w niewielkiej mieścinie pod Łodzią, która na początku września zapełnia się ludem w czarnych szatach i dudni życiem nocnym. Nową świecką tradycją są też kvlt-owe spotkania, na które redakcyjna brać z błyskiem w oczach zjeżdża z całej Polski. I oto słowo stało się ciałem, tak hucznie świętowaliśmy 10-lecie festiwalu, że od miesiąca zbieramy wrażenia do kupy, by sumiennie podsumować to wyjątkowe przedsięwzięcie. W imieniu redaktorów Kvlt zapraszam do relacji!

Dzień 1, 7 września (piątek):

15.00 Doomster Reich
16.00 Mentor
17.00 Weedpecker
18.15 Malignant Tumour
19.30 Dool
21.00 Incantation
22.30 Entombed
00.15 Sunnata

red. Piotr:

Na pierwszy ogień w postaci Doomster Reich z różnych powodów nie udało się zdążyć, nie tym razem Panowie. Co prawda zespół Mentor widziałem już kilka razy na żywo, ale to jest taka kapela, której występy na żywo chyba nigdy mi się nie znudzą. Chłopaki bardzo zgrabnie połączyli black/thrash metal z punkiem i rock’n’rollem. Jak zwykle Wojciech Kałuża (wokalista) dwoił się i troił, aby rozgrzać świeżo przybyłą publikę. Koncert był niezwykle energiczny, jak zresztą zawsze w przypadku tej grupy. Pod sceną zgromadziła się grupka fanów, która pomimo wczesnej pory dopingowała sosnowiecki band w swoich poczynaniach. Set składał się głównie z kawałków znajdujących się na debiutanckim krążku Guts, Graves and Blasphemy, ale kapela zaprezentowała też nowe kompozycje, które jak na moje ucho są kontynuacją pierwszego krążka.

Weedpecker

red. Joanna:

Warszawski Weedpecker to nie są rurki z kremem, a ciągnące się krówki z ociężałym, ale w jakiś sposób przystępnym nadzieniem. Panowie nadal promują trzeci album, zatytułowany III, i pięknie lawirują pomiędzy kosmicznym soundem a psychodelicznym lotem w zieloną krainę (interpretacja dowolna). Publika bawiła się świetnie, mimo że czuć było poważny, przesterowany acz przyjemny niż. W trakcie ostatniego utworu grupowo udaliśmy się na spożywanie, toteż ominęliśmy czeski, speed-metalowy (?) Malignant Tumour. Obawiam się jednak, że słusznie.

Dool

red. Piotr:

Szybki hamburger i jeszcze szybszy napój chłodzący i pod scenę! Zespół Dool swoim koncertem kupił mnie od pierwszych dźwięków. Niespieszne wygrywanie melodii, posępna i melancholijna atmosfera w czasie koncertu zawładnęła terenem festiwalu. No i ten przepiękny wokal Ryanny. Aż ciężko przełożyć klimat ich występu w słowa. Takie dark rockowe granie wprowadziło mnie w niezwykle lekką aurę. Muzycznie holenderski zespół porusza się w klimatach znanych z Gold, a niekiedy The Devil’s Blood lub Sisters Of Mercy. Hipnotyczny charakter koncertu spowodował, że występ ich przebiegł zdecydowanie zbyt szybko. Zresztą chyba nie jest przypadkiem, że mój redakcyjny kolega w recenzji debiutanckiego albumu tak ich chwalił, że wystawił maksymalną notę (recenzja). Dziękuję za Dool i proszę o Lucifer.

Incantation

red. Marcel:

Występ Incantation na tegorocznej edycji Summer Dying Loud był bardzo interesujący. Grupa legendarnego gitarzysty i wokalisty Johna McEntee’go zaprezentowała się bardzo dobrze i w moim odczuciu był to najlepszy koncert ze wszystkich zagranych w piątek. Amerykanie przedstawili przekrojowy set, w którym znalazło się miejsce dla utworów z pierwszych dwóch, jak i ostatnich trzech dokonań ekipy. McEntee w przerwach od diabolicznego oblężenia sceny rozprawiał o tym, jak wspaniale czuje się w naszym kraju i już nie może się doczekać, aby napić się polskiej wódki ze swoimi wiernymi fanami po koncercie. Cały set Amerykanów był bardzo solidny, ale sposób, w jaki go zakończyli – niesamowity. The Ibex Moon (zadedykowany zmarłemu Killjoyowi z Necrophagii), a także klasyczny Impending Diabolical Conquest po prostu pozamiatały. I choć muzyka Incantation do najbardziej przystępnych nie należy, niezwykle ciężki i zasmolony death metal w ich wykonaniu to prawdziwy majstersztyk.

Entombed AD

red. Tomasz:

Z tym Entombed A.D. to stał się taki cyrk, jak z naszym Katem… Z jednej kapeli powstały dwie kapele, różniące się tym, że jedna z mutacji ma na składzie oryginalnego wokalistę. I tak jak nie można zastąpić Romka, tak nie wyobrażam sobie takiego Entombed bez L-G Petrova, mimo że przecież drugi album został bez niego nagrany. Ale dość o rozgrywkach prawno-personalnych. Zatem jak tylko usłyszałem, że na tegorocznym SDL będzie Entombed, prędko odnotowałem: muszę być. Kapela, która nadal w swoim stylu nie ma równych! No może The Crown byliby pewną konkurencją? 

Dlaczego wcześniej wspomniałem o LG? Według mnie facet jest chodzącą antytezą współczesnej sceny metalowej, gdzie perfekcja zabija spontaniczność. Gdy Petrov zaczyna wykrzykiwać kolejne teksty swym wyluzowanym, totalnie zdartym głosem, czuć, że tu nie ma ściemy, zarazem jest po prostu zajebiście. Inna sprawa, że za każdym, gdy oglądam Entombed (z AD czy bez), facet totalnie potrafi zająć sobą całą uwagę – swobodna konferansjerka i szybki konkret w postaci kolejnych utworów. Co prawda, i co logiczne, set był oparty o materiał „nowego” zespołu,  ale skoro leciały takie ciosy jak Dead to live czy Midas in reverse, to i tak nie ma to większego znaczenia. Bowiem Entomded nadal młóci w swoim stylu. Wprawdzie do poziomu Serpent Saints jeszcze im trochę brakuje, ale przecież poleciały też starocie z Wolverine Blues i ja już nie mam żadnych zastrzeżeń.

Zabrzmieli przepięknie (o ile te epitety w ogóle tu pasują), totalnie mięsiście i zarazem czuć było ten piach tak typowy dla szwedzkiego grania. Już w momencie jak kończyli grać, wiedziałem, że właśnie obejrzałem najlepszy koncert tego festu. Ale takiego totalnego zaangażowania nie można nie docenić. I choć parę innych kapel też było ok, to jednak Entombed byli/są bezkonkurencyjni.

Sunnata

red. Joanna:

Pierwszy dzień festiwalu SDL kończyli rodzimi zawodowcy z Warszawy, szanowna formacja Sunnata. Nieco obawiałam się o frekwencję, wszak północ to nie jest rewelacyjna godzina w plenerowych warunkach, tym bardziej że zbyt atrakcyjna pogoda i aura umęczyła dość uczestników festiwalu, co można było wyraźnie zauważyć w zakamarkach terenu sdl-owego. Obawy okazały się jednak na wyrost, bowiem całkiem pokaźna grupa fanów stawiła czoła niskim i potężnym dźwiękom Sunnaty. Koncerty rzeczonych zawsze oglądam z wielkim zaciekawieniem i sporym oczarowaniem nie tylko ze względu na walory stricte muzyczne czy techniczne, ale również na te czysto estetyczne i opracowane na wymogi konkretnej sztuki. Tym razem znów Panowie pokazali, jak może wyglądać dobry koncert również od strony wizualnej. Na nich po prostu chce się patrzeć! Cała oprawa, światła, ustawienie Panów na scenie – wszystko przykuwa uwagę i genialnie komponuje się ze stonerowo/doomowo/sludge’owymi oparami. Niestety na moje umęczone już tego wieczoru ucho szwankowało nieco nagłośnienie, wokale były za słabo słyszalne, o selektywności ciężko mówić, jednak całościowo i tak byłam usatysfakcjonowana. Panowie promują ostatnie wydawnictwo Outlands (recenzja tu), do sprawdzenia którego serdecznie Państwa zapraszam. Oj, cóż to za epickie zakończenie piątku!

Dzień 2, 8 września (sobota):

13.00 The Lowest
14.00 Black Tundra
15.00 Symbolical
16.00 Saule
17.00 Spaceslug
18.15 Ereb Altor
19.30 Frontside
21.00 Orange Goblin
22.30 Angel Witch
00.00 Behemoth

red. Piotr:

Niestety w sobotę nie udało się zobaczyć dwóch pierwszych kapel (The Lowest i Black Tundra), ale za punkt honoru postawiłem sobie sprawdzenie koncertowej formy śmierć metalowców z Symbolical. Pomimo kilku problemów z gitarą Cymera występ tej grupy podobał mi się niezwykle. Czas mojej największej fascynacji death metalem mam za sobą, ale ta ekipa trafia w moje gusta. Posłuchajcie chociażby kawałka Pseudo Master z nadchodzącej płyty. Jest to death metal osadzony raczej w średnich tempach z fajną motoryką partii gitar, a miejscami z walcowatym charakterem. Za garami zasiada Daray (Dimmu Borgir, ex-Vader), który prezentuje swoje możliwości w kapitalny sposób. Dzięki niemu muzyka rzeczywiście zyskuje jakąś moc, i to bardzo. No i do tego solówki Cymera – bierzcie i słuchajcie. Świetny występ, niech Panowie więcej koncertują, a nie jedne media będą się rozpływać o Symbolical w samych superlatywach.

Ereb Altor

Kto zna Bathory ten zapewne zna Ereb Altor. Szwedzi w bezbłędny sposób kontynuują schedę muzyki legendy dowodzonej przez Quorthon’a. Z Ereb Altor mam ten sam problem co z Dool. Ciężko jest uchwycić klimat melancholii i smutku, który towarzyszył mi podczas koncertu i przełożyć je na słowa pisane. To po prostu trzeba przeżyć na żywo. Ich występ był niezwykle emocjonujący, pełen ducha skandynawskich wikingów, no i zespołu Bathory. Zagrali setlistę złożoną z epickich kawałków wypełnionych potężnym ładunkiem chwytliwych melodii. No i na koniec Midsommarblot – dziękuję.

red. Joanna:

Występy Saule i Spaceslug wypadły niestety w porze tzw. śniadaniowo/obiadowej, toteż słuchaliśmy obu grup “w tle”, delektując się dobrodziejstwami z ogródka piwnego, tudzież przechadzając się po stoiskach merchowych, mini-galerii i odpoczywając na trawie. O Frontside natomiast nie ja powinnam nadmieniać, gdyż mamy w redakcji wiernych i niezachwianych fanów, a już na pewno takich, którzy dzielnie śledzą poczynania grupy od początku (Marcinie, pozdrawiam serdecznie!). Fakt jest jednak taki, proszę Państwa, że co by o stylu i graniu tej formacji nie pisać (a wypowiadać się nie muszę), bawiliśmy się na występie Frontside hucznie i iście szatańsko. Tak, drodzy Państwo, ja to naprawdę napisałam. Żywioł, energia, hity sprzed lat, których nawet jak się uparcie nie chce, to i tak się pamięta (“kwiat miłości rozkwita w świetle uczuć”), i niezrównoważone tańce, młynki, crowdsurfingi – tak pamiętam ten koncert i nie mam się co wstydzić. Nie samym sludge’m i depresją człowiek żyje. W towarzystwie. Czasami 🙂 

Orange Goblin

red. Synu:

Orange Goblin był jednym z zespołów, na który bardzo podczas SDL liczyłem. Ich podszyty stonerowym zacięciem motorheadowy rock’n’roll nie zawiódł – grupa zaprezentowała się bardzo naturalnie, z odpowiednią mocą i wygarem. Pozytywna reakcja tłumu dolewała oliwy do ognia, co najlepiej odzwierciedlało radosne zachowanie sceniczne postawnego Bena Warda. Były ostre ciosy z Red Tide Rising, Renegade i pochodzącym z ostatniej płyty The Wolf Bites Back na czele. Niewątpliwie jeden z najciekawszych występów drugiego dnia festiwalu.

Angel Witch

red. Marcel:

Po świetnym występie Orange Goblin nadszedł czas na przedostatni zespół festiwalu, a mianowicie angielską ekipę Angel Witch. Na ten koncert czekałem bardzo długo; gdy ogłoszono, że Anglicy pojawią się na tegorocznej edycji Summer Dying Loud, wiedziałem, że muszę się tam pojawić. Niestety, jak to często bywa – gdy w balonik pompuje się zbyt dużo powietrza, to po prostu pęka. Zespół Kevina Heybourne’a dał bezbarwny koncert pozbawiony energii i  jakiejkolwiek atmosfery. Nie było także mowy o kontakcie z publicznością. Parę godzin przed występem odbył się zespołowy meet & greet, podczas którego muzycy wyglądali na ludzi, którzy w ogóle nie chcieli się tam znajdować. Nie byli zbytnio skorzy do rozmowy, ani też specjalnie nie cieszyli się na widok fanów. Co tu dużo mówić, bardzo zawiodłem się na jednym z moich ulubionych heavy metalowych zespołów wszech czasów. Co z tego, że ekipa odegrała prawie cały legendarny debiutancki album, skoro zrobiła to bardzo mechanicznie i bez polotu. Panowie nie pokwapili się nawet o zmianę setlisty (kolejność utworów pozostała bez zmian, z zaledwie jednym wyjątkiem!) , więc jak mieli czuć się fani, którzy niemalże równy rok wcześniej byli na ich koncercie w łódzkim Magnetofonie? Cóż, Angel Witch, a szczególnie jego jedyny pozostały oryginalny członek Kevin Heybourne, w moich oczach stracił wiele. Dawno nie zaznałem tak wielkiego koncertowego rozczarowania. W szeregi zespołu wkradła się rutyna, która psuje wizerunek heavy metalowej legendy. 

Behemoth

red. Synu:

Główna gwiazda tegorocznego SDL postanowiła wyraźnie wyjść naprzeciw przejmującemu zimnu, jakie dokuczało zgromadzonym na terenie aleksandrowskiego MOSiRu podczas drugiego festiwalowego wieczoru – ogniowa oprawa, towarzysząca występowi Behemoth w trakcie finału imprezy pozwoliła solidnie przypiec się słuchaczom zgromadzonym najbliżej sceny. Zespół swoim występem potwierdził powszechnie znany fakt – Behemoth to dziś największy pod względem rozmachu i poziomu wizualnego zespół w naszym kraju, nawet o krok nieustępujący w tym względzie najpopularniejszym nazwom gatunku. Nergal i spółka zaprezentowali bardzo godny set, sięgając zarówno po starsze numery (Decade ov Therion, Chant for Eschaton 2000, Demigod Conquer All, Ov Fire and the Void), kawałki z The Satanist (Ora Pro Nobis Lucifer, Messe Noir, Blow Your Trupmets Gabriel; O Father, O Satan, O Sun) oraz 2 kompozycje z niewydanej jeszcze wówczas ILYAYD (Wolves ov Siberia oraz God=Dog). Behemoth to maszyna koncertowa, bezbłędna, wyrachowana, perfekcyjna. Warto było zjawić się drugiego dnia SDL chociażby dla tego właśnie koncertu, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że okazji do zobaczenia zespołu w Polsce nie będzie w najbliższym czasie zbyt wiele.

 

I należałoby w tym miejscu zakończyć te rzewne wspomnienia. Kolejna edycja Summer Dying Loud 2018 znów wypadła świetnie, nie tylko pod względem bogatego i dość zróżnicowanego repertuaru, ale również organizacyjnie – tu owacje na stojąco dla niezmordowanego Tomasza Barszcza i całej ekipy SDL, która dopilnowała, aby zapewnić jak najwyższy poziom imprezy. Cóż, ja, oraz moi drodzy koledzy i koleżanki jesteśmy wielce ukontentowani.

Do następnego!

Autorem zdjęć jest Aleksander Honc

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .