The Sisters Of Mercy, A.A. Williams – Kraków (7.10.2019)

Legendarna grupa The Sisters Of Mercy zawitała na dwa polskie koncerty. 6 października Andrew Eldritch wraz z ekipą wystąpił we wrocławskim A2, a dzień później w krakowskim Klubie Studio. Organizatorem wydarzeń był Knock Out Productions.

Jeśli z pozoru oczywistą rolą supportującego artysty jest rozgrzać publiczność przed występem gwiazdy wieczoru, to pochodząca z Anglii A.A. Williams (oraz dwójka towarzyszących jej muzyków) osnuwa słuchaczy mgłą, chłodem i melancholią, i raczej mrozi duszę. “Ojej, ale ona smęci”, usłyszałem gdzieś zza pleców. No cóż, może i smęci, ale wciągająco, klimatycznie, tak by się zasłuchać. Nie ma to nic wspólnego z nudą – przynajmniej nie moją. Mroczne, folkowe, akustyczne klimaty, ale wzbogacone też elektrycznymi riffami, mającymi wiele wspólnego z post-rockiem i shoegaze – na żywo numery Angielki wypadają mocniej – niosą w sobie pierwiastek hipnotyczny (możliwe, że dla niektórych nasenny).

Porównania do takich artystek jak Chelsea Wolfe jak najbardziej zasadne, a jeśli nawet dorobek jeszcze nie ten (A.A. Wiliams wydała na razie jedną EP-kę), to talentu liryczno-muzycznego artystka ma dość, by dołączyć do pierwszej ligi frapujących wiedźm muzyki rockowej i alternatywnej. Gdy zielonkawe, mało wyraziste światło padało na jej spowitą czernią postać, która dzierżyła gitarę lub uderzała w klawisze, artystka prezentowała się niemal jak czarownica z okładki debiutu Black Sabbath. Tylko jasny, czysty, pewny głos niósł w sobie smutek, raczej pozbawiony zła czarnej magii.

No dobrze, ale występ tercetu był jedynie (smakowitą) przystawką. Ktoś mnie nastraszył przed koncertem Siostrzyczek, że Andrew Eldritch w słabej formie ostatnio. Nie potwierdzam podobnych sądów. Jego niski, wampiryczny, niby wyrachowany głos brzmiał bardzo dobrze. Lider The Sisters Of Mercy prezentował się demonicznie w tradycyjnych ciemnych okularach, zastygając teatralnie w snopach jednorodnego światła, które zmieniało tylko barwę, z rzadka pulsując. Oszczędna, ale bardzo klimatyczna i utrzymana w duchu lat 80. scenografia (prostokątne panele, w których załamywały się snopy reflektorów) i nienachalna gra świateł pomagała przenieść się do czasów świetności tego typu muzyki, podobnie jak wystrój samego Klubu Studio – zwłaszcza cudownie industrialny sufit. Prawie jak party w cieszących się złą sławą tunelach metra, gdzie nieumarli lubią urządzić sobie imprezkę do mechanicznej, chłodnej, a jednocześnie pełnej uczuć muzyki.

Rozpoczęli tak samo jak we Wrocławiu, ale inaczej niż wcześniej na trasie, energetycznie zagranym More. Gdy ma się zresztą niedużą, ale bardzo konkretną dyskografię, wybór numerów na setlistę jest jasny. Niektórych piosenek nie mogło zabraknąć. Pewne rzeczy można jednak zepsuć. Nie stało się tak w Krakowie, może dlatego, że zespół nie wydziwiał specjalnie, trzymany metalicznym, marszowym uderzeniem automatu perkusyjnego, jedynego obok Eldritcha stałego członka zespołu. Jasne, ktoś może powiedzieć, że damskie chórki (choćby i jedna solistka) dodałyby tym utworom perwersyjnego wdzięku, a parę zagranych na żywo smaczków rozświetliłoby je jaśniej. Obsługujący elektronikę jegomość robił za pół orkiestry, ale nie przeszkadzało to w odbiorze. Podniosły Dominion/Mother Russia, czy do cna chłodne, przesycone nowofalową aurą Marian (cudownie zespół utonął w purpurowych światłach) i First and Last and Allways wypadły przekonująco. To w motorycznej prostocie tkwiła zawsze siła tych numerów.

Dwójka towarzyszących liderowi gitarzystów udzielała się też wokalnie, co urozmaicało je aranżacyjnie. Dobrze się to sprawdzało zarówno w kawałkach z mocniejszych w wyrazie, jak i w tych o bardziej nastrojowym klimacie, jak zagrane na akustykach Something Fast i I Was Wrong. Stałem zbyt daleko, bym mógł potwierdzić, że panowie grali z playbacku (przynajmniej czasem wspomagając się). Muszę jednak odnotować, że takie głosy się pojawiły, i nie były jednostkowe. Jeśli tak, no to smutno… Trudno mi jednak jakoś specjalnie narzekać, zwłaszcza gdy na bis dostałem doskonały zestaw w postaci przebojowej parady: Lucretia My Reflection (w niemal hardrockowej wersji), Vision Thing, Temple Of Love i This Corossion. A ci, którym nie w smak było “smęcenie” pani Williams, mieli okazję, bo trochę żwawiej pohasać.

Mógłbym się przyczepić do tego i owego, ale bawiłem się dobrze. Andrew Eldritch chyba też. Lider Siostrzyczek do wylewnych na scenie nie należy, jednak czuć było, że jest zadowolony z odbioru, jakim uraczyła go krakowska publiczność, a jego głos zabrzmiał mrocznie i pewnie – to w gruncie rzeczy najważniejsze.

Setlista koncertu The Sisters Of Mercy.

fot. Dariusz Ptaszyński

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .