Watain, Anaal Nathrakh – Tokio (01.03.2019)

Czasem ciekawie jest po prostu rzucić wszystko i pojechać… no, tym razem nie w Bieszczady, a do Japonii. To tam właśnie zahaczała odnoga trzymiesięcznej trasy Watain o dumnie brzmiącej nazwie Axis Mundi. Nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać po koncercie w Azji (sic!), ale muszę przyznać, że jest to bardzo egzotyczne wydarzenie, godne spróbowania chociaż raz.

Pierwsze, co może wydać się Europejczykowi nieco dziwne, jest to, jak wcześnie zaczynają się japońskie koncerty. Pod klubem duo Music Exchange pojawiłam się już o 16.00 czasu miejscowego, ponieważ drzwi otwierały się o siedemnastej, a pół godziny później pojawiał się pierwszy zespół.

Przekrój zespołów był wręcz „światowy”, co w sumie było dosyć ciekawe. Właśnie o wpół do szóstej na scenie pojawili się Australijczycy z Hybrid Nightmares. Zostali bardzo ciepło przyjęci przez japońską publikę, zwłaszcza kiedy frontman zaskarbił sobie ich sympatię, kiedy wypowiadał całe zdania po japońsku. Chyba całkiem nieźle mu szło, ponieważ każde krótkie przemówienie było okraszone radosnymi okrzykami i brawami – podobnie jak każdy utwór australijskich deathmetalowców. Ich utwory tworzyły przyjemną mieszankę melodyjnego deathu, core’u i różnych progresywnych wstawek, więc ciężko ich zaszufladkować do jakiegokolwiek jednego gatunku. Za to jednak duży plus – przez to występ ani się nie dłużył, ani nie nudził.

W przerwie między zespołami techniczni opuścili czarną kurtynę, tak aby widownia nie była w stanie zobaczyć, jak zmienia się wystrój sceny, czy jak muzycy stroją swoje gitary. Kolejna dosyć zaskakująca rzecz dla gaijina (osoby spoza Azji), nieobeznanego z tamtejszymi zwyczajami.

Po Australii przyszedł czas na Japonię – na scenie pojawił się lokalny zespół Ethereal Sin. To było zdecydowanie coś egzotycznego, co warto było zobaczyć. Blackmetalowy kwintet był ubrany w tradycyjne kimona, do których muzycy dobrali typowe dla gatunku łańcuchy, pieszczochy czy odwrócone krzyże. Tworzyło to niespotykane, ale dosyć intrygujące połączenie – tak samo jak ich muzyka. Melodyjny black w wydaniu azjatyckim brzmi – wbrew pozorom – bardzo dobrze! Połączenie tradycyjnej muzyki japońskiej z zimnym, nordyckim blackiem dało znakomity efekt, a publika reagowała żywo, wrzeszczała wraz z wokalistą, wyraźnie znała te utwory.

Jednakże piekło rozpętało się dopiero na Anaal Nathrakh. Kto by mógł przypuszczać, że nieśmiali i pokorni Japończycy są w stanie robić ścianę śmierci, stagediving i crowdsurfing? Nie byłam przygotowana na to, że na głowę spadnie mi co najmniej sześciu potężnej postury Japończyków! Brytyjski kwartet z Birmingham zdecydowanie przypadł do gustu Japończykom. Wokalista starał się urozmaicić wieczór, opowiadając dużo o wszystkim i o niczym, chwilami nawet żartując, że „pewnie i tak nic z mojego gadania nie rozumiecie”. Sporo utworów pochodziło z ostatniego albumu, ale to klasyki takie jak chociażby Bellum Omnium Contra Omnes czy In The Constellation of the Black Widow spotkały się z największym entuzjazmem publiczności.

Po Anaal Nathrakh wreszcie zamykający wieczór Watain. Kolejną zaskakującą obserwacją było to, że większość osób przyszła jednak wyłącznie na występ Brytyjczyków, ponieważ tuż po nich sala duo Music Exchange nieco opustoszała. Wygląda więc na to, że zakorzeniony w Stanach grindcore ma się w Japonii znacznie lepiej niż skandynawski black metal.

Trzeba jednak przyznać, że chociaż Watain na żywo znakomity jest w zasadzie zawsze, to ich sceneria sceniczna w Japonii została znacznie okrojona – zniknęły pochodnie, ogień, świece, a nawet większość trójzębów. Pozostał tylko backdrop i ubogie, podświetlone sztandary tworzące logo zespołu.Coś innego, ale nie powiedziałabym, że negatywnego – i chociaż ogień pełni pewną transcendentną rolę w koncertach-rytuałach Watain, tutaj uzyskano efekt wręcz takiego intymnego, niewielkiego gigu jeszcze mało znanego zespołu, którego nie stać na te wszystkie pirotechniczne cuda. Muzyka jednak na tym absolutnie nie ucierpiała – a jeśli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości, czy to może się udać, po genialnym Storm of the Antichrist z pewnością przestał je mieć.

Następnie po krótkim przywitaniu szwedzka wataha przeszła do Nuclear Alchemy z ostatniej płyty, siejąc totalne zniszczenie i dając z siebie wszystko, czego nie można raczej powiedzieć o japońskiej publiczności. Ktoś czasem rzucił rogami czy pięścią, ale w większości raczej obserwowano Watain jak ciekawe i egzotyczne zjawisko. Nawet jeśli pojawił się jakiś mosh pit, to pierwsze rzędy i barierki (przy których stałam) w ogóle tego nie odczuły.

Erik Danielsson mimo wszystko próbował uwodzić publikę, przemawiał, kazał krzyczeć dla diabła czy wymachiwać pięścią do rytmu. Pod koniec setu zapowiedział też utwór Sworn to the Dark „dla braci Seta [Teitana – byłego gitarzysty] i Håkana [Jonssona – byłego perkusisty Watain], którzy weszli na drogę bez powrotu” (tłum. własne), byłych członków zespołu. I jak kawałki z albumu Sworn to the Dark sprawdzały się na żywo jeszcze całkiem nieźle, to zagrany chwilę później cover Bathory, The Return of Darkness and Evil został odebrany raczej niemrawo, a publika wydawała się wręcz skonfundowana, zupełnie jak gdyby Watain nagle zagrali cover Abby.

Nie bez smutku pożegnałam wilki z Uppsali po genialnym The Serpent’s Chalice zagranym na koniec. Mimo braku klasycznego wystroju sceny i dzikiego entuzjazmu tłumu, Watain dali znakomity gig i jednocześnie pokaz swojego profesjonalizmu i klasy. Mając obecnie porównanie z europejskimi koncertami zespołu, śmiało mogę stwierdzić, że Szwedzi radzą sobie doskonale w każdym miejscu, niezależnie od okoliczności. Występ w Tokio z pewnością zaostrzył mój apetyt na więcej, tak, że nie pozostało nic innego, jak tylko czekać na gig następnego dnia w Nagoji, a później w Osace…

Tagi: , , , , , , , .