Nocny Kochanek: Szczytowanie

Jakkolwiek bardzo byście nie protestowali, to faktów nie da się zanegować. A spektakularny, jak na polskie warunki sukces, jaki w ostatnich latach stał się udziałem Nocnego Kochanka, jest faktem. Po dwóch płytach Nocny Kochanek postanowił wydać DVD, a kolejny album pojawi się lada moment. Z tej okazji o nowych i starych nagraniach, ale także o miejscu Nocnego Kochanka w metalowym świecie, rozmawialiśmy z gitarzystą zespołu, Arkiem Majstrakiem.

Traktujecie DVD „Noc z Kochankiem – Lajw na Żywo” jako szczyt popularności Nocnego Kochanka? Szczytujecie?

Szczytowanie Nocnego Kochanka – całkiem dobrze brzmi i pasuje do nas (śmiech). Ale nie, nie takie było zamierzenie. Na „szczytowanie” jeszcze przyjdzie pora i mam nadzieję, że jeszcze wiele dobrego przed nami. Fakt – osiągnęliśmy pewien pułap, udało się nam zrobić sporo rzeczy, które nie udają się wszystkim. Można więc stwierdzić, że jesteśmy szczęściarzami. Jednak to wszystko nie jest zamierzone. Nie mamy z góry założonego planu, który mówi, że teraz musimy zrobić to, potem tamto, a jeszcze potem musimy nagrać DVD, żeby to wszystko podsumować. Myślałem ostatnio o „Nocy z Kochankiem”, zastanawiałem się, czy to jest dobry pomysł wydawać taki materiał po drugiej płycie. Faktycznie, ktoś może pomyśleć, że to przesada. Niektórzy nagrywają DVD po kilkunastu albumach, a tutaj ledwie dwa krążki i już zapis koncertowy. Dostaliśmy jednak szansę na realizację takiego materiału i postanowiliśmy z niej skorzystać. Bardzo zżyliśmy się z naszymi dwoma płytami – „Hewi Metal” i „Zdrajcy Metalu”. Nie wiem, czy to właśnie teraz jest szczyt naszej popularności, jednak te dwa albumy zmieniły wiele w naszym życiu. Zdecydowaliśmy uczcić to w taki właśnie sposób. Kiedy wydamy następną płytę, będziemy musieli rezygnować z grania części numerów na żywo, upychać setlisty, zrobić jakiś przekrój najlepszych kawałków. Kiedy dotarło to do nas, stwierdziliśmy, że będzie nam szkoda tych kilku numerów, które zwyczajnie nie będą się już pojawiać na koncertach tak regularnie, jak do tej pory.

Nie było więc myśli o podsumowaniu czy też o otwarciu nowego rozdziału?

Być może jest to bardziej upamiętnienie niż podsumowanie. W tym okresie osiągnęliśmy coś niesamowitego i tak chcemy to zapamiętać. Nie wiązały się z tym konkretne plany i głębokie przemyślenia. Może ktoś pomyśli, że nagrywanie DVD po dwóch płytach studyjnych to coś w rodzaju „gwiazdorki” lub zwyczajnie – skok na kasę. Tymczasem nie towarzyszyły temu wydawnictwu żadne skomplikowane plany i założenia biznesowe. Chcieliśmy to zrobić i to zrobiliśmy. Mam nadzieję, że „Noc z Kochankiem” znajdzie uznanie w oczach naszych fanów. Jestem dobrej myśli.

Jest fajne. Przyznaję to jako facet, który nie jest jakimś wielkim fanem Nocnego Kochanka, choć śledzi, co się w zespole dzieje. Nagranie oglądało mi się dobrze. Krzysiek robi fajne miny na scenie.

(śmiech) Tak, Krzysiek ma dość plastyczną twarz, a kamery na niego polują. Zresztą u każdego z nas można wyłapać mniej lub bardziej wdzięczny wyraz twarzy (śmiech).

Nocny Kochanek, fot. Albert Gula

Czy „Noc z Kochankiem” nie jest też przypadkiem filmem dokumentalnym o tym, jak bestia o nazwie Nocny Kochanek ostatecznie pożera bestię o nazwie Night Mistress?

Nie używałbym tak mocnych słów w tym kontekście. Z Night Mistress jesteśmy bardzo związani i zespół będzie wciąż funkcjonował. Nie dość powiedzieć, 24. listopada w Progresji wystąpimy jako Night Mistress, gdzie będziemy wspólnie z klubem świętować nasze 15. urodziny, bo okazało się, że nasza historia rozpoczęła się w tym samym czasie. Prawda jest jednak taka, że Night Mistress jest jednym z wielu zespołów w swoim gatunku. Heavy metal dobrej jakości gra w Polsce co najmniej kilkanaście kapel i nie można się oszukiwać – na taką muzykę nie ma popytu. Gdybyśmy pozostali wierni zespołowi Night Mistress, nie gralibyśmy tak regularnie. Nocny Kochanek jest zaś jedyny w swoim rodzaju i dzięki temu odniósł sukces. Jeżeli teraz zdecydowalibyśmy się realizować Night Mistress, wydarzyłoby się to kosztem Nocnego Kochanka. Nie sądzę, aby znalazło to uznanie w oczach fanów naszej twórczości „nocno-kochankowej”. Spójrzmy prawdzie w oczy – ile byśmy się nie starali, ile byśmy wysiłku w Night Mistress nie włożyli, ten zespół nie jest w stanie osiągnąć tyle, ile Nocny Kochanek. Na pewno jednak będziemy występować pod szyldem Night Mistress. Całkiem niedawno zrobiliśmy jeden utwór, który do Kochanka się nie nadaje, jest dużo bardziej „mistressowy”. Nocny Kochanek jest bestią. Nie pożarł jednak Night Mistress, jest jednak karmiony fanami, ich zabawą. Wreszcie – jest to nasz sposób na życie.

A kiedy na przykład przemierzacie Polskę w busie albo wracacie po koncercie Nocnego Kochanka do hotelu i rozmawiacie ze sobą, to nie pojawia się nutka zdziwienia czy żalu, że Kochanek „zażarł” i ma świetną, liczną publikę, a Night Mistress nie? Że heheszki Kochanka sprawiają, że jest on magnesem dla ludzi, a Night Mistress jest po prostu jednym z kilku czy kilkunastu zespołów?

Nie prowadzimy rozmów o egzystencji Night Mistress i Nocnego Kochanka. Nie poruszamy tego tematu i nie gdybamy. Jeśli jednak zastanowić się nad tym, co odróżnia jeden zespół od drugiego i co sprawia, że jeden zażarł, a drugi nie, to dojdziemy do wniosku, że wpływ miały na to teksty, to heheszkowanie. Ludzie naprawdę potrzebują muzyki po polsku i nie mam tutaj na myśli tylko śmieszkowania i robienia sobie żartów. To nawet odnosi się do polskojęzycznych tekstów Night Mistress, które w mojej opinii są lepiej przyjmowane niż anglojęzyczne. Myślę, że to jest ważny czynnik. Nie bez znaczenia jest również powiązanie języka polskiego z naszym specyficznym poczuciem humoru. Jest wiele aspektów w twórczości Nocnego Kochanka, które ostatecznie złożyły się na to, że to właśnie ten projekt jest dużo bardziej rozpoznawalny od Night Mistress.

Wasz sukces jest znaczący. Może też być efektem tego, że przysłowiowy kij w dupie sceny metalowej jest momentami aż nazbyt sztywny.

Siedzieliśmy w tym długo, więc wiemy jak ugryźć ten temat, żeby z tego pożartować. Nie śmiejemy się z kogoś, tylko sami z siebie. To nie jest tak, że Nocny Kochanek kpi i wyśmiewa scenę metalową, wreszcie – nie wszystkie teksty poruszają tematykę subkultury metalowej. My sami do tej subkultury należymy i jesteśmy jej częścią – wcześniej jako fani zespołów metalowych, teraz jako muzycy. Nasze żarty o glanach czy Amarenach – my to wszystko przeszliśmy, tylko że parę lat temu.

 

Jakie są reakcje innych muzyków na Nocnego Kochanka? W rozmowach z członkami innych zespołów, mniej lub bardziej popularnych, często słyszę, że oni nie potrafią ogarnąć tego, że Nocny Kochanek ma mnóstwo fanów i zapełnia sale, a oni nie. Zawsze jest w tym nutka zazdrości. Czy do was, gdzieś na backstage, przychodzą inni muzycy i pytają: „what the fuck?”.

Najgorsze jest to, że chyba nie spotkałem się z kimś, kto przyszedł i wprost powiedział, że dla niego to jest takie, owakie, nie podoba mu się. W twarz wszyscy mówią, że jest okej, fajne. A potem dochodzą do nas przeróżne głosy. To dla nas smutne, gdy okazuje się, że ktoś, kogo uważaliśmy za kolegę czy przyjaciela, z kim graliśmy wspólnie koncerty, opowiada na nasz temat przykre historie. To ciężki temat. Jest w tym chyba faktycznie nutka zazdrości. Kiedy jeszcze kilka lat temu, wypruwaliśmy sobie żyły z Night Mistress, robiliśmy wszystko, żeby to zażarło, również nie kumałem dlaczego sukces nie przychodzi, a przecież tworzyliśmy taką ambitną i zajebistą muzę (przynajmniej w naszym odczuciu). Gdyby wtedy był ktoś taki, jak Nocny Kochanek, kto sobie robi jaja z metalu i odnosi sukces, też nie jestem do końca pewny, jaka byłaby moja reakcja. Nawet gdyby mi się spodobało, możliwe że i tak czułbym zazdrość, bo jak to: ja staram się jak mogę i sukcesu brak, a ktoś robi sobie żarty i staje się gwiazdą? Dopiero potem okazało się, że to robienie sobie żartów to nie jest łatwa sprawa, nie jest tak, że napiszesz głupi tekst i gotowe. Nie chcę wyjść na nieskromnego, jednak żart Nocnego Kochanka nie jest podwórkowo-żenujący… Oczywiście, miejscami jest – bo musi, ale jest głęboko przemyślany. Musi śmieszyć, ale nie może żenować. Łatwo jest napisać tekst, w którym użyjesz wielu przekleństw i żartów z najniższej półki… Wracając do tematu – ostatnio dowiedziałem się, że pewien muzyk ze znanego zespołu powiedział, że szanuje Nocnego Kochanka, ale to jest dla niego takie disco-polo. Nie każdemu nasza twórczość musi się podobać, należy jednak odróżniać muzykę disco-polo od muzyki metalowej czy rockowej. To elementarz wiedzy o muzyce w ogóle. Wiele osób, nawet wśród dziennikarzy, powiela stereotypy, nie słysząc naszej muzyki, powtarza to, co mówią inni. Osobną sprawą jest hejt w internecie, który jest z nami każdego dnia. Nauczyłem się z tym żyć i nie zwracać uwagi, jednak w początkowym etapie kariery Nocnego Kochanka, było to bardzo dotkliwe. Łatwo natknąć się na artykuły i komentarze pojawiające się na fanpejdżach redakcji muzycznych czy radiowych. Zawsze jest miejsce na hejt. Teraz nie czytam tego, ale kiedyś ciekawość wygrywała. To bardzo miłe, gdy gramy koncerty w wypełnionych do ostatniego miejsca klubach, że nasze płyty sprzedają się i to co robimy, jest szanowane przez ludzi. Generalnie jednak jest to smutne, że tak niewiele zespołów w Polsce może się pochwalić tym samym, a jeśli już komuś się udaje, to musi być tak odjechany jak Nocny Kochanek. Szkoda, że Night Mistress czy inne zespoły metalowe nie mogą mieć choć w połowie takich osiągnięć jak Kochanek. Taki rynek, taka rzeczywistość.

Rynkiem rządzi popyt. Kiedy Nocny Kochanek zażarł, nie mieliście tak naprawdę wyjścia. A z disco-polo łączy Was chyba jedynie przystępność muzyki, która też jest ważnym aspektem. Nie chodzi przecież o techniczną maestrię czy aranżacyjne wygibasy.

Tu muszę ci przyznać rację. Mimo że jest to muzyka metalowa, jest bardzo przystępna. Czasami, kiedy mamy jakiś bardziej zawiły pomysł, wolimy zrealizować go jako Night Mistress. Kompozycje są więc przyjemne, choć niektóre partie są i tak trudne do zagrania. A może po prostu jesteśmy kiepskimi muzykami (śmiech).

Wróćmy na chwilę do DVD „Noc z Kochankiem – Lajw na Żywo”. Czy musieliście się do tego koncertu jakoś specjalnie przygotowywać? Czy po prostu zagraliście koncert?

Nasze przygotowania i przebieg koncertu nie były w gruncie rzeczy wyjątkowe. Setlista była dłuższa – zagraliśmy właściwie cały repertuar, który stworzyliśmy jako Nocny Kochanek. Zdecydowaliśmy się nie umieszczać tylko dwóch utworów. Podczas samego występu stres na scenie był większy, bo każdy z nas miał świadomość, że się nagrywa. Podczas koncertu drobne potknięcia mogą się zdarzyć, a kiedy pojawia się jeszcze dodatkowy stres, napięcie, trzeba tym bardziej utrzymać koncentrację, aby wyeliminować potencjalne błędy. Nasz występ na „Nocy z Kochankiem” został dobrze zagrany. Na etapie produkcji filmu, nie było wielu poprawek i ulepszeń. Ważne było dla nas, aby numery zarejestrowane numery były rzeczywiście słyszalne jak zagrane na żywo – stąd podtytuł „lajw na żywo” (śmiech). Nie szlifowaliśmy tego do poziomu majstersztyku, nie dogrywaliśmy, nie maskowaliśmy niedociągnięć, bo byłoby to oszustwem. Jeśli chodzi o różnice – inna była infrastruktura sceniczna, inne oświetlenie. Pierwszy raz użyliśmy pirotechniki. Byliśmy inaczej przygotowani jeśli chodzi o realizację dźwięku – nagłośnienie koncertu i sali to jedno, ale przy tego typu produkcjach, używany jest jeszcze jeden dodatkowy stół mikserski, na którym realizowany był dźwięk tylko na potrzeby nagrania. Byliśmy bardzo podekscytowani, bo wiedzieliśmy z czym się wiąże ten występ. Było więcej emocji. Nasz fanklub się świetnie spisał i był bardzo widoczny pod sceną. Nasi fani nas nie zawiedli. Każdy koncert cieszy, ale gdy masz świadomość, że to dla ciebie wydarzenie niemalże historyczne, z uwagi na rejestracje, daje to dużo adrenaliny. I to takiej, która pomaga się skupić, aniżeli dekoncentruje.

Sami wydacie tę płytę?

Tak, wydajemy tę płytę własnym sumptem, jak wszystkie poprzednie. Oczywiście za wyjątkiem DVD z Woodstocku, które było wydane przez Złoty Melon.

Czy w związku z waszym sukcesem nie zgłosiły się do was firmy fonograficzne?

To jest ciekawa historia. Kiedy szukaliśmy wydawcy dla płyty „Hewi Metal”, nikt zdawał sobie sprawy, że Nocny Kochanek będzie miał taki potencjał. Oczywiście, każdy miał z tyłu głowy świadomość istnienia zespołu Night Mistress, który był już rozpoznawalny, głównie za sprawą „Minerału Fiutta”. Analityczny umysł mógł już zatem wywęszyć w tym biznes, coś wisiało w powietrzu, ale ostatecznie żaden przełom nie nastąpił. My oczywiście chcieliśmy to wydać. Byliśmy zdania, że porządna płyta musi mieć wydawcę. Szukaliśmy więc wytwórni. Niestety – odbijaliśmy się od drzwi, stawiane nam były warunki, których nie chcieliśmy zaakceptować. Wreszcie postanowiliśmy zrobić to sami, przy znaczącym wsparciu Damiana Ekmana i jego firmy Hand2Band. To Damian wyciągnął do nas rękę i pomógł nam w dystrybucji tego albumu. Ciekawe jest to, co wydarzyło się później. Po szumie medialnym, jaki spowodowały nasze albumy – najpierw „Hewi Metal”, a później „Zdrajcy Metalu” – to wytwórnie zaczęły się odzywać do nas. Te same firmy, które wcześniej nie widziały w nas żadnego potencjału, nagle miały dla nas propozycje. Przemysł wydawniczy rządzi się swoimi prawami, w tym świecie liczy się głównie pieniądz. Niewiele jest firm, które traktują artystów jako partnerów w biznesie. A przecież dobra współpraca udaje się tylko wtedy, kiedy obie strony są zadowolone.

Nocny Kochanek, fot. materiały prasowe

Kto jeszcze razem z wami pracuje na sukces zespołu? Czy wasza piątka zajmuje się absolutnie wszystkim?

Nie, nie dalibyśmy rady. Przede wszystkim pracuje z nami menadżer, który jest koordynatorem wszystkiego. To jego zadanie. Jest to zaufany człowiek, któremu możemy powierzyć nasze sprawy i nie musimy się o nie martwić. Między nami następuje tylko komunikacja – robimy tak, czy robimy tak. Zapada decyzja i menadżer się tym zajmuje. Ale jest też kilka innych osób, z którymi współpracujemy na różnych płaszczyznach, ciężko nawet na gorąco byłoby mi wszystkich wymienić. Najbliżsi współpracownicy to nasz kierowca i koordynator sklepu internetowego w jednym, nasi technicy, którzy dbają o nas i techniczne aspekty w na długo przed i w czasie trwania koncertu, wreszcie realizatorzy dźwięku, którzy obsługują nasze koncerty. Wszyscy jesteśmy ze sobą bardzo związani, funkcjonujemy jak rodzina – czasami się kłócimy, jednak zdecydowanie więcej czasu spędzamy dobrze czując się w swoim towarzystwie. Osoby, z którymi pracujemy na co dzień, znają dobrze nas i nasze potrzeby. To sprawia, że w wielu kwestiach jesteśmy odciążeni, bo obowiązków związanych z graniem jest tak dużo, że gdybyśmy mieli zajmować się wszystkimi sprawami sami, to zwyczajnie popękałyby nam głowy.

Podczas odbywającego się na tegorocznym Sopot Festivalu koncertu na 30-lecie Big Cyca wykonaliście „Wielką miłość do babci klozetowej” z ich repertuaru. A ja tak sobie myślę: w tym momencie to Nocny Kochanek bardziej potrzebuje Big Cyca, czy może Big Cyc Nocnego Kochanka?

Chyba nie warto tego w ten sposób ujmować. Lubimy się. Poznaliśmy się dużo wcześniej. My wychowywaliśmy się w czasach, w których Big Cyc święcił największe triumfy. Dżej Dżej powiedział nam ostatnio: „Chłopaki, ja w was widzę nas sprzed dwudziestu pięciu lat”. (śmiech)

A czy wy w Big Cycu widzicie Nocnego Kochanka dwadzieścia pięć lat później?

Szczerze mówiąc, chyba nie. Nie wiem jak będzie, ale oba te zespoły to inna bajka. Oczywiście, można doszukiwać się podobieństw, jednak muzyka i sama twórczość jest zupełnie inna. Nie wydaje mi się, żeby utwory Nocnego Kochanka znała cała Polska, dosłownie cała – jak w przypadku numerów Big Cyca. Chociaż kto wie, co będzie za 30 lat…

Jak się czuł metal na festiwalu w Sopocie?

Bardzo nieswojo (śmiech). To ciekawe doświadczenie, cieszę się, że miałem możliwość wystąpić na tej scenie, dla tej publiczności. Dla moich rodziców, dla ludzi starszych ode mnie, Sopot ma wciąż bardzo dużą rangę. Jako Nocny Kochanek, znaleźliśmy się tam dzięki Big Cycowi i już w momencie otrzymania zaproszenia wiedzieliśmy, że opinie będą różne. Nie mogliśmy jednak zmarnować takiej okazji – metalowców i hewi metalu chyba na festiwalu w Sopocie jeszcze nie było…

Na stricte metalowe festiwale nie jesteście zapraszani, ale jesteście zapraszani wszędzie indziej, dlatego docieracie do niemetalowej publiczności. I to czyni was pierwszym metalowym zespołem dla wielu odbiorców.

I to jest bardzo fajne. Zauważyliśmy to jakiś czas temu. Jest wiele osób, które przychodzą do nas po koncercie i mówią: „Jesteście zajebiści, słucham na co dzień hip-hopu, ale was lubię”. „Wcześniej myślałem, że metal to co innego, takie darcie japy, a nie coś takiego”. W ogóle, patrząc przekrojowo na publiczność przychodzącą na nasze koncerty, daje się wyłapać przedstawicieli wielu różnych subkultur młodzieżowych. Nie są to bynajmniej tylko metalowcy.

Panie po pięćdziesiątce w sweterkach?

Również! Ludzie przychodzą nawet w pidżamach (śmiech). Spotkaliśmy się z wieloma osobami, które zaczęły słuchać metalu dzięki Nocnemu Kochankowi. Oni nie wiedzieli, że muzyka metalowa to też ciekawy rytm, fajna melodia i wbrew pozorom i stereotypom – nie tylko darcie mordy. Ludzie są zaskoczeni. Niektórzy po naszych koncertach zaczęli słuchać Iron Maiden, bo dowiedzieli się, że jesteśmy fanami. I naprawdę się zdziwili, bo spodziewali się czegoś zupełnie innego. My się z tego cieszymy. Ten zdradziecki zespół, wyklęty w polskim metalu, być może przyczynia się do tego, że coraz więcej ludzi spoza tego nurtu zaczęło tej muzyki słuchać i ją dostrzegać (śmiech).

W styczniu ma się pojawić nowa płyta. Jaka ona będzie? Będzie na niej coś nowego? Nocny Kochanek zrobi jakąś woltę stylistyczną?

Wydaje mi się że, muzycznie płyta jest podobna do poprzednich. Trudno mi o tym mówić, bo mam te numery już tak bardzo wbite do głowy, że razem z utworami z poprzednich płyt stanowią dla mnie monolit i jedną całość. Będą zmiany, jednak nie sądzę, aby wywołały stylistyczną rewolucję w naszej twórczości. Będzie sporo nowych nawiązań do artystów i zespołów, które lubimy. Znajdzie się kilka lub kilkanaście niespodzianek. Jeżeli zaś chodzi o teksty, tutaj będzie najwięcej zmian. Proszę się nie martwić – nie będą to teksty mądre w klasycznym ujęciu, czy rozbudowane i głębokie egzystencjalno-poetyckie analizy życiowe. To nadal będą heheszki. Ale tematyka będzie inna. Postanowiliśmy odstawić alkohol.

Oho.

To oczywiście nie jest tak, że już nie mieliśmy o czym pisać w tej materii, bo alkohol to akurat temat rzeka i można o nim napisać tuzin płyt. Stwierdziliśmy jednak, że chcemy zaprezentować światu nasz humor w innych płaszczyznach. Skupiliśmy się na stosunkach międzyludzkich, relacji między kobietą a mężczyzną, na problemach jakie wynikają z tego typu stosunków. Tematyka się zmienia, stylistka zostaje ta sama. Żeby uniknąć szoku, alkohol będzie dostępny, bo każdy dobry detoks zakłada stopniowe odstawienie… Będą to jednak tylko, tak zwane, smaczki.

Czy ta zmiana wynika z tego, że obawialiście się, że ten sam żart nie będzie śmieszył po raz trzeci? A może formuła zaczyna się wyczerpywać lub nudzić was samych?

Jestem przekonany, że jesteśmy zdolni napisać śmieszne teksty o alkoholu, więc nie o to chodzi. Chcemy pokazać, że żart nie musi opierać się tylko na piciu i imprezowaniu, może mieć też inny aspekt. Z tym samym pytaniem zmagaliśmy się przed wydaniem płyty „Zdrajcy Metalu”. Wówczas wybroniliśmy się i album został przyjęty ciepło, mam nadzieję, że teraz również sprostamy zadaniu. Wkrótce sami się przekonamy i sprawdzimy jaki będzie odbiór, co jest lepsze. Może się też okazać, że taka klasyfikacja w ogóle nie ma sensu. Może na czwartej płycie w ogóle nie będziemy się zastanawiać, czy pisać o tym, czy o tamtym, czy czegoś jest za dużo lub za mało. Z optymizmem patrzę w przyszłość.

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , , , , .