Sepultura: „Problemem są ludzie, nie technologia”

Nowy mesjasz pochodzi z Brazylii i jest maszyną. Pozwólcie, że przedstawi wam go Derrick Green, wokalista kultowej Sepultury, która lada moment zaprezentuje światu swoje nowe, zaskakujące dzieło Machine Messiah.

Machine Messiah – taki tytuł nosi nowa płyta Sepultury. Na pierwszy singiel wybraliście numer I Am the Enemy, mocno thrashowy, szybki, bezpośredni. Moim zdaniem nie reprezentuje on jednak należycie nowego albumu, bo reszta utworów jest inna. Machine Messiah to album mroczny, niepokojący. Dlaczego zatem wybraliście I Am the Enemy na pierwszy singiel?

To był pierwszy utwór, jaki napisaliśmy na nową płytę, więc czuliśmy się z nim pewnie. Może wybranie któregoś z innych utworów byłoby nieco zbyt szokujące dla naszych słuchaczy? (śmiech) Chcieliśmy zadowolić i starych fanów, i nowych. I Am the Enemy jest chyba najbliższy takiemu podstawowemu brzmieniu Sepultury, ma w sobie te stare, znane elementy. Chcieliśmy, żeby ludzie mogli się dzięki temu wgryzać w nową płytę powoli. Zgadzam się, że to utwór inny niż reszta na płycie, ale chyba sensowniej jest, jeśli słuchasz tego w tej kolejności, od początku, do końca, podążasz za ewolucją.

Więc jesteście świadomi, że Machine Messiah może być niespodzianką dla części fanów.

Zdecydowanie. Wydaje mi się, że miłośnicy muzyki metalowej są bardzo przyzwyczajeni do tego, że coś brzmi tak samo, jak w przeszłości. Wchodzenie na nowe terytoria i poszukiwanie nowych rozwiązań jest ryzykowne, ale jednocześnie dla nas niezbędne, bo jest po prostu tym czynnikiem, który pozwala nam rozwijać się i sprawia, że Sepultura wciąż jest istotna. Tacy jesteśmy jako ludzie i chcemy, żeby to było widoczne w naszej muzyce. Machine Messiah to inna płyta. Są na niej znane i rozpoznawalne elementy, ale wydaje mi się, że ludzie chcą usłyszeć coś nowego. Nie mamy zamiaru nagrywać cały czas tej samej płyty, a słuchacze nie chcą chyba słyszeć tego samego cały czas.

Postawmy sprawę jasno: Machine Messiah to zajebisty krążek między innymi dlatego, że jest mocno atmosferyczny. Wprowadzenie tego dusznego, nihilistycznego, apokaliptycznego klimatu było waszym zamysłem od samego początku?

Tak. Chyba wzięło się to z nastroju, jaki mieliśmy podczas tworzenia nowego materiału. Na pewno chcieliśmy zrobić coś, co zaskoczy nas samych. Krokiem, który ostatecznie nas na takie rzeczy otworzył, było nagrywanie w Szwecji. Parę lat temu stwierdziłem: „chłopaki, następną płytę powinniśmy nagrywać właśnie tam”. Uwielbiam to, co robią tamtejsi producenci, ten dźwięk, który wychodzi spod ich rąk. Jest bardzo świeży, niemal futurystyczny, ale jednocześnie naturalny. Szwedzkie kapele mają też ten zajebisty groove i brzmienie. Pomyśleliśmy, że byłoby super, gdyby udało nam się połączyć to wszystko z brzmieniem Sepultury poprzez pracę z jakimś nowoczesnym producentem z innej części świata. Mieliśmy możliwość pracy z Jensem Bogrenem i wydaje mi się, że to miało duży wpływ na to, jaki ten album jest. Piosenki były napisane i dopracowane jeszcze zanim ruszyliśmy do Szwecji. Toczyliśmy z Andreasem (Kisserem – gitarzystą grupy – przyp. J.M.) o technologii, o tym, jak ludzkość jest z nią połączona i odłącza się tym samym od siebie. Koncept na album wyrósł stąd. Wiedzieliśmy zatem, że chcemy zrobić coś innego, ale wszystko potoczyło się zupełnie naturalnie.

Byłem zaskoczony bogatymi orkiestracjami w niektórych utworach. One też były zaplanowane jeszcze zanim rozpoczęliście pracę w studio, czy powstały dopiero tam, w Fascination Street pod okiem Jensa Bogrena?

Nie, to właśnie wpływ Jensa. Dostał wcześniej demo całego materiału i kiedy przyjechaliśmy, powiedział: „Słuchajcie, wiem, że pracowaliście wcześniej z różnymi ludźmi, a ja mam takiego znajomego z Tunezji, który robi świetne smyczki i orkiestracje. Byłoby fajnie, gdybyśmy mu wysłali materiał, a on mógłby coś do tego dorobić”. Jens zaaranżował to i sprawił, że te orkiestracje faktycznie stały się częścią piosenek. I wyszło świetnie, choć wcześniej nie spodziewaliśmy się, że tak będzie. Tymczasem wpasowały się idealnie w nasz sposób komponowania.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła – twoje czyste wokale. Kiedy po raz pierwszy puściłem utwór tytułowy, który rozpoczyna album, i usłyszałem jak śpiewasz, byłem w szoku. Masz świetny, ponury głos.

(śmiech) Dzięki, stary! To też wzięło się stąd, że Jens bardzo dużo od nas wymagał. Mówił: „Wiem, że potrafisz śpiewać. Byłoby naprawdę fajnie, gdyby w ten sposób urozmaicić materiał”. Wcześniej z Andreasem wymyśliliśmy, że chcielibyśmy mieć piosenkę, którą mógłbym zaśpiewać, ale jej ostatecznie nigdy nie napisaliśmy. Koniec końców jednak coś tam powstało i Jens zmusił nas, żeby pójść za tym na 100%. Podoba mi się to. Dobrze, że takie urozmaicenie się na albumie znalazło. Sprawia to, że całość nabiera jeszcze bardziej dramatycznego charakteru. Takie elementy są odświeżające.

Ale byłeś wcześniej świadomy, że tak fajnie brzmisz śpiewając czysto? Śpiewałeś sobie przynajmniej pod prysznicem albo przy goleniu?

Zawsze wszystkim powtarzałem, że dobrze śpiewam, ale nikt nigdy nie chciał posłuchać (śmiech). Kiedy miałem jakieś czternaście lat śpiewałem w szkolnym chórze, studiowałem też muzykę klasyczną. Powiedzmy, że dopiero teraz pojawiła się odpowiednia okoliczność, żeby pokazać ludziom, że potrafię, choć mam też inne projekty muzyczne, w których śpiewam. Nie jest to dla mnie zatem nienaturalne.

Ale krzyczysz też wciąż dobrze.

Dzięki. Ta płyta naprawdę była fajnym wyzwaniem. Cieszę się, że mogłem pokazać obie strony mojego głosu.

Pozwolę sobie zapytać cię jeszcze o Eloya Casagrande, waszego perkusistę. Bardzo podobała mi się jego gra na Mediator Between Head and Hands Must Be the Heart. Grał potężnie, energetycznie, miałem nawet wrażenie, że się popisuje, jakby chciał się pokazać fanom Sepultury. Na Machine Messiah nie szpanuje umiejętnościami, skupił się raczej na grze zespołowej.

Zapewne wynika to z tego, że z biegiem czasu Eloy po prostu czuł się w zespole coraz bardziej komfortowo. Pomysł na tamtą płytę był zresztą zupełnie inny – Mediator miał być szybki, thrashowy, surowy. Eloy strasznie się ekscytował grając taką muzykę – przez lata grał w zespołach, które nie były tak ciężkie jak Sepultura, a jest fanem naprawdę ciężkiego metalu, więc nagle po prostu rozbłysł, jego perkusja była wszędzie. Teraz nabrał pewności siebie. Skupił się bardziej na technicznym aspekcie gry. Na nowej płycie bębni bardzo zróżnicowane partie, a jednocześnie zachowuje moc. Nowy album był dla niego sporym wyzwaniem, a będzie jeszcze większym, jak będzie grał te numery na żywo. Naprawdę fajnie było patrzeć, jak przedziera się przez te partie w studio. Są bardziej techniczne i urozmaicone, sporo się w nich dzieje, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy dopóki nie usłyszałem tego na albumie. Na żywo będzie to też zupełnie inna jazda. Eloy dodaje mnóstwo energii do piosenek. Dołożył też sporo energii samemu zespołowi. Chyba mogę powiedzieć, że dał nam po prostu nowego kopa do działania.

Jestem też zaintrygowany konceptem, jaki stoi za albumem. To bardzo niemiła, futurystyczna wizja, w której maszyny, komputery i programy stają się ważniejsze od ludzi. Naukowcy twierdzą, że to możliwe. Obawiasz się, że maszyny staną się potężniejsze od ludzi?

Fajnie, że o to pytasz, bo dyskusje na ten temat między mną a Andreasem stały się iskrą do powstania tego albumu. On ma w sobie ten strach przed technologią, przed tym odłączaniem się od innych ludzi i od nas samych. I z tym się zgadzam, ale jednocześnie jestem zwolennikiem technologii, bo wierzę, że może pomagać ludzkości. Wszystko jest po naszej stronie, a technologia jest częścią nas. Ludzie tworzą roboty, ludzie tworzą wynalazki, więc są one częścią naszego życia i świata. Problemem nie jest technologia, a właśnie ten jej ludzki element. Są ludzie, którzy wykorzystują ją by krzywdzić innych ludzi. Powinniśmy znaleźć w tym wszystkim balans. Skupić się na wykorzystywaniu technologii do tworzenia rzeczy pożytecznych, wspomagania ludzkości, a nie jej niszczenia, jak to się dzieje w przypadku broni czy jakichś robotów i maszyn stworzonych do zabijania. To problem ludzi, nie technologii. Ludzie tworzą technologię, nie odwrotnie. O tym wszystkim chcieliśmy opowiadać na albumie. Zupełnym przypadkiem natknęliśmy się na artystkę z Filipin, która nie ma żadnych koneksji ze sceną metalową, której obraz do nas przemówił. Popatrzyliśmy na ten wizerunek i stwierdziliśmy: „Tak, to jest ten nowy mesjasz, on istnieje, jest technologią, maszyną, którą ludzie podziwiają, w której szukają pocieszenia. To mesjasz nowej technologiczne ery”. To przerażająca wizja, ale jednocześnie nieodwracalna. Ten obraz trafił na okładkę albumu.

A propos okładki – wygląda jak okładka jakiejś powieści science-fiction z lat 80-tych.

(śmiech) A zaskakujące jest to, że jej autorka, Camille Della Rosa, jest taką drobną kobietką, nie pomyślałbyś, że to ona stoi za taką grafiką. Ale ten obraz jest bardzo mocny. Nie myślałem o tym, czy kojarzy się z latami 80-tymi, czy jakimiś innymi, nie był pomyślany jako nawiązanie do czegokolwiek. Mnie jako okładka płyty się podoba, bo jest inny od naszych poprzednich okładek. Lubimy mieć na każdym albumie innego artystę tworzącego okładkę. A ten obraz naprawdę oddaje charakter muzyki.

Więc tak naprawdę czyim pomysłem był cały ten koncept Machine Messiah? Twoim czy Andreasa?

Andreas podrzucił tytuł Machine Messiah, a potem pracowaliśmy nad wszystkim razem. Teksty zrodziły się z naszych konwersacji o technologii, o polityce – ona nas otacza. Co chwilę ludzie wychodzą na ulicę z jakiegoś powodu, głośno było o wyborach w Stanach. Przede wszystkim największy wpływ na nasze pisanie miało to, co się działo tutaj, w Brazylii. Andreas i ja dyskutowaliśmy naprawdę żywo, każdy z nas miał inne spojrzenie na technologię i życie.

Nagrywaliście album z Jensem Bogrenem w Szwecji. Sesja nagraniowa przebiegała inaczej, niż podczas pracy choćby z Royem Z czy Rossem Robinsonem?

Zdecydowanie. Nawet samo otoczenie, bycie w Szwecji, w malutkim Örebro miało wpływ na sesję i na album. Żyliśmy w tym samym miejscu, w którym było studio. Poczuliśmy się przez to jeszcze bardziej pewni siebie jako zespół. Dzięki temu, i dzięki temu, że spędzaliśmy ze sobą w trasie całe lata każdy wiedział co ma zrobić, jaka jest jego rola, choć i tak przyjechaliśmy do studia już mocno przygotowani. Dobrze znaliśmy nagrania demo, więc szybko udało nam się wczuć w klimat płyty. Przez to album poskładał się w całość chyba szybciej i w bardziej komfortowym tempie niż zwykle. Andreas był znacznie pewniejszy podczas pisania materiału, Eloy poczuł się już w pełni członkiem zespołu, Paolo Jr. także ciężko pracował nad swoimi partiami. To też wpłynęło na mnie, zmuszało mnie, żebym również postawił sobie jakieś wyzwania, co zaowocowało choćby tym czystym śpiewem. Wszyscy, łącznie z Jensem, byliśmy bardzo wkręceni i zaangażowani w cały projekt, staraliśmy się, żeby wszystko, każda partia, każda ścieżka, każda solówka, były ze sobą kompatybilne. Nagrywanie w Szwecji było dla mnie bardzo pozytywnym doświadczeniem. Szwedzka kultura jest fantastyczna, Szwedzi mają naprawdę pozytywne podejście do życia. Do tego stopnia, że kiedy tam przyleciałem, stwierdziłem, że w sumie to z tą ludzkością nie jest tak źle (śmiech).

Znam Szwecję, znam Szwedów. Są bardzo przejęci i skupieni na przyrodzie i kontakcie z nią. I byliście tam, w środku tej pięknej przyrody, myśląc i nagrywając o swoim maszynowym mesjaszu, komputerach, robotach, które niszczą ludzkość.

To prawda, że Szwedzi mają naprawdę świetny kontakt z naturą. W studio Jensa wszystko jest poddawane recyklingowi. Wszystko! Podziwiam ich. Niedługo pewnie pozbędą się spalinowych samochodów i przerzucą na elektryczne. Są bardzo zaawansowani w tego typu tematach i przez to mają naprawdę świetny kontakt z przyrodą. To ważne, bo przecież nie jesteśmy tutaj sami, a dbanie o otoczenie to chyba najważniejszy aspekt naszego przetrwania na planecie. Sporo się tam nauczyłem i chciałbym, żeby takie podejście rozlewało się na jak najwięcej krajów.

Czego życzyć tobie i Sepulturze na 2017 rok?

Dobrych tras! Jesteśmy w trasie prawie od dwóch lat, to jest naprawdę świetny cykl koncertowy. Chcemy mieć możliwość zagrania w tylu miejscach, ilu się tylko da i dotarcia z naszą muzyką do tylu ludzi, ile to możliwe. Tego bym sobie życzył.

Takie są zatem moje życzenia dla ciebie i Sepultury. Widzimy się w lutym w Warszawie.

Jasna sprawa, nie mogę się doczekać.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , , .