Daemonian – “Endless Corridor” (2017)

Ostatnimi czasy, kiedy to recenzowałem black rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni, a wydanej u nas pod labelem Via Nocturna, musiałem się nieźle natrudzić i naćwiczyć, żeby dojrzeć w tym krążku coś więcej niż chaotyczną masę luźno związanych ze sobą dźwięków. Bardzo się wtedy zmęczyłem i do tamtej płyty nie powróciłem już nigdy więcej.

Tym razem do pewnego stopnia jest podobnie. Znów jednoosobowy projekt rodem z dalekiego wschodu. Znów niewielki dorobek artystyczny muzyka pod pseudonimem Daemonian (wręcz debiut) i znów płyta wydana pod szyldem Via Nocturna. Tyle że tym razem mamy do czynienia z bardziej melodyjnym niż eksperymentalnym black / death metalem, no i teraz człowiek słucha płyty… o tym na końcu.

Rzadko zaczynam recenzję od okładki, ale ta jest tak okropna i tandetna, jakby narysował ją jakiś podstarzały wielbiciel Prince of Persia. W tej kwestii gustu zabrakło, a komputery IBM PC 286XT dawno wyszły już z użycia.

Odmiennie sprawa przedstawia się w materiale. Solidna, pomimo zaledwie czterdziestu minut, dawka muzyki nie pozostawia raczej pola do dyskusji. A dzieląc te niecałe trzy kwadranse na osiem kawałków i intro, możemy mieć pewność, że Daemonian nie zanudzi monumentalnymi konstrukcjami, opartymi na wydumanych aranżacjach i ideach.

Tu linie melodyczne są klarowne i niezbyt skomplikowane, choć nie prostackie czy monotonne. Tu dźwięki soczyście wylewają się z głośników, a strumień muzyczny tryska wręcz prosto w twarz. Oj ostro jest, ostro. Perkusja wali niczym serce nietoperza, a gitary czyste i wyraźne zasuwają takie riffy, że czasem trzeba się zastanowić, gdzie tu sens. Czasem jest odrobinę wolniej (momentami na Eternal Oblivion, Buried in Darkness i w całości na Lightless Candles), ale tylko czasem. Tak w sam raz, żeby odetchnąć przed następnym haustem szaleńczych riffów i miażdżącej sekcji rytmicznej. Wokal tym razem słyszalny jest nieco słabiej, ale to akurat dobrze. Dużo ciekawsze koncepty od warstwy lirycznej ma do zaoferowania instrumentarium Daemonian.

I wcale nie przeszkadza to, że muzyka jest jakby nieco przygłuszona, a perkusja trochę jakby płaska. Nie przeszkadza bardzo standardowy wokal. Nie przeszkadza nawet ta paskudna okładka. Płyta po prostu jest świetna i słucha się jej z taką przyjemnością, jakby to była pierwsza płyta w moim życiu. Jest żywa, prawdziwa, napisana z autentycznym zaangażowaniem a zagrana jeszcze bardziej prawdziwie. Polecam Endless Corridor jak mało co!

Ocena 8,5/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , .