Masachist – „The Sect (death REALigion)” (2017)

Czas pędzi jak opętany. Jeszcze niedawno krążyła reklama debiutu Masachist, głosząca wszem i wobec, że oto jest nowy projekt muzyków Decapitated, Azarath i tym podobne PRy. Jakoś wielce mnie to nie zaciekawiło, bo na wszelkie projekty jestem uczulony. Mechanizm zawsze jest ten sam: szumne zapowiedzi, zgranie mailowe muzyków, potem album a następnie cisza, bądź średniawe półprodukty. Dlatego po przesłuchaniu debiutu (dobrego zresztą), zapomniałem prędko o tej nazwie. Błąd! Drugi album grupy pt. Scorned już swoją sugestywną okładką zwiastował ogromny progres, a sam Masachist stał się dla mnie pełnoprawnym graczem polskiej sceny. Trzeci album natomiast pt. The Sect (death REALigion) z premierą w dniu dzisiejszym potwierdza, że oto zespół dojrzewa, klaruje styl. A wydawać by się mogło, że Masachist zdefiniował swoją twórczość już na poprzedniej płycie. To dewastująca stara szkoła death metalu z konkretnym odniesieniem do amerykańskiej sceny. Do tego akcenty bardziej nowoczesnego grania i mamy pozornie łatwy opis tego, czym Masachist się para.

Kiedy zobaczyłem okładkę The Sect (death REALigion), to się nieco zawiodłem. Pierwsze wrażenie, to że oglądam cover kolejnej deathowej płyty. Na szczęście zawartość przeczy temu zdecydowanie. Z miejsca jestem w stanie powiedzieć, że ten album będzie wymieniany jednym tchem obok najnowszego Azarath. Do rzeczy. Cała płyta The Sect (death REALigion) jest bardzo równa. Dlatego pierwsze przesłuchania mogą dać tylko ogólny, pobieżny ogląd. Tu należy poświęcić czas. Masachist  to nie tylko prędkość i moc rodem ze starych płyt Deicide, to nie tylko aranże Morbidów, jak niektórzy twierdzą. To konkretne przyłożenia, a zarazem płynne przejścia w totalne zwolnienia, gdzie nie ma banalnego podziału szybciej – wolniej. Wzbogacony aranż za sprawą elektroniki, oszczędnie dawkowanej, np. w 5-tym utworze (Vengeance Sworn), gdzie niepokojące „plamy” klawiszy budują niesamowity klimat, dodają całości rozpiętości. O finale i niemal epickim Our light nie wspomnę wiele: perfekcyjne zwieńczenie tej bardzo udanej płyty.
Mógłbym oczywiście wymieniać po kolei poszczególne utwory, ale powiem tylko, że na trzecim albumie Masachist funduje niespełna 42 minuty niezwykle emocjonującej muzyki. To jest po prostu cholernie ciekawa porcja ekstremalnej muzyki, nietuzinkowa, mimo że w 100% to death metalowy album hołdującym starym czasom. Masachist znalazł klucz do tworzenia utworów rozpoznawalnych, z ogromnym potencjałem chwytliwości, acz bez banałów i łatwizn czy nachalnych melodyjek.

Na koniec dodam, że szczególnie warte wyróżnienia są perfekcyjnie odegrane partie perkusyjne. Daray to muzyk o rozpoznawalnym stylu, a zarazem z coraz ciekawszym warsztatem, włączając popisy w Masachist. Niemałym atutem jest tu także brzmienie albumu, o co już trzeba „oskarżyć” Aro z nieodżałowanego Shadows Land. Pewne elementy tej kapeli są obecne w muzyce Masachist. Kawał solidnej roboty. O reszcie muzyków mógłbym  peany pisać, zatem rzeknę krótko – tu każdy wnosi siebie, swój bagaż doświadczeń, dając w efekcie finalny produkt: Masachist

Podsumowując, Masachist wydał świetny album, bez żadnych kompromisów, bez zbędnych innowacji. Cała płyta mija szybko, zostawiając wrażenie niedosytu. A można je łatwo zatrzeć, ponownie włączając album, co niniejszym nader często czynię ostatnimi czasy.

Ocena: 9/10

Tomasz

Tomasz

Jako totalne beztalencie muzyczne mogłem zostać tylko internetowym krytykantem, tfu, recenzentem. W wolnych chwilach nabijam kabzę spekulantom sprzedającym płyty CD.
Tomasz

Tagi: , , , , , , , , , , , .