Seven Sins – “Due Diaboli et Apocalypse” (2016)

Pamiętam jak dziś historię sprzed lat. Jeden znajomy miał dziewczynę, której ojciec był konsulem w Kazachstanie. I kiedyś przy piwie, tenże zaczyna roztaczać wizję, że po studiach to on ma w planach wyemigrować do Stanów. Na co w te słowa wtrąca się inny kolega: „chyba do Kazachstanów…”. Wszyscy ryknęli śmiechem. Kurtyna.

Fakt jest taki, że jeszcze do niedawna ciężko było mi wyobrazić sobie światowej klasy produkcję pochodzenia którejkolwiek z postsowieckich republik. Czy to Kazachstan, czy Azerbejdżan, czy Kirgistan – stereotypowe aroganckie myślenie kieruje mnie raczej w stronę tezy, że oni tam mają problemy z prądem, a co dopiero jakieś studia nagraniowe albo profesjonalny sprzęt grający.

No i teraz będę musiał to wszystko odszczekać z powodu kamiennogórskiego (ciekawe kto z Was wie, gdzie to jest) kwintetu Seven Sins. Ich drugi album okraszony tytułem Due Diaboli et Apocalypse to klasyczny przedstawiciel symfonicznego black metalu z najwyższej półki. Taka trochę skóra żywcem zdarta z Dimmu Borgir, tyle że z rosyjskojęzycznym wokalem i damskim wokalem operowym w tle, no i na szczęście mniej pompatyczna. Na całość albumu składa się jedenaście utworów, trwających nieco ponad trzy kwadranse. I już z tych liczb można by wysnuć przypuszczenie, że będzie zwięźle i bez popadania w śmieszność i tandetę. I tak właśnie jest.

Utwory są krótkie i zwięzłe. Szybkie i treściwe. Wstępy oczywiście często epatują symfoniką, ale niepotrzebnego patosu nie ma. Jest za to zgrabna melodyka, ciekawe pomysły aranżacyjne i mnóstwo dobrych partii wokalnych, gitarowych, perkusyjnych i klawiszowych. Jeśli chodzi o gitary, to może zalatują nieco thrashem, ale łatka symfonicznego blacku pasuje tu w 101 %. Kawałki są do siebie co prawda podobne (no, może z wyłączeniem utworu numer  8, który nieco bardziej zalatuje orientem oraz nieco wolniejszym kawałkiem numer 10), ale płyta nie nudzi się nawet przez chwilę. Nawet rosyjskojęzyczne damsko-męskie operowe miejscami wokale nic a nic nie przywodzą na myśl pieśni klasy robotniczej z ubiegłego wieku.

Do tego naprawdę dobra produkcja, wyraziste partie poszczególnych instrumentów i świetnie zbudowany klimat nie pozwalają mi się przyczepić absolutnie do niczego. Niczego! A grając metal symfoniczny, nader łatwo wpakować się w banały. Toż to nawet Dimmu Borgir potrafi zaliczyć tego typu wpadkę.

Rosyjski Satanath Records wypuścił ten album w zaledwie pięciuset kopiach. I ja Wam powiem jedno. Kto nie będzie miał tej płyty, ten jest dupa wołowa. Due Diaboli et Apocalypse to naprawdę świetny album, a Seven Sins miejscami są lepsi od swojego sławetnego wzorca z Norwegii. Polecam jak mało który recenzowany przez siebie album. A ja pędzę po pozostałe dwa wydawnictwa tej kapeli!

Ocena 8,5/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , , .