Bestial Raids, Lvcifyre, Mgła – Katowice (03.05.2017)

6 miast. 6 dni. 6 koncertów. Pierwsza ogólnopolska trasa koncertowa Mgły w towarzystwie Bestial Raids i Lvcifyre swój finał miała w katowickim Mega Clubie. I gdyby powiedzieć, że sztuka wypadła na szóstkę z plusem, byłoby to małe niedomówienie. Rzeczy, które miały miejsce 3 maja w Katowicach były le-gen-dar-ne.

Przyznam, że nie należałem do fanów Mgły. Jakimś magicznym sposobem ominął mnie fenomen tej hordy. Podczas gdy na ulicy widuję coraz mniej ludzi ubranych w koszulki z logami zespołów, to wśród tych, którzy takie t-shirty zakładają, od jakiegoś czasu górują właśnie motywy związane z wyjątkowym kuriozum polskiej sceny black metalowej. Po katowickim koncercie widzę to następująco: nagrania studyjne grupy nie oddają w stu procentach potencjału, jaki drzemie w facetach w czarnych ramoneskach z pończochami na twarzy.

Ale po kolei. Wieczorną czarną mszę rozpoczął zespół Bestial Raids. Trzyosobowa grupa z Kielc rozjechała publiczność swoim potężnym, ciężkozbrojnym metalem, opierającym się w głównej mierze na połączeniu mrocznego, black metalowego brzmienia z szybkością death metalu. Czterdziestominutowy pokaz umiejętności kieleckiego trio oglądało stosunkowo mało ludzi, ale sytuacja ta miała się diametralnie zmienić w ciągu najbliższych godzin. Bestiale bez przerw przechodzili od utworu do utworu. Nie było tu mowy o przystankach i pomyłkach. Grupa zaprezentowała się perfekcyjnie, odważnie rozgrzewając publikę przed wejściem kolejnej kapeli.

Podskórnie czułem, że Lvcifyre zmiażdży mi czachę. Ich ostatni krążek, Sun Eater, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Płyta pod sceną zagęściła się, a banda rozpoczęła swoje przedstawienie. Ciężaru, jaki wytoczyli na scenę muzycy Lvcifyre, nie da się porównać z innym zespołem. Jeszcze większym ciosem był gościnny udział w koncercie genialnego gardłowego, znanego z Cultes des Ghoules, gdzie ukrywa się pod pseudonimem Mark of the Devil. Wraz z członkami Lvcifyre tworzy on projekt Death like Mass, gdzie z kolei działa pod aliasem Left Hand Trip. Wspólny występ muzyków okazał się strzałem w dziesiątkę. Ciekawym motywem było schodzenie muzyków na tył sceny po każdym odegranym utworze, zrobienie miejsca dla ambientowych dźwięków, które miały za zadanie podtrzymać atmosferę niepewności, po czym Lvcifyre znów sięgało po mocne i łamiące kości riffy. Pokrętne, diabelskie granie wprowadziło mnie w trans, lecz gdy na chwilę się z niego wyrwałem, ujrzałem przerzedzone rzędy pod sceną. Widocznie nie każdy ma na tyle jaj, by przetrwać tak konkretny wpierdziel. Ten występ totalnie zaspokoił moje oczekiwania względem black metalowego wieczoru. Zastanawiałem się, czy gwiazda wieczoru dorówna swoim poprzednikom.

Mgła opanowała Mega Club, nie biorąc jeńców. Występ zespołu kompletnie zmienił moje nastawienie do fenomenu, który powstał wokół tej nazwy. Do tej pory mgła kojarzyła mi się z winowajcą pewnej katastrofy lotniczej. Teraz to ja obwiniam ją za rozjebany mózg. Każda sekunda pobytu muzyków Mgły na katowickiej scenie przynosiła ukojenie i spełnienie. Tak wygląda awangarda polskiego black metalu. Kompozycje Exercises in Futility i With Hearts Toward None wybrzmiały tak, że chciało się krzyczeć „więcej, więcej!”. Pięćdziesiąt minut tak dobrego gigu to zdecydowanie za mało.

Na scenie rozpierdol. A pod nią? W nie za dużym klubie zrobiło się ciasno. Przekrój publiczności był bardziej różnorodny w porównaniu do odbiorców Bestial Raids i Lvcifyre. Pojawiły się dość ciekawe osoby, z wyglądu nijak nieprzypominające fanów black metalu. Pośród mroku rozpoczął się minifestiwal hipsteriady. Jeśli dobrze się orientuję, nie był to pierwszy koncert Mgły, podczas którego miały miejsce dziwne pląsy. Rozumiem, że muzykę można odbierać na różne sposoby, ale pewne elementy układanki nie pasowały do siebie. Sezonowcy? Pewnie można tak nazwać niektóre osoby, zgromadzone w katowickim Mega Clubie. Czyżby udział zespołu w OFF Festivalu spowodował popularyzację Mgły wśród osób niesłuchających na co dzień takiej muzyki? Jeśli tak ma wyglądać słynne przebicie się black metalu do mainstreamu, to chyba wolałem, gdy ukrywał się on w podziemiu.

Koniec końców katowickie balety przejdą do historii. Próbkę swoich możliwości przedstawiły trzy genialne ekipy, każda z nich inna, a jednocześnie wpisująca się w ten sam schemat: wchodzimy, siejemy zniszczenie, spadamy. Oby więcej takich ciosów.

Vladymir

Vladymir

Now I am become Death, the destroyer of worlds.
Vladymir

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , .