Molchat Doma, Urban Heat – Warszawa (17.11.2024)

Fani Molchat Doma byli ostatnimi czasy nieźle rozpieszczani. Wszystko za sprawą publikowanych przez zespół singli, premiery nowego albumu i przede wszystkim ogłoszenia trasy z dwoma przystankami w Polsce.
Gdańsk (sobota 16.11) oraz Warszawa (niedziela 17.11) należały zresztą do pierwszych wyprzedanych koncertów na tournée i już od miesięcy brakowało biletów na wydarzenie w stolicy.

Supportem przewidzianym na europejską trasę byli Amerykanie z Urban Heat, którzy promowali swój najnowszy album The Tower. Swoje pozytywne nastawienie do nich zawdzięczam entuzjazmowi znajomych, którzy wypowiadali się o grupie w samych superlatywach, a także bliskiej mi tematyce wydawnictwa, które nawiązuje do kart tarota. Żeby jednak nie było tak różowo (jak zauważył sam wokalista zespołu, post-punk należy raczej do mało wesołych gatunków muzycznych), to z drugiej strony nie byłam do końca przekonana do wokalu podczas odsłuchu dokonań Urban Heat przed ich występem (ach, te przekleństwa i dobrodziejstwa obróbki studyjnej).
Koniec końców band z Teksasu przekonał mnie do siebie swoim pełnym energii koncertem. To był świetny występ na poziomie technicznym, chemia pomiędzy artystami była widoczna, a na żywo groove ich utworów okazał się znakomity. Bogom dzięki, dużym plusem był również naprawdę dobry, mocny wokal.
Konferansjerka również wpłynęła korzystnie na odbiór koncertu. Wokalista Jonathan Horstmann miał gadane, sypał podziękowaniami i słodkimi słówkami (nie zabrakło wyrażonego dla tłumu uznania wraz ze stwierdzeniem „słyszeliśmy, że w Warszawie jest naprawdę dziki tłum”) i sam przyznał, że „chociaż zna ich tu pewnie tylko kilka osób”, to zebrały się tłumy, którym zespół był wdzięczny za przybycie. Urban Heat zapewnili zebranym porządną rozgrzewkę i ani trochę nie dziwił ich wybór jako supportu (nie tylko ze względu na to, że headliner przeniósł się niedawno do Stanów Zjednoczonych) – pełen profesjonalizm, godna pozazdroszczenia prezencja sceniczna oraz, podobnie jak w przypadku głównego zespołu, połączenie ejtisowej melodyjności z pełnym wyrazu mrokiem post punka okazało się strzałem w dziesiątkę.

 

Zdjęcie: Wiktoria Wójcik

Molchat Doma na żywo wynoszą swoje studyjne dokonania na inny level, a materiał Białorusinów wypada na koncercie ze zwielokrotnioną siłą. Melancholia dosłownie wylewała się z głośników, brzmienie przywodziło na myśl legendy sceny z lat 80. (oczywistym skojarzeniem będzie tu grupa Kino) – to po prostu trzeba poczuć na własnej skórze.
Artyści błyskawicznie zjednali sobie widownię, ich utwory wybrzmiały z należytą mocą, a obsługiwane po mistrzowsku światła zapewniły odpowiednią oprawę ich występowi. Bywaliście na takich koncertach, podczas których basy czujecie w całym ciele, a wokal dosłownie rozchodzi się echem po waszych kościach? Molchat Doma w Progresji to było właśnie takie doświadczenie.

Na pierwszy ogień poszły utwory z najnowszego wydawnictwa. Kolesom płynnie przeszło w fantastyczne, mocne Ty Zhe Ne Znaesh Kto Ya, które dzięki niepokojącym syntezatorom i głębokiemu wokalowi można określić jedynie mianem fenomenalnego. Z jednej strony Molchat Doma to istna maszyna koncertowa działająca na najwyższych obrotach z Jegorem Szkutko o spojrzeniu obłąkanego kaznodziei za sterami, z drugiej – to po prostu ciężko pracujący artyści, którzy podczas gry na żywo wyglądają, jakby doskonale się czuli na scenie. Zimnofalowe bangery, którymi już na początku uraczyli widownię, bardzo wysoko zawiesiły poprzeczkę reszcie występu. Występujący na szczęście podołali temu zadaniu, prezentując widowni przekrojową setlistę.
Była okazja do potańczenia (a jakże) podczas utworów takich, jak Lyudi Nadoeli z debiutanckiego albumu, sprawdzające się perfekcyjnie w warunkach koncertowych III, entuzjastycznie przyjęta przez widownię Diskoteka oraz doskonałe, należące do ścisłej czołówki fan favourites Na Dne.
Drugą stroną tego postpunkowego medalu były kompozycje o niemal żałobnej aurze utrzymane w średnich tempach – za przykład niech posłużą Ne Vdvoyem, hipnotyzujące Chernye Cvety oraz tchnące chłodem i rezygnacją Obrechen.
Podczas całego spektaklu w zasadzie nie wiadomo było, gdzie oczy podziać, a wszystko dzięki temu, że na (dosyć przecież szerokiej) scenie Progresji każdy z artystów był w swoim żywiole. Roman Komogorcew (gitara oraz syntezatory) i Pawieł Kozłow (bas i syntezatory) dostarczali tyle samo rozrywki, co mistrz ceremonii Jegor – co ciekawsze riffy kwitowali porozumiewawczymi spojrzeniami rzucanymi z końców sceny, zachęcali publikę do oklasków i skandowania, a swoją żywą prezencją w niczym nie odstawali od frontmana.

Kontakt z publiką ograniczał się najczęściej do krótkich podziękowań, co nie zmienia faktu, że band docenił liczne przybycie i dał z siebie 100%. Przemiłym gestem było również rozdanie widowni setlist oraz kostek, a sam wokalista zszedł nawet ze sceny podczas utworu Chernye Cvety. Przechadzając się wzdłuż pierwszego rzędu i dotykając dłoni osób zebranych w pierwszym rzędzie, sprawiał wrażenie, jakby zawładnął tłumem bez najmniejszego wysiłku. Wielki szacunek należy się również za sprawowanie swoistej kontroli nad zebraną widownią – gdy podczas utworu Na Dne przyszedł moment na efektowny drop skwitowany paroma krzykami na widowni, Jegor uciszył publikę jednym gestem. To się nazywa zbiorowa hipnoza, która na gigu Molchat Doma trwała ponad półtorej godziny.
Nie obyło się jednak bez dawkowania emocji towarzyszących koncertowi i po nieco ponad godzinie setu zespół zszedł ze sceny przed bisami. Encore składało się w całości z utworów pochodzących z albumu Etazhi – wraz z utworem Kletka zrobiło się wprost duszno, Toska miała w sobie smutne, surowe piękno gotyku, z kolei na Tantsevat’ widownia chórem wykrzykiwała pierwszy refren, na chwilę wyręczając frontmana z obowiązków wokalnych. Sudno, które znają nawet osoby niemające nic wspólnego z zimną falą, stanowiło finał wieczoru i okazało się godnym zakończeniem pamiętnego koncertu.

Wieczór w Progresji zapewnił mi koncertowe przeżycia najwyższej klasy. Przy tak imponującym poziomie, jaki reprezentują Molchat Doma, ani trochę nie dziwi frekwencja na obu polskich przystankach trasy.
Za bardzo udany wieczór dziękuję Alter Art – po takim show jest co wspominać.

Setlista Molchat Doma:
Kolesom
Ty Zhe Ne Znaesh Kto Ya
III
Doma Molchat
Ne Vdvoem
Obrechen
Belaya Polosa
Chernye Tsvety
Son
Volny
Lyudi Nadoeli
Ya Tak Ustal
Diskoteka
Na Dne
(Outro: Beznadezhnyy Waltz)
Kletka
Toska
Tantsevat’
Sudno

Pełna galeria z koncertu: Molchat Doma, Urban Heat – Warszawa (17.11.2024)

Zdjęcie: Wiktoria Wójcik

Annika
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , .