Paradise Lost, Saturnus, Shores of Null – Gdańsk (27.02.2026)

B90 / Knock Out Productions

Paradise Lost to jeden z zespołów, z którymi miałem dotychczas niemały problem. Niezwykle cenię sobie muzykę Brytyjczyków, niezależnie od okresu, w którym powstawała, uważam też, że grupa mimo upływu lat wciąż ma wiele do zaoferowania (czego najlepszym dowodem jest jej ostatni album Ascension). Kłopotliwa pozostawała dla mnie jednak dotychczas forma koncertowa zespołu – występ Anglików na Summer Dying Loud 2019 był w moich oczach największym rozczarowaniem muzycznym tamtej edycji, a opowieści o ich późniejszych koncertach (choćby na Mysticu czy zeszłorocznym Woodstocku) utwierdzały mnie w przekonaniu, że nie była to jednorazowa wpadka.

Za bardzo jednak lubię ten zespół, by nie pokładać wiary w odmianę złego losu. Ponowna ku temu okazja pojawiła się pod koniec lutego, gdy Brytyjczycy zawitali do Polski z trzema występami, będącymi częścią ich aktualnej, europejskiej trasy koncertowej. Wybierając Gdańsk, nie miałem w stosunku do eventu wygórowanych wymagań – chciałem jedynie przekonać się, czy tym razem zdołam się z zespołem polubić na żywo.

Liczba chcących zweryfikować aktualną formę grupy okazała się w Gdańsku całkiem imponująca, bo już podczas otwierającego wieczór występu Shores Of Null pod sceną pomorskiego klubu było dość gęsto. Włosi, prezentujący niezbyt charakterystyczny dla ich szerokości geograficznej melodic death/doom metal, mogliby stawać w szranki z kapelami fińskiej i szwedzkiej sceny (Swallow the Sun, Insomnium, In Mourning, October Tide, Enshine), w muzykę których zasłuchiwałem się jakieś dwie dekady temu. Sentymentalny powrót do wspominanych czasów był bardzo przyjemny, jednak nie odnotowałem w muzyce Shores of Null niczego, czego nie słyszałbym w życiu już wiele razy. Przyzwoite, ale z drugiej strony nie zrywające również okrycia wierzchniego głowy granie – dobre na rozpoczęcie wieczoru, bez potrzeby późniejszego rozpamiętywania ewentualnych przeżyć.

Nieco szybsze bicie serca spowodował za to drugi z występujących tego wieczoru supportów – duński Saturnus. Niemałe było moje zdziwienie, gdy okazało się, że kapela istnieje już od wczesnych lat dziewięćdziesiątych i wśród miłośników death/doomu naznaczonego bardzo melancholijnym, melodyjnym sznytem cieszy się prawdziwie kultowym statusem. Sam miałem okazję usłyszeć i zobaczyć ich po raz pierwszy, jednak to, co Duńczycy zaprezentowali na scenie, wystarczyło, bym zapisał sobie ich nazwę w notesie rzeczy koniecznych do sprawdzenia.

Z jednej strony bardzo skromne i pocieszne uosobienie wiecznie uśmiechniętego wokalisty, próbującego przypodobać się publice wyuczonymi zwrotami po polsku, z drugiej niezwykle nastrojowy, emocjonalnie angażujący i zagrany z wyraźną pasją gotycki death/doom metal, przypominający dokonania My Dying Bride, starej Anathemy czy (bardziej współcześnie) Draconian. Reakcje publiki były najlepszym dowodem na poziom koncertu Saturnus – zarówno te wyrażone podczas koncertu, jak i jeszcze długo po nim, gdy zespół pozował do zdjęć z rozradowanymi fanami, wyraźnie wzruszonymi szansą na spotkanie idoli sprzed lat. Trochę żałowałem, że przed koncertem nie zaznajomiłem się z jakąkolwiek próbką muzyki grupy. Jestem przekonany, że dzięki temu mój odbiór koncertu i emocje nim wywołane byłyby jeszcze mocniejsze.

Po długiej i dającej się nieco we znaki przerwie przyszedł czas na występ gwiazdy wieczoru i weryfikację tego, czy podróż do Gdańska z nadzieją na zatarcie złych wspomnień nie miała okazać się dla mnie daremna.

Anglicy zaczęli od singlowego Serpent on the Cross z ostatniej płyty, by płynnie przejść do znakomitego Tragic Idol i True Belief z pomnikowego Icon. Bardzo zróżnicowana setlista przewidywała przekrojową reprezentację albumów i okresów twórczości Brytyjczyków – od doom/death metalowych początków, przez etap, gdy Paradise Lost chcieli być drugą Metalliką i Depeche Mode, po czasy współczesne, w których nowoczesny gotyk zwieńczony został ostatecznie powrotem do korzeni. W set liście zabrakło mi może jedynie ukochanego Hallowed Land z Draconian Times.

Nie wiem, na ile odbiór koncertu podyktowany był skromnym poziomem moich początkowych oczekiwań, faktem jednak jest, że Brytyjczycy zdołali bardzo pozytywnie mnie zaskoczyć. Przede wszystkim formą muzyczną, która mimo widocznych (bezpośrednio zresztą potwierdzonych) kłopotów zdrowotnych Grega Mackintosha była znakomita. Zespół zdawał się być też w doskonałym humorze – uśmiechy, żarty między utworami, dobry kontakt z publiką i wyraźna swoboda sceniczna zbudowały w B90 doskonałą atmosferę, która wyraźnie udzielała się żywiołowo reagującej publice.

Dopisała też w Gdańsku dyspozycja wokalna Nicka Holmesa (wiadomo, że z tym bywało w przeszłości różnie, z akcentem na marnie), który bardzo przyzwoicie radził sobie zarówno z partiami growlu, jak i czystymi wokalami. Wiadomo, że nie był to kliniczny poziom płyt studyjnych, ale byłbym nieuczciwy, gdybym zgłaszał w stosunku do frontmana Paradise Lost w tej kwestii poważniejsze zarzuty. Jedyną rysą na występie Anglika położyły się dla mnie odgrywane z playbacku czyste wokale w Tyrant’s Serenade. Oczywistym jest, że przez ich nakładanie się Holmes nie byłby w stanie odśpiewać ich jednocześnie, ale dużo lepszym rozwiązaniem byłoby moim zdaniem skorzystanie z asysty Grega Mackintosha, który – co przecież udowodnił w Vallenfyre – też growlować potrafi.

Z poziomem wykonawczym koncertu doskonale licytowały warunki brzmieniowe B90. Bardzo dobre nagłośnienie właściwie eksponujące każdy instrument, pięknie zaakcentowana, „płacząca” gitara Mackintosha, sekcja rytmiczna, dobrze brzmiące wokale Holmesa – wszystko dowiezione zostało tutaj należycie.

Zdaję sobie sprawę, że niniejsza relacja ociera się o bezkrytyczność, jednak pomny tragicznego poziomu naszego poprzedniego spotkania, muszę przyznać, że tym razem Paradise Lost wycisnęli maksa z danej im przeze mnie drugiej szansy. Co – nie ukrywam – niesamowicie mnie ucieszyło.

(autorką zdjęć jest Wiktoria Wójcik)



Synu
(Visited 1 times, 3 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .