Black Plague: Chapter I – Katowice (05.07.2020)

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

„Ile trzeba Cię cenić ten tylko się dowie kto cię stracił” pisał niegdyś o rzeczach ważnych Mickiewicz. Biorąc pod uwagę jak obficie dla fanów metalu zapowiadało się trwające lato spostrzeżenie to można śmiało przełożyć na obecną sytuację związaną z koncertami odwołanymi lub przeniesionymi z powodu pandemii koronawirusa. Każdy przejaw powolnego powrotu do dawnej rzeczywistości jest jak promyk słońca na zachmurzonym niebie – jednym z takich właśnie, była czterorozdziałowa seria koncertów Black Plague organizowana przez Black Silesia Productions na dziedzińcu katowickiego klubu P23 (lokalnej społeczności kojarzącego się z ekhm… zdecydowanie innymi rodzajami imprez).  Spragniona metalowych harców społeczność rzuciła się na bilety na pierwszą odsłonę Black Plague jak na świeże bułeczki – a że (zgodnie z rządowymi wymaganiami) wejściówek mogło być jedynie 150, wydarzenie dosyć szybko się wyprzedało.

Popołudnie rozpoczął bluźnierczy Czort, którego frontman na starcie spalił kilka książkowych kartek (nie trudno domyślić się, że nie były to strony z książek o przygodach Harry’ego Pottera). Na scenie nie zabrakło odwróconych krucyfiksów, zwierzęcej czaszki , wokalista nie omieszkał pooblewać się też krwistopodobną cieczą, a zakapturzeni muzycy występowali w bardzo grustowym corpsepaincie – od strony wizualnej otwierający imprezę występ wypadł więc na plus, choć oczywistym jest, że w klubowej otoczce robiłoby to jeszcze większe wrażenie. Muzycznie Czort to klasyczny, przepełniony jadem black w sumie nieszczególnie się wyróżniający i nie będący niczym, czego fani gatunku już wcześniej nie słyszeli. Słuchało się tego jednak bardzo przyjemnie i blisko trzy kwadranse spędzone ze Ślązakami minęły w oka mgnieniu.

Dobre wrażenie zostawione przez Czorta zostało jednak natychmiast przyćmione przez Brudnego Skurwiela, który jak dla był autorem najlepszego występu tego niedzielnego wieczoru. Nie widziałem jeszcze na żywo tak pełnego agresji i brutalności thrashu, jaki na dziedzińcu P23 zaprezentowali Gliwiczanie. Podczas ich szaleńczej, a przy tym niesamowicie chwytliwej galopady, niezwykle ciężko było ustać w miejscu (a jednak trzeba było się powstrzymać, o czym zespół raczył przypomnieć), ja sam zaś bardzo szybko zrozumiałem, dlaczego szereg moich znajomych stawienie się na kolejnych okolicznych (i nie tylko) koncertach kapeli traktuje jako punkt honoru.  Dynamiczne granie bez przynudzania, niczym nieskrępowana agresja plus luz na scenie, którego niejedna kapela mogłaby chłopakom pozazdrościć – zagrało tutaj po prostu wszystko. Nie lubię nadużywać tego słowa, ale jednak to zrobię – petarda. I to taka z najwyższej półki cenowej.

Niebotycznie wysoko zawieszoną poprzeczkę próbowali przeskoczyć inni Gliwiczanie – tym razem prezentujący mroczny i gęsty (skojarzenia z wczesnym Azarath wynikały nie tylko z faktu transferu do tczewskiej ekipy Skullrippera) death metalowy Embrional. W niezwykle profesjonalnym występie słychać było kilkunastoletnie doświadczenie sceniczne, pokusiłbym się jednak o stwierdzenie, że brakowało tu odrobiny szaleństwa i nieprzewidywalności – było przyzwoicie, ale czterech liter mi niestety nie urwało.

Gdyby zastąpić silnik najnowszego Ferrari Darkiem ze Stillborn, to nawet w ciągu dwudziestu lat postęp technologiczny pozwalający na dogienienie takiego pojazdu byłby niewystarczający. Nie wiem czym pałker gwiazdy wieczoru jest karmiony, ale jego tempo przyprawia o zawroty głowy. A pozostali Panowie z zespołu wcale za bardzo nie odstają. Właśnie taki jest Stillborn – bezkompromisowy, arcyszybki, brutalny i po prostu wkurwiony. To granie ociekające nienawiścią, która wprost sączy się w słuchaczy i choć między repertuarem kapeli a niemalże absolutnym brakiem zróżnicowania należałoby postawić znak równości, to jednemu nie sposób zaprzeczyć – słuchanie i oglądanie jak groźnie wyglądające trio katuje swoje instrumenty dostarcza niemałą dawkę nie do końca zdrowej satysfakcji. Ktoś zapyta czy taka muzyka jest potrzebna? Po odpowiedź zapraszam na następny koncert zespołu, ale ostrzegam – będzie ona dosadna.

Zespoły na medal, pogoda na medal, organizacja wydarzenia również na medal. Pierwszy rozdział Black Plague został przez Black Silesia Productions dopięty na ostatni guzik. Dobre nagłośnienie (choć trochę minie zanim przestanę być przygłuchy), brak obsuw, sprawnie działający i dobrze wyposażony bar, bogata oferta stoisk z merchem, a nawet food truck dla tych, którzy chcieli zaspokoić nie tylko głód muzyki – to wszystko sprawiło, że mój pierwszy koncert od końcówki lutego był niezwykle przyjemnie i komfortowo spędzonym czasem. Powoli ostrzę sobie już zęby na rozdział drugi.

Łukasz W.

Tagi: , , , , , , , , , .